Nie otwieraj drzwi do tajemnic

Halina Stanisławowska stała przy oknie, przyciskając dłoń do szyby, i patrzyła, jak dozorca Kazik zgrabia ostatnie żółte liście. Październik był wyjątkowo deszczowy, a w jej sercu panowała podobna szarość i wilgoć.

„Mamo, znowu stoisz przy oknie?” – do pokoju weszła Bogusia, córka, już niemłoda, blisko czterdziestki. – „Herbaty się napijesz?”

„Napiję” – odparła Halina, nie odwracając się. – „Bogusiu, a co u nas w schowku stuka? Wczoraj wieczorem słyszałam, dziś rano znowu.”

Bogusia skrzywiła się, postawiła czajnik na kuchence.

„Pewnie mysz. Albo stare rury. Mamo, nie wymyślaj. Dom z lat sześćdziesiątych, wszystko tu skrzypi i puka.”

„Nie, to nie mysz. Mysz szelest robi, a tu wyraźnie stuka. Jakby ktoś od środka.” – Halina odwróciła się do córki. – „Może pójdziemy sprawdzić?”

„Mamo, przecież wczoraj sprawdzałyśmy! Tam są nasze stare graty, narzędzia taty, słoiki z przetworami. Nic więcej. Po prostu denerwujesz się po szpitalu.”

Halina westchnęła ciężko. Miesiąc temu trafiła do szpitala z sercem, a teraz córka kręci się wokół niej jak kwoka, boi się zostawić samą. Wyniosła się z własnego mieszkanka, wzięła urlop w pracy. A Halina czuje się jak kula u nogi.

„Bogusiu, może wrócisz do domu. Czuję się dobrze. A poza tym, twój Marek się za tobą stęsknił.”

„Marek przeżyje. Ale jeśli coś ci się stanie, nie wybaczę sobie” – Bogusia zalała wrzątkiem fusy, podała matce kubek. – „Pij, póki gorące.”

Usiadły przy kuchennym stole, gdy nagle rozległo się ponowne stukanie. Wyraźne, rytmiczne – raz, dwa, trzy, przerwa, znów raz, dwa, trzy.

„Słyszysz?” – Halina złapała córkę za rękaw. – „Znowu to samo.”

Bogusia zmarszczyła brwi, nasłuchiwała. Stukanie powtórzyło się.

„Chodźmy sprawdzić” – zdecydowanym ruchem wstała.

Schowek znajdował się za kuchnią – mała, ciemna komórka pełna domowych rupieci. Bogusia włączyła światło, rozejrzała się. Półki z słoikami, stare pudła, skrzynka z narzędziami po ojcu. Wszystko na swoich miejscach.

„Widzisz? Nikogo tu nie ma” – powiedziała matce.

„A to co?” – Halina wskazała na najdalszą półkę, gdzie stała nieznana szkatułka.

Bogusia podeszła bliżej. Szkatułka była staroświecka, z ciemnego drewna, z mosiężnymi narożnikami. Na wieku wyrzeźbiono dziwne wzory, podobne do pisma.

„Skąd się tu wzięła?” – zdziwiła się Bogusia. – „Nie pamiętam czegoś takiego.”

„Ja też nie. Dziwne…” – Halina sięgnęła po szkatułkę, ale córka ją powstrzymała.

„Nie dotykaj. Może sąsiedzi coś podrzucili? Albo administrator zostawił? Zapytamy Kazika, on wszystko w bloku wie.”

Wyszły ze schowka, ale Halina co chwilę zerkała przez ramię. Coś ją niepokoiło. A stukanie ucichło, gdy tylko tam zajrzały.

Wieczorem Bogusia zadzwoniła do męża.

„Marku, jak tam? Zastanę jeszcze kilka dni, mama jakaś roztrzęsiona. Mówi, że w schowku coś stuka. Znajdujemy tam jakąś dziwną szkatułkę.”

„Może do lekarza ją zabrać?” – zaproponował Marek. – „Po zawale zdarzają się halucynacje.”

„To nie halucynacje. Samam słyszała stukanie. I szkatułka jest prawdziwa, widziałam ją. Jutro spytam dozorcy.”

„Bogusiu, a ty tej szkatułki nie otwierałaś?”

„Nie, mama zabroniła ruszać. I jakoś… straszno. Piękna, ale upiorna.”

„Dobrze robicie. Licho wie, co tam…”

Nazajutrz Halina obudziła się od stukotu. Był głośniejszy, natarczywszy. Jakby domagał się uwagi. Narzuciła szlafrok, poszła do kuchni. Bogusia jeszcze spała na kanapie w salonie.

Stukanie nasilało się. Halina podeszła do drzwi schowka, przyłożyła ucho. Dźwięk dochodził właśnie stamtąd, z głębi, znad tej półki.

„Kto tam?” – szepnęła.

Stukanie ustało. Cisza. A potem – jeden mocny uderzenie.

Halina odskoczyła, serce waliło jak młot. Pobiegła budzić córkę.

„Bogusia! Wstawaj szybko!”

„Co się stało, mamo?” – Bogusia zerwała się przestraszona.

„Tam… w schowku… Ono mi odpowiedziało!”

„Co odpowiedziało?”

„Zapytałam, kto tam, i stuknęło raz. Jakby na sygnał!”

Bogusia przetarła twarz dłońmi, spojrzała na zegarek. Szósta rano.

„Mamo, jesteś pewna?”

„Absolutnie. Bogusiu, może wezwiemy kogoś? Hydraulika? Albo… księdza?”

„Księdza?” – Bogusia uniosła brwi. – „Mamo, przecież nigdy nie byłaś wierząca.”

„A teraz zaczynam. Jest na tym świecie coś, czego nie rozumiemy.”

Po śniadaniu zeszły na dół szukać Kazika. Stary dozorca zamiatał chodnik przed klatką, pogwizdując pod nosem.

„Kazimierzu” – zawołała Bogusia. – „Mogę na chwilę?”

„Oczywiście, Bogusiu. Co się stało?”

„Nie wie pan, kto mógł podrzucić do naszego schowka szkatułkę? Wczoraj ją znalazłyśmy, ale nie wiemy, gdzie się wzięła.”

Kazik odłożył miotłę, uważnie spojrzał na kobiety.

„Szkatułkę? Jaką szkatułkę?”

„Staroświecką, drewnianą, z wzorami” – opisała Halina.

Twarz dozorcy zmieniła się. Zbladł, oparł się o ścianę.

„Ojej, to nie wróży nic dobrego… Nie otwierałyście?”

„Nie” – odparła Bogusia. – „Coś pan wie?”

„Wiem. Ta szkatułka należała do Marii Antoniny z osiedlowego bloku. Pamiętacie ją?”

Halina skinęła głową. Maria Antonina zmarła trzy lata temu – stara panna, całe życie sama. Dziwaczka, sąsiedzi się jej bali.

„No więc” – ciągnął Kazik – „gdy umierała, kazała mi ją zakopać. Mówiła, że zamknęła w niej coś, czego nie wolno wypuścić.”

„I co pan zrobił?” – spytała Bogusia.

„A co miałem robić?Halina zamyśliła się na chwilę, po czym z uśmiechem odłożyła szkatułkę na półkę i zamknęła drzwi schowka na klucz, postanawiając, że tym razem posłucha ostrzeżenia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

8 − sześć =

Nie otwieraj drzwi do tajemnic