Dzisiejszy dzień mocno mną wstrząsnął. Zaczęło się standardowo: wpadłem jak po ogień do gabinetu szefa. Michała Janusza. Kiepski znak. Od razu wiedziałem znowu awantura. I słusznie, sam się prosiłem.
Antoni! Siadaj! warknął, nie podnosząc wzroku od papierów. Znowu zawaliłeś sprawę. Dostajesz naganę i bez premii kwartalnej zostajesz! Ile razy można cię upominać? Obiecywałem twojemu ojcu a ty ehh, Antoni Mikołajczyk! Michał Janusz machnął ręką z rezygnacją. Wynoś mi się z oczu! Przecież dorosły facet jesteś! Pomyśl: ani rodziny, ani hobby. Co dalej? Jak zamierzasz żyć?
Jadąc SKM-ką do domu, dusząc się w ścisku, myślałem o słowach szefa. Kolegów z fabryki w domu żony z kolacją czekają. A u mnie? Pustka. Ostatnio jedyne pragnienie to dorwać flaszkę i padnąć. Kiedyś po robocie szaleliśmy z kumplami, dziewczyny się za nami uganiały. Teraz wszyscy pożenieni. Nuda z nich dzieci, żony, ten sam szlagier!
Na przystanku ledwo wysiadłem babcia z siatami w drzwiach rozłożyła się, nie przejść. W przejściu podziemnym ciągle ktoś szturcha, pcha się. Wszyscy gdzieś pędzą. Pytanie dokąd? Też tak kiedyś żyłem. Dwudziestopięcioletni Antoś, kawaler z własnym M-3 i niezłymi zarobkami. Samochód kupił, choć używany. Matka gderali: Żeń się, synu! Czas ucieka, a ty go marnujesz na te wymalowane! Sąsiadka Julita! Taka porządna dziewczyna! Młoda, gospodarna! Mamie pomaga, na pielęgniarkę się uczy, a i na ciebie zerka, widzę!. A ja jak głupi: Nie, mamo, taka mi niepotrzebna. Nie w moim guście!.
I proszę: pewnie teraz ta Julita mężowi kotlety smaży, sałatkę z ogórków i pomidorów szatkuje, czeka aż wróci, a dzieci pytają: Mamo, a tata kiedy wróci?. A mnie nikogo nie ma. Kiedyś nawet to lubiłem. Nie zauważyłem nawet, kiedy przyszedł ten moment, że dość już balowania, a ja wciąż po tej samej koleinie biegłem.
Wszedłem na klatkę, wyjąłem klucz nie wchodzi, cholera! Kręciłem nim w dziurce od zamka, wtłaczałem rozpaczliwie, aż drzwi nagle otworzyły się od wewnątrz. Stanęła w nich moja matka w kwiecistym szlafroku, zarumieniona: Antosiu! To ty prosto od pracy? Czemu nie zadzwoniłeś? Zmęczony pewnie, blady jesteś. My z tatą akurat kolację szykujemy. Rozbieraj się szybko, ręce umyj! Heniu! krzyknęła w głąb mieszkania Chodź syna przywitać, wiecznie coś krzątasz!
Zamarłem. Skamieniałem. Wtedy wyszedł i ojciec, Henryk Mikołajczyk: Synu! Myślałem, że swoją dziewczynę przyprowadzisz poznajemy. Długo pewnie na wnuków poczekamy! Moja wina, osioł byłem, dopiero po czterdziestce się ożeniłem. Matka też już nie młódka była. Ty się nie ociągaj, ucz się na ojcowskich błędach. W życiu wszystko na czas trzeba robić! Kapujesz?
Kapuję, tato wyszeptałem, mając sucho w gardle. Tato, dziękuję wam z mamą za wszystko. Tylko coś zapomniałem! Rzuciłem się nagle jak oparzony, w dół po schodach, jak wystrzelony z procy z klatki na ulicę.
Biegłem, aż straciłem oddech, w końcu stanąłem. Ostrożnie, zwolna, rozejrzałem się. Jak to? Wysiadłem przypadkiem po drodze? Zamyśliłem się, a nogi same zaniosły mnie pod rodzicielski blok, gdzie sam mieszkałem, nim się usamodzielniłem. Automatycznie wszedłem, klucza dobierałem ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym
Obejrzałem się.
Po pięciopiętrowcu rodziców ani śladu.
Na jego miejscu teraz skwer stał.
Przecież wyburzyli go ze trzy lata temu. A rodziców nie ma już z nami pięć lat. Wtedy ich mieszkanie sprzedałem, spłaciłem kredyt za swoje, kupiłem auto, pomniki ojcu i matce postawiłem.
Co to było?! Gdzie ja byłem? Jak tak wyraźnie mogłem stanąć w ich dawnym mieszkaniu? I oni żywi, dokładnie tacy jak kiedyś? Czy to wszystko mi się przyśniło? Byłem kompletnie oszołomiony.
Wróciłem do siebie. Długo gapiłem się w lustro. Potem wziąłem gorący prysznic, założyłem dres i adidasy, wyszedłem. Stary blok zniknął, lokatorów przenieśli do nowego. Kawałek od mego domu z dziesięć minut spacerem.
Pewnie nigdy jej nie zobaczę. Julita pewnie dawno zamężna, choć młodsza ode mnie. Ale nagle ogarnęła mnie potrzeba, by się upewnić. Znaleźć ją. Zobaczyć, że ma męża, dzieci, rodzinę że ostatecznie spóźniłem się. Że dla mnie już nic. A jeśli jeśli Julity nikt nie ma? Co wtedy? Odpowiedzi nie miałem.
Od tamtego wieczora szedłem codziennie po robocie przez podwórko Julity. Bez skutku. Pewnie już tu nie mieszka. Wyszła
I nigdy już nie wątpił, że dziwne spotkanie z duchami rodziców, które zawróciło go na właściwą drogę, było największym darem losu, dzięki któremu znalazł prawdziwe szczęście u boku swojej ukochanej Julki i teraz, patrząc jak ich synek wyciąga do niego rączki, wiedział, że jego życie w końcu nabrało sensu.
Nie potrzebuję takiej…



