Nie ma radości bez walki

Nie ma radości bez burzy

Jak mogłaś się w taki ambaras wpakować, durna dziewczyno?! Kto cię weźmie teraz z dzieckiem pod sercem? I z czego chcesz je utrzymać? Na moją pomoc nie licz! Jedną sierotę już wychowałam, drugiej nie zamierzam! Nie jesteś mi potrzebna! Pakuj walizki i wynoś się z mojego domu!

Lidka słuchała w milczeniu, wzrok wlepiony w podłogę. Ostatnia iskierka nadziei, że ciotka Marianna ją przygarnie choćby do czasu znalezienia pracy, zgasła jak świeczka na wietrze.

Gdyby mama żyła

Ojca Lidka nie znała. Jej matkę potrącił pijany kierowca na pasach piętnaście lat temu. Dziewczynka już była na progu domu dziecka, kiedy pojawiła się daleka krewna cioteczna siostra matki. Ciocia Marianna miała własny dom i stałą posadę, więc opiekę przyznano jej bez skrupułów.

Mieszkała ciocia na obrzeżach miasteczka pod granicą, gdzie latem prażyło słońce, a zimą z nieba lał się deszcz. Lidka nigdy nie głodowała, była schludnie ubrana i przyuczona do roboty. Dom, ogród, kury pracy nie brakowało. Może nie starczyło matczynego ciepła, ale kto by się tym dziś przejmował?

Dziewczyna dobrze się uczyła, dostała się po liceum do studium nauczycielskiego. Beztroskie, studenckie czasy przeleciały jak przez palce egzaminy zdane, wróciła do swojego miasta, które zdążyła już pokochać. Tyle że powrót okazał się gorzką niespodzianką.

Po wybuchu ciotka Marianna nieco się uspokoiła.

Starczy już teatralnych scen. Znikaj mi z oczu, nie chcę cię tu.

Ciociu Marianno, może chociaż

Już wszystko powiedziałam!

Lidka chwyciła walizkę i wyszła, nie obejrzawszy się za siebie. Czy tak miało wyglądać jej dorosłe życie? Odtrącona, upokorzona i czego już nie zamierzała ukrywać w ciąży, choć dopiero na początku.

Trzeba szukać dachu nad głową. Łaziła więc bez celu, zagłębiona w myślach, niewidoma na otaczający ją świat.

Było lato na południu Polski. Sady tonęły w jabłoniach, gruszach i złotych morelach. Winogrona zwisały ciężkimi kiściami, a śliwki ukrywały się pod liśćmi. Powietrze pachniało powidłami, pieczonym mięsem i świeżym chlebem. Gorąco jak w piekarniku, Lidkę aż ściskało z pragnienia. Podchodząc do furtki, zwróciła się do krępej kobiety, która krzątała się przy letniej kuchni:

Mogę się napić wody?

Paulina, babka po pięćdziesiątce, spojrzała spod brwi.

No, jak z dobrym sercem, to wchodź.

Podała jej kubek świeżej wody prosto z wiadra. Lidka usiadła na ławeczce, chlipiąc wodę jak wygłodniały kurczak.

Mogę tu chwilę posiedzieć? Gorąc taki

Jasne, dzieciaku. Skądś ty się urwała, z tą walizką?

Właśnie skończyłam studium, chciałam pracować jako nauczycielka. Ale nie mam się gdzie podziać. Może pani kogoś zna, kto wynajmuje pokój?

Paulina przejrzała ją z góry na dół: porządna, tylko smutna i ledwo się trzyma na nogach.

Możesz zostać u mnie. Trochę ożywisz chałupę. Płatność skromna, byle porządek był. Jeśli chcesz, pokażę ci pokój.

Widok doczepionej lokatorki Paulinę cieszył trochę grosza nigdy nie zaszkodzi, szczególnie na takim końcu świata. Syn daleko i wpada od święta, a na zimowe wieczory przyda się kobieca pogadanka.

Lidka, ledwo wierząc w swoje szczęście, pobiegła za gospodynią. Pokój był malutki, ale przytulny: okienko na ogród, stół, dwa krzesła, łóżko, stara szafa. Dogadały się co do ceny parę setek złotych. Przebrała się i poleciała do urzędu oświaty.

I popłynęły dni: pracadompraca, aż tygodnie mijały niezauważenie.

Szybko zaprzyjaźniła się z Pauliną okazała się prosta, lecz serdeczna. Lidka pomagała w obejściu, a wieczorami popijały herbatę w altanie, bo na południu jesień nie spieszy się z nadejściem.

Ciąża przebiegała łatwo. Nic jej nie mdliło, buzię miała nadal gładką, choć już bardziej okrągłą. Opowiedziała Paulinie swoją historię zwyczajną, jakich w Polsce tysiące.

