Nie ma radości bez walki

Nie ma radości bez walki

– Jak mogłaś się wpakować w coś takiego, głupia dziewczynko? Kto cię teraz zechce, z dzieckiem pod sercem? I jak zamierzasz je wychować? Na moją pomoc nie licz. Wychowałam ciebie, a teraz jeszcze twoje dziecko? Nie jesteś mi tutaj potrzebna. Pakuj się i wynoś z mojego domu!

Kasia stała z pochyloną głową, w ciszy słuchając rozżalonych słów ciotki Haliny. W jednej chwili prysła jej ostatnia nadzieja, że ciotka choć na chwilę przygarnie ją pod dach, zanim znajdzie pracę.

Gdyby mama żyła…

Kasia nie znała ojca. Mama zginęła, gdy miała siedem lat rozjechał ją pijany kierowca na przejściu dla pieszych. Dziewczynka cudem nie trafiła do domu dziecka, bo nagle odnalazła się daleka krewna siostra mamy z innego ojca. Halina prowadziła spokojne życie na obrzeżach Przemyśla dom, ogródek, własna praca, więc opieka poszła sprawnie.

Dom był zadbany, chociaż położony na uboczu. Lato pachniało jabłkami z sadu, a zimą padały nieprzyjemne słoty. Kasi nigdy nie brakowało jedzenia ani dachu nad głową. Zawsze miała w co się ubrać, nauczyła się pracować dom, podwórko, trochę kur i królików, więc roboty nie brakowało. Może nie czuła matczynego ciepła, ale kto dziś na to patrzy?

Uczyła się dobrze i po maturze dostała się do pedagogicznego w Krakowie. Beztroskie, studenckie lata minęły szybko. Teraz, po rozdaniu ostatnich egzaminów, wróciła do miejsca, które uważała za dom rodzinny tylko powrót nie cieszył.

Po kolejnej dawce pretensji ciotka trochę ochłonęła.

– Dosyć. Zmykaj mi z oczu. Nie chcę cię tu widzieć.

– Ale ciociu Halinko, mogłabym chociaż…

– Nie! Powiedziałam wszystko!

Kasia bez słowa złapała walizkę i wyszła na ulicę. Tego się nie spodziewała taki powrót, taka odmowa, wstyd i żal, a była w ciąży… Już nie ukrywała tego, ile można udawać, że nic nie widać.

Ruszyła przed siebie, zagubiona we własnych myślach. Lato na południu miało swój smak na drzewach złociły się gruszki i jabłka, śliwki fioletowe, w sadach pachniało konfiturami. Zewsząd dolatywały aromaty pieczonego ciasta i świeżego chleba. Chciało jej się pić. Przy jednej z furtek zauważyła kobietę w ogrodzie i zebrała się na odwagę.

– Przepraszam, mogę u pani napić się wody?

Pani Zofia, korpulentna czterdziestoparolatka, spojrzała szybko i zaprosiła gestem.

– Chodź, jeśli masz dobre zamiary. Tu każdy spragniony dostanie.

Podała jej kubek wody ze studni. Kasia usiadła na ławeczce.

– Zostanę chwilkę, straszny upał…

– Jasne. Skąd jesteś, z walizką?

– Skończyłam właśnie pedagogikę, chciałam pracować w szkole, ale… nie mam gdzie mieszkać. Wie pani, czy ktoś nie wynajmuje pokoju?

Zofia popatrzyła przychylnie dziewczyna schludna, choć zmęczona i zagubiona.

– Zostań u mnie. Dom trochę za duży, przyda się towarzystwo. Cena nieduża, ale pomóż czasem przy domu. Chcesz chodź, pokażę pokój.

Zofii ucieszyła się z dodatkowej osoby syn był za granicą, rzadko dzwonił, zimowe wieczory dłużyły się. Trochę grosza także wpadnie, więc układ idealny.

Kasia była szczerze wdzięczna za taki ratunek. Pokój niewielki, z widokiem na sad, ale czysty i jasny: łóżko, szafa, stolik, wszystko, co potrzeba. Od razu dogadały się co do czynszu, płaciła ok. 600 zł miesięcznie do przeżycia. Przebrała się i poszła do wydziału edukacji szukać pracy.

Dni zaczęły biec szybko praca, dom, praca. Ścigała się z kalendarzem, pomagała Zofii w ogrodzie i kuchni, a wieczorami piły razem herbatę w altanie. Zżyły się, Zofia otoczyła Kasię opieką, a ona wreszcie mogła poczuć się bezpiecznie, nawet jeśli życie nie zawsze układa się po myśli.

Ciążę znosiła lekko nie mdliło jej, skóra gładka, tylko buzia zaokrąglona. Wkrótce opowiedziała Zofii swoją historię tych historii jest u nas wiele.

