Nie tylko sąsiedzi

Nie tylko sąsiedzi

W niewielkiej polskiej wsi, gdzie latem ulice toną w zieleni, a jesienią w złotym dywanie liści, mieszkały obok siebie dwie rodziny: Nowakowie i Wiśniewscy. Zawsze żyli w zgodzie, pomagali sobie nawzajem. Dzieci już dorosły i przeniosły się do miasta.

Los jednak bywa przewrotny. Zofia, żona Jana Nowaka, zmarła nagle. Wczesnym rankiem, gdy ledwie świtało, Jan popędził do sąsiadów – do Antoniego i Barbary Wiśniewskich, głośno zastukał w okno.

Co się stało? wybiegł na ganek zaspany Antoni, za nim Barbara zarzuciła na ramiona chustę.

Zosia… moja Zosia… rozpłakał się Jan i opadł na schodki. Była jesień, wilgoć i chłód przenikały do kości.

Co z Zosią? próbował do niego dotrzeć Antoni. Może trzeba wezwać karetkę?

Nie trzeba… moja Zosia nie żyje… wyszeptał Jan schrypniętym głosem.

Sąsiedzi nie zostawili go samego, dopóki nie przyjechał jego syn z żoną z Warszawy. Barbara podawała mu uspokajające leki. Po pogrzebie również nie pozwalali, by Jan czuł się samotny zapraszali na obiad albo kolację, a Antoni wieczorami grywał z nim w szachy.

Minęło pół roku. Jan nauczył się żyć bez Zosi, pogodził się ze swoim losem. Sam gotował, prał, sprzątał. Syn ze swoją rodziną od czasu do czasu go odwiedzali.

Pewnego sierpniowego wieczoru Jan przyszedł jak zwykle do Antoniego, usiedli na podwórku, rozmawiali półgłosem i przestawiali powoli szachowe figury. Nagle Antoni osunął się na bok, Jan ledwo zdążył podtrzymać go w ramionach.

Antoni, co się stało? Obudź się! krzyczał, potrząsając sąsiadem, ale nie było odpowiedzi. Basia! zawołał. Akurat wychodziła zza rogu domu z dużą miską świeżych ogórków.

Upuszczając miskę, rzuciła się do męża. Antoni odszedł nagle. Lekarz później powiedział: zawał serca.

Jak to możliwe? Nigdy nie narzekał na serce… płakała Barbara.

Teraz to Jan wspierał Basię. Dzieci przyjechały z daleka, pochowali ojca. Gdy wyjechali, Barbara odkryła, czym jest przejmująca, dzwoniąca cisza i samotność. W dzień jeszcze dawała radę, wpadał Jan, coś pomógł, ale noce były najtrudniejsze sen nie przychodził, myśli się plątały jedna za drugą…

Czas zrobił swoje i Barbara wróciła do siebie. Odwiedzały ją córka i wnuki. Oboje z Janem byli już na emeryturze, pomagali sobie nawzajem. Jan przez całe życie uczył historii w liceum, Barbara prowadziła wiejską bibliotekę.

Lata mijały, nadeszła jesień. Jan codziennie rano wychodził z miotłą, zamiatał żółte i brunatne liście klonów. Wychodził także na chodnik pod dom Basi i tam porządkował, choć po chwili wiatr znów przywiewał kolejne liście. Potem wchodził na jej podwórko i tam je zgarniał. Na jej posesji było ich znacznie mniej.

Barbara, obserwując go przez okno, uśmiechała się pod nosem.

Janek, ileż można! zawołała przez otwarte okno. Cała wieś już wie, że to ty walczysz z jesienią!

Podniósł głowę i odpowiedział z uśmiechem:

Jak wszyscy będą czekać, aż liście same znikną, zapanuje chaos. Trzeba działać, więc działam!

Ale te liście takie piękne… Zobacz tylko, jak się mienią upierała się Barbara.

Piękne, piękne, właśnie dlatego je zbieram. Są śliskie jak diabli można się wywrócić mruknął Jan i wrócił do zamiatania.

Potem otworzył furtkę i zamiatał ścieżkę prowadzącą do Basi domu. Gdy podszedł do ganku, drzwi się otworzyły i Barbara wyszła z dwiema filiżankami w rękach.

W porządku, wystarczy. Usiądźmy przy herbacie z miodem postawiła kubki na stole w altance przy wejściu, usiadła na ławce, Jan naprzeciwko niej.

A czemu z miodem, a nie z cytryną? zdziwił się, biorąc łyk herbaty.

Bo dziś zimno, trzeba rozgrzać się od środka uśmiechnęła się.

Strasznie słodkie, w naszym wieku trzeba uważać z cukrem mruknął Jan.

Pij, nie marudź rozkazała stanowczo Basia przecież nie codziennie pijemy taką słodką herbatę, raz w tygodniu można.

No dobrze, niech ci będzie.

Wiesz, wczoraj dzwonił do mnie wnuk, Staś, i pytał: Babciu, co robisz sama, przyjedź do nas do Gdańska i zostań na dłużej. Odpowiedziałam mu: Nie jestem sama, mam tu przyjaciela rzuciła okiem na sąsiada.

Jan napił się herbaty, skrywając uśmiech.

Dobrze powiedziałaś. Choć przyjaciel brzmi zbyt zwyczajnie…

A jakbyś to nazwał?

Wspólnik w bitwie z jesiennymi liśćmi! roześmiał się Jan, a Barbara mu zawtórowała.

