Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy za mąż – Opowieść o trzech pokoleniach kobiet z polskiej …

Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy

Przejść drogę życia nie jest łatwo, a od losu nie uciekniesz. Każdy ma swój los, swoją prawdę o życiu. Wychowałam się w typowo kobiecym domu. Trudno to nazwać królestwem, mieszkaliśmy po prostu w starym domku na skraju wsi. Ogród, drewutnia, woda ze studni, zwierzęta i praca niekończąca się.

Babcia Felicja mieszkała na wsi od zawsze, owdowiała jeszcze przed czterdziestką. Moja mama Marianna też samotna, mąż odszedł, gdy miałam dwa lata. I tak żyłyśmy we trójkę: babcia, mama i ja. Od dziecka wiedziałam, jak się doi krowę, pielę grządki, gotuję proste, wiejskie potrawy.

Felicji dobrze po sześćdziesiątce, kiedyś, wróciwszy zmęczona z gospodarstwa, powiedziała:
Mania, córciu, mam już tego życia dosyć…

Co się stało, mamo? spytała mama, a ja zaraz podbiegłam do nich.

Mam już dosyć tego harowania, wywożenia obornika, dźwigania wody. Czy nie należy nam się trochę inne życie? położyła spracowane dłonie na kolanach.

I co proponujesz?

Sprzedajmy wszystko, wyjedźmy do miasta. Uzbierałam trochę oszczędności, kupimy mieszkanie.

Babciu, ja się zgadzam! zaczęłam podskakiwać z radością. Chcę do miasta!

Tak też zrobiłyśmy. W Poznaniu mieszkał starszy brat babci, Władysław; zatrzymałyśmy się u niego.

Na początek będziecie miały swój pokój troszczyła się jego żona. Jak znajdziecie mieszkanie, to się przeprowadzicie.

Rodzina była miła i wyrozumiała. Mama zaraz zaczęła szukać mieszkania, Władek jej w tym pomagał. W końcu znalazłyśmy skromne M3 i się przeprowadziłyśmy.

Przydałby się remont westchnęła babcia ale wszystkie oszczędności na mieszkanie poszły. Z czasem się zrobi.

Tak, mamo poparła ją mama a ja od jutra zaczynam pracę w Piekarni, zaraz naprzeciwko szkoła, może zapiszę Weronikę przed końcem wakacji.

To my pójdziemy z Werą do szkoły, ty będziesz zajęta pracą stwierdziła babcia.

Przyjęli mnie do szóstej klasy. Szkoła naprawdę była blisko, codziennie przechodziłam obok niej.

Babciu, obiecuję, że będę się starać w miejskiej szkole mówiłam.

Gdy mama wróciła z pierwszej zmiany, babcia przekazała jej nowinę:
Przyjęli mnie jako sprzątaczkę w tej samej szkole, do której chodzi Wera. Dorobię, ile będę mogła, potrzebujemy pieniędzy.

Przecież masz już emeryturę, możesz odpocząć…

Dopóki mam siłę, chcę coś robić. Przy okazji będę miała oko na wnuczkę, jest nowa w klasie.

Mijały dni, babcia sprzątała w szkole, choć wracała zmęczona, lubiła to, bo czuła się potrzebna. Mama też pracowała, ja uczyłam się średnio.

Po ósmej klasie stwierdziłam, że kończę ze szkołą i chcę pomóc w domu. Przechodząc obok restauracji na Starym Mieście zobaczyłam ogłoszenie, że szukają zmywaczki weszłam i od razu przyjęli mnie do pracy.

Starałam się, pomagałam na kuchni obierałam ziemniaki, doglądałam zupy, gdy kucharka musiała wyjść. Zaprzyjaźniłam się z dziewczynami, zaczęły mnie zabierać na potańcówki.

Mamo, idę do klubu na tańce, wrócę później.

Uważaj, Werka, nie daj się chłopakom, myśl głową! krzyczała babcia za mną.

Babciu, nie jestem już dzieckiem!

Na parkiecie poznałam Antka. Zaprosił mnie do tańca, potem nie odstępował już cały wieczór.

Odprowadzę cię dziś powiedział, a ja nie umiałam odmówić.

Zaczęliśmy się spotykać. Po jakimś czasie Antek ogłosił:
Werka, idę do wojska. Będziesz czekać? Będę pisał listy.

Będę! obiecałam.

Wysłałam go na pociąg, listy rzeczywiście pisał i ja odpowiadałam. Po roku zapowiedział, że przyjedzie na przepustkę. Wreszcie się spotkaliśmy.

No, Werka, nie wyszłaś jeszcze za mąż? żartował.

Przecież obiecałam, że będę czekać.

Ale nie było już tej iskry w jego głosie, był jakiś suchy w rozmowie, nie patrzył w oczy.

Przepustka minęła, Antek wyjechał. Potem listy przychodziły coraz rzadziej, aż w końcu przestały zupełnie.