W drugim roku studiów zakochała się w Pawle, synu lekarzy, czarującym, zawsze uśmiechniętym, ulubieńcu studentów. Wszystkim się podobał, ale wybrał właśnie ją tę cichą, z brązowymi oczami i uśmiechem nieśmiałością. Może rozpoznał w niej siłę, którą mają tylko ci, którzy znają życie od podszewki? Nie wiem. Resztę studiów byli nierozłączni, Kasia myślała, że już na zawsze.

Dzień, który utkwił jej w pamięci: rano przestała jeść, wszystko ją drażniło, mdłości od paru dni, a przede wszystkim spóźnienie. Test, powrót do akademika, nerwy i… dwie kreski. Patrzyła w nie jak zaczarowana. Egzaminy lada dzień, dzieci w planach nie było. Co powie Paweł?

A jednak poczuła czułość i odpowiedzialność za tę maleńką istotkę.

– Maluszku… wyszeptała przez łzy, gładząc swój brzuch.

Wieczorem Paweł, dowiedziawszy się o wszystkim, zabrał ją do swoich rodziców. Tę scenę Katarzyna do dziś wspomina z goryczą. Odradzili dziecko aborcja, potem rozłąka, bo Paweł musi zrobić karierę, a ona mu przeszkadzi. Paweł nie powiedział jej nic. Następnego dnia po prostu wręczył wypchany kopertę (1500 zł), odwrócił się i wyszedł.

Nie miała nawet myśli o przerwaniu ciąży pokochała już swoje dziecko. Ale pieniądze się przydadzą.

Zofia przytuliła Kasię: Nie ma się czego wstydzić. Dziecko to błogosławieństwo. Wszystko się jeszcze ułoży, zobaczysz.

O Pawle Kasia nie chciała już pamiętać. Za dużo bólu, tylko żal, że tak łatwo się jej wyrzekł.

Czas leciał. Od połowy zimy nie pracowała, czekała aż urodzi, czuła się ciężka jak gęś. Na USG nie udało się zobaczyć płci i lepiej, ważne, by zdrowe.

Pod koniec lutego, w sobotę o świcie, zaczęły się bóle. Zofia od razu zabrała ją samochodem do szpitala. Poród okazał się lżejszy, niż się spodziewała. Przyszedł na świat zdrowy chłopiec.

– Maciuś… szepnęła, pierwszy raz przytulając do policzka jego cieplutką twarzyczkę.

W sali szybko zaprzyjaźniła się z innymi dziewczynami. Jedna powiedziała, że dwa dni temu żona pogranicznika urodziła tu córeczkę, choć nie mieli ślubu. On ją kochał, kwiaty nosił, gościł pielęgniarki czekoladkami, a ona nagle uciekła napisała, że nie jest gotowa na bycie matką. Zostawiła wszystko.

– A dziecko?

– Karmią butelką, ale ona taka słaba Przydałoby się mleko mamy, tylko każda z nas ma własne dzieci.

Kiedy pielęgniarka zapytała, czy Kasia może nakarmić dziewczynkę, zgodziła się od razu.

Taka maleńka, jasnowłosa Nazwę ją Ola. uśmiechnęła się cicho.

Dziewczynka wyglądała na kruchą przy pulchnym Maciusiu. Ssała mocno, po chwili zasnęła.

Dwa dni później pojawił się ojciec dziewczynki młody porucznik Straży Granicznej, Piotr Wawrzyniak, z niebieskimi oczami i poważnym spojrzeniem. Podziękował Kasi za karmienie jego córeczki.

Resztę wydarzeń potem powtarzał cały szpital i pół Przemyśla. Przy wyjściu ze szpitala czekały pielęgniarki, lekarze, salowe. Przed wejściem pysznił się czarny passat ozdobiony balonikami, Piotr w mundurze pomógł Kasi wsiąść, podał jej niebieski kocyk, potem różowy. Na tylnej kanapie siedziała już Zofia.

Odjechali pod akompaniament szpitalnych fanfar.

Tak to już w życiu nie wiesz, gdzie spotkasz swój los. Kasia patrzyła przez okno, tuliła dwoje niemowląt i cicho dziękowała Zofii za wszystko. W aucie pachniało świeżymi tulipanami i pudrem dziecięcym. Piotr prowadził w ciszy, raz po raz zerkał w lusterko mała Ola śpiła przytulona do palca Kasi.

W domu czekał nie tylko dach, ale i ciepło herbata z dżemem, stara szafa, w której powoli miały zamieszkać zabawki. I życie, którego nikt nie przewidział, ale które już teraz było pełne sensu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × cztery =

Nie ma radości bez walki