NIE POTRZEBUJĘ PARALIŻOWANEJ… – powiedziała synowa i wyszła z domu… Nie miała pojęcia, co jeszcze…

Nie chcę sparaliżowanej powiedziała synowa i wyszła
A nawet nie zdawała sobie sprawy, co może się wydarzyć dalej

W jednej mazowieckiej wiosce mieszkał zwyczajny staruszek, co w weekend trochę sobie popijał czystej. Jego wielkim marzeniem było mieć psa, ale nie byle jakiego koniecznie rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Gotów był nawet pojechać za granicę, byle kupić takiego psa i przywieźć go do domu.

Staruszka wszyscy nazywali Staszczyk. Czy to było naprawdę imię czy przezwisko nikt do końca nie wiedział. Wszyscy wołali na niego Staszczyk i już. Siadywał Staszczyk po pracy w ogródku na ławce, wspominając dawne czasy. Często młodzi z okolicy zbierali się przy ławce, słuchając jego opowieści, jak to kiedyś bywało na wsi.

Żonę Staszczyk pochował już dawno. Maria miała chore serce. Lekarze odradzali jej rodzenie dzieci, ale bardzo pragnęła mieć syna. Urodziła Staszczykowi chłopca i całkiem podupadła na zdrowiu. Staszczyk ją kochał. Wszystko w domu robił za nią, nawet z zakupami do sklepu ją nie puszczał. „Nie możesz! Lekarze zabronili!” mówił.

Sam zajmował się dzieckiem, gotował obiady. Maria się martwiła:
Może przynajmniej nie rób ze mnie pośmiewiska! Sąsiadki się śmieją, że nic w domu nie robię, wszystko na chłopie!

A sąsiadki nie śmiały się, tylko zazdrościły:
Oj, Marysia. Daj by nam twojego Staszczyka na jeden dzień w dzierżawę, może byśmy jak ty pożyły
Maria tylko się uśmiechała. Odeszła dokładnie tak z uśmiechem na twarzy. Staszczyk rano znalazł ją już zimną. Płakał, jak bóbr, trzy dni, a potem zajął się synem.

Chłopak miał wtedy trudny czas, 14 lat. Po wojsku wcześnie się ożenił i został tam, gdzie służył. Tak Staszczyk został całkiem sam. Ale staruszek się nie załamywał lubił rozmawiać z młodymi na ławce.

Synowi urodziła się córka, Staszczyk czekał na nich w gościnę, ale nie przyjeżdżali. Praca, brak czasu, raz jedno, raz drugie. Wnuczkę widział tylko na zdjęciach.

Pewnego dnia mieszkańcy wioski zauważyli, że ze Staszczyk zrobił się ponury jak gradowa chmura. Nie śmiał się, nie żartował, nie siedział na ławce przy domu. Zaczęli dopytywać, co się stało, i okazało się, że dostał telegram, w którym synowa poinformowała, że mieli poważny wypadek samochodowy. Wnuczka w szpitalu w ciężkim stanie, a syn Staszczyka zginął.

Wielkie nieszczęście, wielki ból! współczuli mu wszyscy we wsi, ale czy można w ogóle znaleźć słowa, by ulżyć takiej stracie?

Staszczyk przyjmował kondolencje, ale ulgi nie znajdował. Żal mu było syna, ale go nie wróci Serce bardziej bolało o wnuczkę. Leżała w szpitalu, w śpiączce, młoda dziewczyna, 15 lat. Tyle życia przed nią, a wszystko nagle przerwane. Staruszek miał duszę w strzępach.

Najgorsze, że od synowej nie było już żadnych wieści. Nie pisała listów, nie odpowiadała na telegramy, nie odbierała telefonu. Jak się dowiedzieć, co z wnuczką? Staszczyk nie widział jej nigdy w realu, ale kochał jak własne dziecko. Na zdjęciach wnuczka była podobna do Marii z młodości.

Staszczyk już miał jechać do miasta, gdzie mieszkał syn, kiedy nagle, wieczorem, podjechał pod dom samochód. Wyniesiono z niego nosze. Do mieszkania weszła kobieta staruszek nie od razu rozpoznał, że to synowa. Za nią wniesiono nosze, na których leżała wnuczka. Dosłownie rzuciła dziewczynę na kanapę i wyszła.

Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Taka córka mi niepotrzebna. Jeszcze wyjdę za mąż i urodzę zdrowe dziecko! powiedziała synowa.

Przecież nie jestem lekarzem! zdążył tylko zaprotestować Staszczyk.

Lekarz nic nie pomoże. Potrzebna jej opiekunka. Nie chcecie się męczyć zakopcie ją żywcem, ja nie zamierzam marnować życia. Nie będę dla niej opiekunką! rzuciła kobieta wychodząc.

To nie matka, chyba! krzyknął za nią Staszczyk.

Teraz było wiadomo, dlaczego syn z rodziną nie przyjeżdżał w gości. Z taką żoną tylko na targ kłócić się jeździć, nie na odwiedziny. Jak syn w taką żmiję się związał?… Tylko teraz już nie zapyta. Gdyby wiedział, że żona syna wyrzeknie się córki, chyba by się przewrócił w grobie. Zostali więc we dwoje Staszczyk i wnuczka.

