NIE POTRZEBUJĘ SPARALIŻOWANEJ powiedziała narzeczona, po czym zniknęła za drzwiami
Nie wyobrażała sobie jednak, co może się wydarzyć dalej
W maleńkiej wsi pod Łomżą żył sobie zwyczajny staruszek. Na weekendy lubił wypić trochę białej wiśniówki. Marzył od lat chciał mieć psa, ale nie byle jakiego, tylko prawdziwego czystej rasy owczarka środkowoazjatyckiego. Był gotów nawet pojechać za Bug, byle tam znaleźć wymarzonego psa i przywieźć go do swojego rustykalnego domu.
Ludzie nazywali go Staszek, choć czy to było na imię czy na nazwisko, nikt nie wiedział. Staszek albo Staszczyk, wszyscy tak się zwracali i nie poprawiał nikogo. Po pracy na grządkach siadał na podwórkowej ławce pod lipą i wspominał dawne lata. Bywało, że młodzi zbierali się wokół niego posłuchać, jak to niegdyś na wsi bywało.
Żonę Staszek pochował dość dawno. Apolonia była chora na serce. Lekarze mówili jej, że nie powinna rodzić, ale ona bardzo pragnęła dziecka. I urodziła mu syna, ale zdrowie po porodzie już nigdy nie wróciło. Staszek kochał Apolonię bezgranicznie. Wszystko dla niej w domu robił, nawet mleko ze sklepu sam nosił, powtarzając: Nie wolno! Lekarze zabronili! Sam zajmował się dzieckiem, gotował obiady. Apolonia martwiła się:
O, żebyś mnie nie kompromitował! Baby mnie okrzyczą! Nic nie robię w domu, wszystko na mężu!…
Ale baby się nie śmiały, tylko zazdrościły:
Oj, Apolinko, daj no nam swojego Staszka na sublokację, choć na dzień twoim życiem byśmy pożyły!
Ona tylko się uśmiechała, a uśmiech zniknął wraz z jej odejściem. Staszek rano znalazł ją zimną. Płakał jak bóbr trzy dni, potem już całkiem zajął się synem.
Chłopak akurat wchodził w trudny, burzliwy wiek miał 14 lat. Po wojsku syn szybko się ożenił i został tam, gdzie służył. Tak Staszek został sam jak palec. Ale nie tracił ducha lubił pogawędki z młodymi na ławce.
Synowi urodziła się córka, a Staszek czekał na odwiedziny z rodziną, lecz nigdy nie przyjeżdżali. Praca, brak czasu, raz to, raz tamto. Wnuczkę znał tylko ze zdjęć.
Aż wieś zauważyła, że Staszek chodzi ponury jak burzowa chmura, jakby w wodę wpadł. Przestał się śmiać, przekomarzać, nie siadał już na ławce. Ludzie zaczęli wypytywać i okazało się, że dostał telegram: synowa informowała, że wpadli rodziną w poważny wypadek samochodowy. Wnuczka była w ciężkim stanie w szpitalu, a syn Staszka zginął.
Co za nieszczęście, co za tragedia! cała wieś mu współczuła, choć nie było słów, które mogłyby ukoić taki ból Staszek przyjmował kondolencje, ale nie czuł ulgi. Tęsknił za synem, ale jego nie wróci Najbardziej żal mu było wnuczki. Leżała w szpitalu, młoda, 15-letnia dziewczyna. Powinna właśnie żyć, śmiać się. Staszkowi dusza bolała dnia i nocy.
A najgorsze od synowej ani śladu. Listów nie pisała, telegramów nie odbierała, telefonu nie podnosiła. Skąd dowiedzieć się, jak wnuczka się czuje? Staszek kochał ją, choć nigdy nie widział. Ze zdjęć była podobna do młodej Apolonii.
Staszek już się pakował, gotów jechać do miasta, gdzie mieszkał syn, gdy nagle, dzień przed wyjazdem, pod dom podjechał samochód. Z auta wynoszą nosze. Do domu prawie bez pukania wparowała kobieta. Staruszek nie od razu pojął, że to synowa żona zmarłego syna. Za nią wnieśli wnuczkę na noszach. Dosłownie rzucili ją na kanapę i wyszli.
Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Nie potrzebuję takiej córki. Zostać jeszcze mogę matką zdrowego dziecka! oświadczyła synowa.
Przecież nie jestem lekarzem! odparł Staszek.
Lekarz nie jest potrzebny. Oni już nie mogą pomóc. Trzeba jej tylko opiekunki. Nie chcecie się bawić zakopcie ją żywcem, ja nie zamierzam marnować swojego życia. Nie jestem jej niańką! powiedziała i trzasnęła drzwiami.
Ty nawet nie jesteś jej matką! krzyknął za nią Staszek.
Teraz było jasne, czemu syn nie przyjeżdżał z rodziną. Z taką żoną to tylko na targ się awanturować, nie na gościnę jeździć. I jak to syn się w taką jędzę wplątał? Teraz już nie zapyta Gdyby wiedział, że ona z córki się wyprze, to i w grobie by się przewrócił. Zostali więc sami Staszek i wnuczka.