Wiedziałam, że powinien wrócić z wojska, czekałam na niego, lecz się nie odezwał, nie pojawiał się na potańcówkach. Nie miałam jego adresu, nie wiedziałam gdzie szukać.

Co z tym Antkiem? Miał już wrócić, może coś się stało? pytałam koleżanek.

Idź, poznasz jego żonę rzuciła złośliwie Marta. Twój Antek ożenił się już w wojsku, a żonę przywiózł ze sobą. Werka, zapomnij go. Na co liczysz?

Niemożliwe, przecież czekałam na niego… byłam zrozpaczona.

Ty czekałaś, on nie.

Po jakimś czasie przypadkiem go spotkałam w parku, siedział na ławce, jak kiedyś.
Weronika! zerwał się, chcąc porozmawiać.
Zignorowałam go, lecz stanął na mojej drodze.

Poczekaj, wybacz mi… Popełniłem błąd. Tylko o tobie myślę, z żoną mnie nic nie łączy. Musiałem się ożenić, spodziewa się dziecka. Brakuje mi ciebie…

Spojrzałam mu prosto w oczy.
Czego ode mnie chcesz? Żebym była twoją kochanką, gdy masz żonę? Nie! Oszukałeś mnie. Wracaj i żyj z tą, którą wybrałeś. Wychowujcie dziecko, beze mnie. Szczęścia wam, Antku i odeszłam.

Dalej pracowałam w restauracji. Kierownik, widząc jak szybko się uczę, zaproponował:
Weronika, świetnie radzisz sobie w kuchni, pojedź na kurs do Warszawy, zostaniesz kucharką.

Świetny pomysł, bardzo lubię gotować! ucieszyłam się.

I tak, modnie ubrana, z walizką stałam na peronie w Poznaniu i czekałam na pociąg. Bałam się pierwszego wyjazdu do stolicy. Obok przepychała się grupka młodych, jeden żegnał się z kolegami, wracał na przepustce do domu.

Nagle żołnierz wyskoczył z tłumu i podszedł do mnie.
Cześć, może się poznamy? Jestem Jurek. A ty?
Weronika odpowiedziałam trochę zmieszana.

Czekasz na pociąg? kiwnęłam, że tak.

Pociąg wjechał, Jurek pomachał mi, pobiegł do kolegów. Wydał mi się sympatyczny, choć ciekawiło mnie, po co mu moje imię.

Zajęłam miejsce w jednym z końcowych wagonów. Patrzę przez okno, nagle słyszę nade mną głos:
O, tutaj jesteś! to był ten sam żołnierz.

Obejść tyle wagonów niełatwo, ale cię znalazłem. Sprawa jest prosta wracam z wojska do domu, wpadłaś mi w oko, chciałbym pisać do ciebie listy. Co ty na to? A dokąd w ogóle jedziesz?

Na kurs kucharski do Warszawy odpowiedziałam.

Całą drogę przegadaliśmy, wymieniliśmy się adresami. Szczerze nie liczyłam, że coś z tego będzie. Już raz się ktoś ożenił na przepustce… Ale Jurek wydawał się inny, serdeczny i normalny. Pisać listy nie było mi ciężko.

Babcia Felicja zawsze mówiła: Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy pomyślałam, nie robiąc sobie wielkich nadziei.

Prawie rok do siebie pisaliśmy. W końcu Jurek wrócił z wojska i przyjechał prosto do mnie. Akurat miałam wolne, oboje byliśmy przeszczęśliwi. Poczułam, że Jurek jest inny nie zawiódł, dotrzymał danego słowa.

Dziś jestem żoną Jurka. Pracuję w restauracji jako kucharka, on jest ślusarzem w fabryce. Uwielbiam porządek, wszystko mam poukładane, czysto i schludnie. Dwóch synków bliźniaków chodzi do przedszkola zawsze umyci i zadbani.

Tylko z mężem ciągła przepychanka tu zostawi narzędzia, tam ubranie. Z początku się złościłam, zbierałam po nim, ale potem pomyślałam:
Może podejść do tego inaczej trzeba odrobiny wdzięku i cierpliwości.

Słowem i uśmiechem powoli przyuczyłam go do porządku. Jurek zaczął zostawiać robocze ubrania w sieni, narzędzia w garażu, nawet podwórko i garaż sam zamiatał. Byłam dumna.

Spotkałam tego właściwego, wbrew przestrogom babci myślałam.

Tak przeżyliśmy wiele szczęśliwych lat razem. Ale pewnego dnia Jurek nie wrócił z pracy. Zawał serca, zmarł od razu. Nic tego nie zapowiadało. Rozpacz ogromna.

Zostałam sama jak babcia Felicja, moja mama Marianna samotność nas prześladuje. Dzieci i wnuki wpadają w gości. Od losu nie uciekniesz.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 + 9 =

Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy za mąż – Opowieść o trzech pokoleniach kobiet z polskiej …