Pewnego dnia Jan posprzątał liście również u Barbary na podwórku, ale nie zobaczył jej w oknie. Zaniepokoił się, bo zawsze rano się witała. Wszedł po schodach i zapukał. Po chwili Barbara otworzyła drzwi, opierając się o framugę w kraciastej chuście.

No co to za sprawy… Pomogę ci ujął ją pod ramię, wprowadził do domu i posadził w fotelu, przykrywając kocem.

Patrzyła na niego z czerwonym nosem i zmęczonymi oczami.

Przeziębiłam się chyba…

No pięknie… Kto mi teraz będzie herbatę robił?

Jan zdjął płaszcz i powiesił w korytarzu.

Masz tu jakieś leki?

Na szafce tam…

Jan popatrzył na lekarstwa.

To wszystko? Idę do apteki! Błyskawicznie wracam.

Może nie trzeba, wystarczy to wyszeptała Basia.

Trzeba! zdecydował Jan i wyszedł.

Wrócił szybko z torbą leków i kurczakiem z lokalnego sklepu. Barbara drzemała w fotelu.

Obudziła się zdziwiona, że tak prędko wrócił. Usłyszała hałas w kuchni.

Po chwili poczuła zapach rosołu.

O, Janek, ty jeszcze i gotujesz? uśmiechnęła się, choć wiedziała, że sam sobie radzi.

Trzeba być samowystarczalnym w nagłych sytuacjach. No, jedz gorący rosół postawił miskę na stole, pomógł jej wstać i usiadła przy stole.

Spróbowała i zamknęła oczy.

Mmm… bajka… Dziękuję.

Nic się nie stało, ważne, żebyś szybko wydobrzała. Bo mi się nudzi zamiatać samemu żartował Jan, kryjąc uśmiech.

Postaram się, panie wspólniku odpowiedziała poważnie.

Po tygodniu Basia była jak nowa. Pierwszy raz od dawna oboje wybrali się razem do małego parku nad rzeką. To Jan był inicjatorem.

Liście szurały pod butami.

Trzeba wyjść z domu, przewietrzysz się powiedział Jan, a ona z radością się zgodziła.

Liście szeleściły, a słońce mimo jesieni jeszcze grzało.

Wiesz, Janek, lubię tę polską jesień westchnęła Barbara.

Tak, szczególnie gdy można ją spędzić w dobrym towarzystwie.

Barbara wsunęła dłoń pod jego ramię i powoli ruszyli alejką, zasypaną liśćmi, zostawiając za sobą dwa ślady. Rozmawiali i śmiali się.

Po dwóch dniach Jan przyszedł z nietypową sprawą.

Mam do ciebie prośbę…

Jaką znowu? zapytała podejrzliwie Basia.

Przejrzałem dzisiaj swoją bibliotekę i nie znalazłem książki jak dbać o kaktusy.

O kaktusy? Przecież nie masz żadnego kwiatka, a co dopiero kaktusa.

Jan spojrzał figlarnie.

Na razie nie mam. wyciągnął spod płaszcza mały doniczkowy kaktus. To dla ciebie…

Jak ja będę o niego dbać, przecież nie miałam nigdy kaktusa zaśmiała się Basia.

Ale bibliotekarka powinna znać się na wszystkim, więc i na kaktusach…

No dobrze przyjęła doniczkę ale jak zakwitnie, kupisz mi lody.

Umowa stoi!

Mijały dni. Przyszła zima, spadł pierwszy śnieg. Jan zjawił się u Barbary, coś schowane za plecami.

Co tam znowu niesiesz? zapytała, widząc, jak się speszył.

Wiesz, pomyślałem sobie… Przychodzę do ciebie codziennie… Może zostanę już na stałe… Może byśmy się pobrali? podał jej bukiet czerwonych róż, a ona uśmiechnęła się, lekko się rumieniąc.

Jezus Maria, Janek… Długo się zastanawiałeś?

Długo… Bałem się, czy się zgodzisz. A teraz? Co powiesz?

Zgadzam się! Przyzwyczaiłam się do ciebie… Jak wychodzisz, to mi cię brak odpowiedziała, ustawiając kwiaty w wazie. Zresztą, kto by się oparł takiemu bukietowi?

Zimę przetrwali razem, nastała wiosna. Pewnego poranka Barbara wykrzyknęła:

Janek, chodź szybko! Twój kaktus zakwitł, czyli jesteś mi winien lody!

A niech to! Już nie wierzyłem, dziś idziemy po lody umowa to umowa…

Szedłem z Basią przez wieś, rozważając czy kupić lody w rożku czy klasyczne Kaktus. Spojrzałem na niebo, świeciło wiosenne słońce i uśmiechnąłem się szeroko.

Z czego się tak cieszysz? zapytała Barbara.

Bo my zgrana para… Nieźle sobie radzimy.

To prawda szepnęła.

Szliśmy obok siebie, już nie tylko sąsiedzi i partnerzy w walce z liśćmi, ale dwoje ludzi, którzy odnaleźli siebie wśród jesiennych liści, śniegu i słońca wiosny. We dwoje jest po prostu lepiej. Samotność już nam nie grozi.

Patrząc wstecz wiem jedno: warto dbać o tych, którzy są blisko. Prawdziwa przyjaźń i wsparcie wiele znaczą czasem więcej niż wszystko inne.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − dziewięć =

Nie tylko sąsiedzi