Dziewczyna rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, ale Staszkowi nie obce były troski i prace domowe. Teraz miał sens życia! Cel: dziewczynę uleczyć.
Lekarze na wnuczkę się wypięli i wypisali ze szpitala. Nie rozumieli, jak ona przeżyła ten wypadek doznała urazów prawie nie do pogodzenia z życiem. Zostały tylko domowe sposoby i szeptuchy. Szeptuchy w okolicy nie było, najbliższa mieszkała daleko. Dziecka tam nie zawiezie, a ona do domu nie przyjeżdża, bo stara już mocno. I co zrobić nie wiadomo
Staszek niemal co tydzień jeździł do tej szeptuchy, ona dawała mu zioła i nalewki. Tym leczył wnuczkę. Mijał już rok, a dziewczyna wciąż nie mogła poruszyć ani ręką, ani nogą, nieruchoma jak klocek pod kołdrą. Nawet mówić nie umiała, tylko nieartykułowane dźwięki wydawała.
Czasem staruszek zauważał, jak łza płynie jej po policzku. Serce Staszka wtedy pękało, myślał, że wnuczka tęskni za matką i ojcem. Długo rozmawiał z nią, czytał jej książki, ale ona nie mogła mu odpowiedzieć. Im obu było ciężko.
Aż pewnego wieczora wydarzyło się coś, czego nikt by nie przewidział. Gdy Staszek siedział zwyczajnie przy łóżku wnuczki, do domu wtargnęła pijana banda młodych ludzi. Okazało się, Staszek przez nieuwagę zostawił otwarte drzwi. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło i wiedzieli, że mieszka tu sparaliżowana dziewczyna. Ktoś rzucił pomysł, żeby wejść skoro paraliż, to sama powinna się cieszyć, a jakby co, nie będzie się bronić Popchnęli drzwi, a one otwierają się lekko.
No, dziadku! Zdejmuj z wnuczki kołdrę i rozstaw nogi! Teraz rzucimy los, kto pierwszy rozkazał najbardziej z pijanych.
Zlitujcie się! Przecież ona ma dopiero 15 lat! zawołał staruszek.
Spokojnie, najpierw tylko zęby wyszoruję! powiedział Staszek, a sam leci do kuchni, otwiera drzwi do piwnicy i wrzeszczy Bierz!
I z piwnicy natychmiast wyskakuje potężny owczarek. Zaczął łapać bandytów za gacie zębami na lewo i prawo! Głównemu niemal za jądra złapał, innym podarł spodnie na tyłku. Biegli z gołymi pośladkami przez całą wieś, ludzie się śmiali, a pies przez okno za nimi aż do granicy wsi gonił.
Staszek wraca do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i woła przez okno:
Azor! Azor! No, dziadku, łap go, żeby nie uciekł!
Tu staruszek rozpłakał się po raz pierwszy. Od tej pory wnuczka wracała do zdrowia. Wkrótce zaczęła nawet chodzić. Czy zioła szeptuchy pomogły, czy ten stres przez psa, nie wiadomo ale gadała dziewczyna bez przerwy, chyba odrabiała milczenie wszystkich miesięcy. A skąd się wziął pies, zapytacie? Prosto. Azor mieszkał u syna Staszka, a gdy doszło do tragedii i gospodarz zginął, niedobra synowa pozbyła się i córki, i zwierzaka.
Psa przywiozła razem z dziewczyną, tylko o tym Staszkowi ani słowa. Gdy opuszczała dom, staruszek wyszedł zamknąć bramę i co widzi przy bramie siedzi pies. Wychudzony, wymęczony, oczami smutnymi jak u chorej krowy, z których płynęły prawdziwe łzy. Staszek nie wiedział nawet, że syn miał psa. Nie mógł go wypędzić zabrał go do siebie.
Azor służył Staszkowi wiernie i oddanie gdy tamci idioci przyszli, akurat siedział w piwnicy, bo lato było bardzo gorące. Żeby pies nie cierpiał od upału, staruszek w dzień trzymał Azora w piwnicy, wieczorem wypuszczał, a tamtego dnia jeszcze nie zdążył. Gdyby Azor był wtedy na górze, żadni bandyci by się do domu nie dostali.
Wnuczka wyznała potem dziadkowi, że gdy płakała, łzy płynęły jej po policzkach bo tęskniła za psem. Dziadek z przyzwyczajenia trzymał go tylko na podwórzu, do pokoju nie wpuszczał. Dziewczynka tęskniła, choć nie mogła mu o tym powiedzieć.
Azor przegonił pijanych, wrócił do domu i z radości polizał twarz swojej małej pani. On też za nią bardzo tęsknił.
Tak zamieszkali we trójkę Staszek, wnuczka i Azor. O matce dziewczyny nie usłyszeli już nigdy więcej ani słowa…



