Nie ta jest matką która urodziła, ale ta, która wychowała i poświęciła dziecku całe swoje życie

 

Po siedmiu latach stoję na przyjęciu z okazji ukończenia szkoły przez mojego najstarszego syna. Była tam też jego biologiczna matka. Tego wieczoru syn ją zaprosił, mimo, że z nią nie mieszkał, czasem odwiedzała dzieci, lecz nie poświęcała im wiele swojego czasu. Ja starałam się być dla niego mamą na co dzień i wspierałam jak mogłam.

Oczywiście wcześniej miałam kilka związków z chłopakami, ale nie były one poważne i bardzo szybko się kończyły. Poza tym dużo czasu poświęcałam na pracę i nie interesowali mnie mężczyźni, ani miłość. Później też miałam sporo problemów, ciągle robiono mi badania. Wtedy lekarz przekazał mi nowinę, powiedział, że nie mogę mieć dzieci. Jak tylko wyszłam z gabinetu ginekologa, zadzwonił do mnie ktoś z nieznanego mi numeru. Podniosłam słuchawkę i usłyszałam od jakiegoś mężczyzny, że moja matka jest w szpitalu. Nagle zachorowała i wezwał karetkę.

Oczywiście od razu pojechałam do szpitala. Po przyjeździe zaczęłam pytać lekarza, co się stało i czy to może być coś poważnego. Lekarz jednak uspokoił mnie i powiedział, że za kilka dni będę mogła zabrać mamę do domu. Jak się później okazało, sąsiad mojej mamy, który wezwał pogotowie, był moim przyszłym mężem. Zaczęliśmy rozmawiać, potem zaprosił mnie na spotkanie, spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu i po roku zostaliśmy narzeczeństwem. To wszystko stało się tak szybko, że nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że staliśmy się nierozłączni.

Kiedy się pobraliśmy, mój mąż miał już dwoje dzieci, starszego chłopca i młodszą dziewczynkę. Matka nie chciała z nimi mieszkać, więc je przygarnęliśmy. Wiedziałam, że nie mogę być matką dla własnych dzieci, więc pomyślałam, że stanę się dla nich mamą. W końcu matka to nie ta, która urodziła, ale ta, która wychowała i przygotowała do dalszego życia. Kiedy nagle dowiedziałam się, że zaszłam w ciążę, zdałam sobie sprawę, że będę miała niezłą gromadkę, byłam wniebowzięta.

Wkrótce urodziło nam się maleństwo i wychowywałam trójkę dzieci. Było mi bardzo trudno się zmierzyć z obowiązkami i mogłam tylko marzyć, żeby zrobić coś dobrego dla siebie. Żyłam wśród sprzątania, gotowania, odrabiania lekcji i kąpieli najmłodszego syna. Mąż całymi dniami był w pracy, więc pomocy żadnej od niego nie miałam. Oczywiście rozumiałam go, bo przecież tak ważne było, aby zarobić na żonę i trójkę dzieci. W głębi serca wyobrażałam sobie, że kiedy nasze dzieci dorosną, będziemy mogli żyć sami. Miałam też nadzieję, że pewnego dnia usłyszę od moich pociech słowa uznania za czas, który spędziłam z nimi, wspierając je i będąc przy nich w ważnym dla nich momencie.

Pojawiła się jego biologiczna matka. Tego wieczoru była tam gdzie trzeba, nawet wydawało się, iż jest wzruszona  ukończeniem szkoły przez syna.

Rzeczywiście, bardzo się wtedy ucieszyłam, że przyszła na imprezę z okazji ukończenia szkoły i nie zapomniała o jego urodzinach, które akurat były w tym samym dniu. Jednak nie zwracałam na nią uwagi, nie obchodziło mnie to. Interesował mnie tylko mój syn i jego urodziny. Tak więc na zakończenie wieczoru, kiedy rozdano wszystkim świadectwa szkolne, prowadzący wręczył każdemu absolwentowi bukiet kwiatów i powiedział, żeby wręczyli je osobie, której są najbardziej wdzięczny za swoje życie i którą najbardziej cenią. Mój syn zszedł ze sceny, podszedł do mnie i powiedział:

– Mamo, dziękuję Ci za wszystko! Ten bukiet jest dla Ciebie! W tym momencie moje serce zaczęło bić dziesięć razy szybciej, a oczy wypełniły się łzami. Była to radość, że chłopak docenił moje poświęcenie i mimo że nie jestem jego biologiczną matką, jestem dla dla niego najlepszą osobą na świecie. Prawdopodobnie właśnie te słowa są dowodem na to, że postąpiłam słusznie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × pięć =

Nie ta jest matką która urodziła, ale ta, która wychowała i poświęciła dziecku całe swoje życie