Nie otwieraj
Barbara Nowak stała przy oknie, przyciskając dłoń do szyby, i patrzyła, jak woźny Stanisław zgrabia ostatnie żółte liście. Październik był wyjątkowo deszczowy, a w jej duszy panowała równie ponura aura.
— Mamo, znowu stoisz przy oknie? — do pokoju weszła Ewa, jej córka, już niemłoda, blisko czterdziestki. — Zrobisz sobie herbatę?
— Zrobię — odparła Barbara, nie odwracając się. — Ewuniu, a co tam stuka w schowku? Wczoraj wieczorem słyszałam, dziś rano znowu.
Ewa zmarszczyła brwi, postawiła czajnik na kuchence.
— Pewnie mysz. Albo stare rury. Mamo, nie wymyślaj. Dom był budowany jeszcze w latach sześćdziesiątych, wszystko tu skrzypi i stuka.
— Nie, to nie mysz. Myszy szeleszczą inaczej, a tu wyraźnie ktoś stuka. Jakby od środka. — Barbara odwróciła się do córki. — Może pójdziemy zobaczyć?
— Mamo, przecież wczoraj sprawdzaliśmy! Tam są nasze stare rzeczy, narzędzia taty, słoiki z przetworami. Nic więcej. Po prostu denerwujesz się po szpitalu.
Barbara ciężko westchnęła. Miesiąc temu trafiła do szpitala z sercem, a teraz Ewa kręci się wokół niej jak kwoka, boi się ją zostawić samą. Wynajęła nawet swoje mieszkanie i wzięła urlop w pracy. A Barbara czuje się ciężarem.
— Ewciu, wróć do siebie. Czuję się już lepiej. A poza tym, twój Marek za tobą tęskni.
— Marek sobie poradzi. Ale jeśli coś ci się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę — Ewa zalała wrzątkiem fusy, podała matce filiżankę. — Pij, póki gorące.
Usiedli przy kuchennym stole, gdy nagle rozległo się pukanie. Wyraźne, rytmiczne — raz, dwa, trzy, przerwa, i znowu raz, dwa, trzy.
— Słyszysz? — Barbara chwyciła córkę za rękaw. — Znowu to samo.
Ewa zmarszczyła czoło, nasłuchiwała. Pukanie powtórzyło się.
— Chodźmy sprawdzić — zdecydowała, wstając.
Schowek znajdował się za kuchnią, mała, ciemna komórka pełna domowych drobiazgów. Ewa zapaliła światło, rozejrzała się. Półki z słoikami, stare pudła, skrzynka z narzędziami ojca. Wszystko na swoich miejscach.
— Widzisz? Nikogo tu nie ma — powiedziała matce.
— A to co? — Barbara wskazała na odległą półkę, gdzie stała nieznana szkatułka.
Ewa podeszła bliżej. Szkatułka była staroświecka, z ciemnego drewna, z mosiężnymi okuciami. Na wieku widniały dziwne wzory, przypominające pismo.
— Skąd ona się tu wzięła? — zdziwiła się Ewa. — Nie pamiętam czegoś takiego.
— Ja też nie. Dziwne… — Barbara wyciągnęła rękę, ale córka ją powstrzymała.
— Nie dotykaj. Może sąsiedzi coś tu schowali? Albo administrator? Zapytamy Stanisława, on wie wszystko o tym domu.
Wyszły ze schowka, ale Barbara ciągle spoglądała za siebie. Coś nie dawało jej spokoju. A pukanie ustało, gdy tylko tam weszły.
Wieczorem Ewa zadzwoniła do męża.
— Marku, jak tam? Zostanę jeszcze kilka dni, mama jest jakaś nerwowa. Mówi, że coś stuka w schowku. Znaleźliśmy tam jakąś dziwNastępnego ranka Barbara obudziła się i znalazła szkatułkę na swoim nocnym stoliku, a na jej wieku wyryte słowo, którego wcześniej nie było: **”Już”**.