Dziewczyna rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, ale dla Staszczyka opieka nie była niczym nowym. Przynajmniej miał teraz cel w życiu! Główny wyleczyć wnuczkę.

Lekarze się poddali wypisali dziewczynę ze szpitala. Sama rehabilitacja nie pomagała, urazy niemal nie do pogodzenia z życiem. Została medycyna ludowa i znachorki. Najbliższa mieszkała daleko, a sparaliżowanego dziecka w taki stan nie zabierzesz poza tym starsza już była i do domów nie chodziła. Co robić nie wiadomo

Staszczyk niemal co tydzień jeździł do znachorki, ta dawała zioła i nalewki. Tymi właśnie leczył wnuczkę. Minął ponad rok dziewczyna wciąż nie ruszała ręką ani nogą, leżała jak kłoda pod kołdrą. Nawet mówić nie mogła tylko jakieś ciężko zrozumiałe dźwięki wydawała.

Czasem staruszek zauważał, że łza płynie jej po policzku. Wtedy serce mu pękało. Myślał, że wnuczka tęskni za matką i ojcem. Długo opowiadał jej różne historie, czytał książki, ale dziewczyna nie mogła mu odpowiedzieć. Oboje cierpieli.

Aż któregoś wieczoru stało się coś zaskakującego. Gdy dziadek jak zwykle siedział przy łóżku chorej, do domu wpadła paczka pijanych młodych ludzi. Okazało się, że przez nieuwagę Staszczyk zapomniał zamknąć drzwi wejściowe. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło. Wiedzieli, że w domu mieszka sparaliżowana dziewczyna. Ktoś rzucił pomysł, żeby wejść i „się zabawić”, bo przecież jak sparaliżowana, to nie będzie się opierać Popchnęli drzwi, a te się rozchyliły.

No dziadku! Odsłoń wnuczkę, rozkracz jej nogi! Zaraz rzucimy losy, kto pierwszy zawołał najbardziej pijany.

Zmiłujcie się! Przecież ma tylko 15 lat! protestował staruszek.

Oj, zaczekajcie, tylko umyję zęby! powiedział Staszczyk, a sam biegiem do kuchni, otwierać piwnicę i woła: Bierz go!

A z piwnicy wyskakuje ogromny owczarek środkowoazjatycki Maks. Zaczyna chwytać łobuzów za portki! Temu najbardziej zuchwałemu o mało nie odgryzł przyrodzenia. Inni z podartymi spodniami uciekają w panice przez wieś, a Maks za nimi, aż na sam skraj wioski. Ludzie mają ubaw, a Maks wraca oknem do domu.

Wchodzi Staszczyk do pokoju wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno:
Maks! Maks! Szybko dziadku, trzymaj go, żeby nie uciekł!…

Staruszek się rozpłakał. Od tego dnia wnuczka zaczęła odzyskiwać zdrowie. Po niedługim czasie nawet chodzić zaczęła. Czy to zasługa ziół znachorki, czy szoku z powodu psa, ale za to teraz nawijała bez przerwy. Ponadrabiała milczenie wszystkich miesięcy. A skąd wziął się pies, pytacie? Proste! Owczarek Maks mieszkał u syna Staszczyka kiedy wydarzyła się tragedia, niedobra synowa pozbyła się i córki, i psa.

Psa przywiozła razem z dziewczyną, ale staruszkowi nic nie powiedziała. Gdy synowa wyszła z domu Staszczyka, poszedł zamknąć za nią bramę i patrzy przy bramie siedzi pies. Chudy, wymęczony, oczy smutne jak u chorej krowy, w nich prawdziwe łzy. Staszczyk nawet nie wiedział, że syn miał psa. Nie mógł wypędzić go z domu przygarnął zwierzaka.

Pies służył starcowi uczciwie, a gdy przyszli tamci bandyci, akurat siedział w piwnicy, bo lato było wyjątkowo upalne. Żeby pies się nie męczył od gorąca, Staszczyk na dzień wpuszczał Maksa do chłodnej piwnicy, wieczorem wypuszczał do ogrodu. Tamtego dnia jeszcze nie zdążył go wypuścić. Gdyby nie to, żadna łobuzerka by nie weszła do domu.

Wnuczka później opowiedziała dziadkowi, że gdy płakała, łzy lały się po policzkach, bo bardzo tęskniła za swoim psem. Dziadek zawsze trzymał psa na podwórku, do domu wpuszczać nie chciał, a dziewczyna nie mogła mu powiedzieć, jak bardzo za nim tęskni.

Maks przepędził pijanych, wrócił do domu, oblizał twarz swojej ukochanej dziewczynce. On też bardzo ją kochał i tęsknił. I tak zamieszkali we troje Staszczyk, wnuczka i Maks. A o matce dziewczynki już nigdy nic nie usłyszeli.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 3 =

NIE POTRZEBUJĘ PARALIŻOWANEJ… – powiedziała synowa i wyszła z domu… Nie miała pojęcia, co jeszcze…