**Dziennik, 15 maja 2024**
Nie swoja im jest, tej piątce Ale któż to powie
Erykowi zabrakło żony. Nie podniosła się po ostatnim porodzie.
Można się martwić lub nie, a pięcioro chłopców zostało. Najstarszy, Mirek, miał dziewięć lat. Wojtkowi było siedem. Bliźniacy Kuba i Tomek po cztery. A najmłodsza, trzy miesiące, Zosia, długo wyczekiwana córeczka
Nigdy nie musiał się smucić, gdy dzieci prosiły o jedzenie. Lecz gdy je ułożył, o północy zaciągał się papierosem w kuchni
Z początku Eryk radził sobie sam. Ciotka przyjeżdżała, trochę pomogła. Więcej rodziny nie mieli. Chciała zabrać Kubę i Tomka, mówiąc, że będzie mu lżej. Potem przyszli ludzie z opieki społecznej.
Proponowali oddać wszystkie dzieci do domu dziecka. Eryk nie zamierzał nikomu oddawać swoich. Jak to swoje dzieci komuś dać? I jak potem żyć? Ciężko, oczywiście, ale co robić? Rosną powoli, aż w końcu podrosną.
U starszych czasem zdążył sprawdzić lekcje. Z Zosią było najwięcej kłopotu, to jasne. Ale i Mirek z Wojtkiem jakoś pomagali.
A i pielęgniarka środowiskowa, Nina Janówna, często przychodziła, dbała. Pewnego dnia obiecała Erykowi przysłać nianię. W końcu mężczyźnie z niemowlęciem trudno. Mówiła, że dziewczyna dobra, pracowita. W szpitalu jako niania pracuje.
Swoich dzieci nie miała, jeszcze nie zamężna. Ale rodzeństwo wychowywała z dużej rodziny była, z sąsiedniej wsi. I tak w ich domu pojawiła się Hania.
Niska, krępa, o okrągłej twarzy, z niemodnym warkoczem do pasa. I cicha. Nie mówiła niepotrzebnych słów. A jednak wszystko w domu Eryka się zmieniło. Chatę wyczyściła, wyprała, zaszyła dziury w ubraniach.
Z Zosią dawała radę, a i obiad gotowała. W szkole i przedszkolu od razu zauważyli zmianę. Dzieci czyste, zadbane, guziki przyszyte białą nitką, łokcie nie podarte.
Raz Zosia zachorowała, gorączkowała. Lekarka powiedziała, że wyzdrowieje, byle pielęgnować. Hania noce przy niej spędzała, sama się nie kładąc. Wychowała dziewczynkę. I tak jakoś została w domu Eryka
Młodsi zaczęli wołać ją mamo, stęsknieni za matczyną czułością. A Hania nie skąpiła im pieszczot. Głaskała po głowie, przytulała. No bo dzieci
Starsi, Mirek z Wojtkiem, początkowo się boczyli, nie nazywali jej po imieniu. W końcu mówili po prostu Haniu. Ani niania, ani mama tylko Hania. Żeby pamiętać, że mieli swoją matkę No i wiekiem ledwie mogłaby być ich starszą siostrą.
Rodzina Hani była przeciw.
Po co sobie taki ciężar na kark wieszasz? Chłopaków we wsi mało?
Chłopacy są odpowiedziała ale szkoda mi Eryka A dzieci już się przyzwyczaiły, teraz szukać kogoś innego
I tak żyli. Piętnaście lat minęło jak z bicza strzelił Dzieci się uczyły, rosły. Nie zawsze gładko czasem nabroiły. Eryk złapał się za pasek, ale Hania go powstrzymywała: Poczekaj, ojcze, najpierw wyjaśnijmy
I kłócili się, i godzili. A we wsi nikt już nie nazywał jej Hanią. Mówili pani Halina, z szacunkiem. Mirek w tym roku ożenił się, czekali na pierworodnego.
Młodzi mieszkali osobno, Mirek w PGR pracował. I nie byle kim był co rok nagroda, pochwała. Wojtek w mieście kończył studia, Hania się nim szczególnie chwaliła syn będzie inżynierem.
Wszystko robili razem psocili w dzieciństwie, stawali za sobą murem. Zosia poszła do dziewiątej klasy, też Hani duma. I śpiewała, i tańczyła, na każdej imprezie była gwiazdą.
A Eryk myślał po raz setny, jak dobrze Nina Janówna mu żonę wybrała Tego lata Hania poczuła, że coś jest nie tak. Nigdy nie chorowała, a tu nagle mroczki przed oczami, mdłości
Eryka z papierem wyganiała na ganek, bo źle się robiło. Myślała, że minie, ale nie. W końcu poszła do lekarza. Wróciła cicha, zamyślona. Na pytania machnęła ręką: Głupstwa, wszystko w porządku.
Ale wieczorem, gdy dzieci spały, zawołała Eryka na ganek.
Siadaj, ojcze, musimy pogadać Wiesz, co mi lekarz powiedział? Będę miała dziecko Za późno cokolwiek robić, trzeba zostawić Zakryła twarz rękami. Wstyd, co za wstyd
Eryk aż się zdziwił. Tyle lat nie było dzieci i nagle proszę!
Jaki wstyd, matko, starsi już prawie się rozlecieli, zostaniemy we dwoje? Widzisz, prawidłowo natura wszystko ułożyła! Trzeba się szykować!
Jak dzieciom powiedzieć? Powiedzą, stara już, a tu jeszcze
Jaka stara? Trzydzieści dziewięć, toż to najlepsze lata!
O, nie wiem, co robić Wstyd
Dobrze. Ja powiem. Jutro przy stole wszystkim oznajmię.
I powiedział. Gdy zebrali się przy obiedzie, rzekł prosto: Dzieci moje, będziecie mieli brata. Albo siostrę. Otóż to.
Hania spuściła głowę, w talerzu coś wypatrywała, zaczerwieniona po łzy.
Mirek, który z żoną akurat przyjechał, tylko się zaśmiał:
Super, mamo! Brawo! Razem z moją możecie rodzić! Będą mieli towarzystwo!
Kuba też się ucieszył:
Dawaj, mamo! Brat potrzebny!
A Tomek zaprotestował:
Nie Dziewczynkę. Chłopaków mamy multum, a dziewczynka jedna. Rozpieszczona księżniczka
Zosia tylko spojrzała na niego.
Rozpieszczona Ty rozpieszczałeś? Oczywiście dziewczynkę, mamo! Będę jej wiązała kokardy, sukienki kupimy! Zachłysnęła się entuzjazmem.
Sukienki Lalka ci? wtrącił Wojtek. Dziecko jeszcze wychować trzeba.
Wychowamy rzekł Eryk.
A Hania wciąż się wstydziła, zakrywała rosnący brzuch chustą, a w upał narzucała płaszcz, jakby jej zimno było.
Miesiące mijały. Cieszyli się już pierwszemu dziecku Mirka chłopcu! Wojtek wyjechał na studia, wakacje się skończyły. Kuba i Tomek też do technikum roln