W drugim roku studium zakochała się w Arturze, czarującym synu bogatych rodziców, profesorach lokalnego uniwersytetu. Jego życiowa trasa studia, doktorat, praca była już rozplanowana. Przystojny, szarmancki, dusza całego wydziału, miał powodzenie u dziewczyn, ale wybrał Lidkę. Może z powodu jej nieśmiałego uśmiechu, dobrych oczu i drobnej sylwetki? Może wyczuł w niej tę siłę, która rodzi się, gdy życie uczy od małego? Któż to zgadnie. Pozostałe lata minęły im bez rozłąki, a Lidka nie wyobrażała sobie innej przyszłości.

Ten dzień pamięta jak przez mgłę. Rano nie mogła przełknąć śniadania, mdliło ją od zapachu smażonej cebuli, a okres nie przychodził już od tygodnia. Jak mogła to przeoczyć?! Kupiła test, wróciła do akademika, napiła się wody i dwie kreski. Gapiła się w to jak sroka w gnat. Zaraz koniec semestru, a tu taka niespodzianka! Jak zareaguje Artur? Dzieci to nie był jeszcze ich temat.

A mimo to poczuła czułość do tej iskierki w sobie.

Maluchu wyszeptała, głaszcząc swój brzuch.

Artur, jak tylko usłyszał nowinę, zabrał Lidkę do rodziców. Spotkanie długo śniło jej się po nocach. W skrócie: kazali jej usunąć ciążę i po obronie dyplomu wyjechać w siną dal bo Artur musi robić karierę i do niej, skromnej nauczycielki, pasować nie będzie.

Co nastukał synowi, Lidka nie wiedziała nigdy. Następnego dnia Artur przyszedł milczący, wrzucił kopertę z kasą na biurko i tyle go widziała.

O aborcji Lidka nawet nie myślała. Kropka. Dziecko już kochała nad życie. Ale pieniądze wzięła nie była naiwna, wiedziała, jak się przydadzą.

Po wysłuchaniu historii Paulina tylko poklepała ją po ramieniu:

Bywało gorzej, dziewuchy po wsiach rzucały dzieci, a ty jesteś dzielna. Dziecko to łaska, jeszcze ci los wynagrodzi.

O powrocie do Artura Lidka nawet nie myślała. Tego upokorzenia nie przebaczyłby chyba nawet święty.

Czas mijał. Lidka zakończyła pracę tuż przed rozwiązaniem kroczyła po domu jak kaczka, ciekawa, czy urodzi chłopca czy dziewczynkę, ale USG nie rozstrzygnęło. Było jej wszystko jedno byle zdrowe.

Pod koniec lutego w sobotę zaczęły się bóle Paulina odwiozła ją do szpitala. Poród przebiegł szybko przyszedł na świat silny chłopiec.

Witek wyszeptała Lidka, gładząc jego rumianą buzię.

W sali zaprzyjaźniła się z innymi świeżo upieczonymi matkami. Opowiadały, że dwa dni temu żona pogranicznika urodziła tu córeczkę ślubu nie mieli, po prostu mieszkali razem.

Nie uwierzysz, przytargał jej kwiatów, czekolad, pieluch, dzień w dzień podjeżdża wypasionym SUV-em. A ona tylko lamentowała, że dzieci jej nie w głowie. W końcu zostawiła liścik i czmychnęła nie dała rady.

A maleństwo?

Karmią sztucznym mlekiem, ale lepiej by było, jakby ktoś miał nadmiar swojego. Ale każda zajęta przy swoim.

Kiedy przynieśli zapomnianą dziewczynkę do karmienia, pielęgniarka rzuciła:

Może któraś nakarmi? Chudziutka taka…

Ja, biedulka cicho powiedziała Lidka i wzięła maleńką na ręce.

Taka drobinka! Nazwę ją Marysią.

Przy Witku dziewczynka wydawała się niemal przezroczysta.

Lidka przystawiła ją do piersi i mała z zapałem się przyssała, po chwili już spała.

Wiedziałam, że chudeuszka, westchnęła pielęgniarka.

Tak to Lidka została karmicielką dwóch łobuziaków.

Dwa dni później przyszła położna z nowiną: Ojciec dziewczynki prosi, by podziękować tej, która karmi jego córkę.

Tak Lidka poznała pogranicznika kapitana Damiana Sokołowskiego niskiego, ale o spojrzeniu przenikliwym jak zimowy wiatr.

Dalszy ciąg historii długo opowiadano na oddziale i w całym miasteczku taki finał zgotowało życie, że wszyscy przecierali oczy.

W dzień wypisu przed szpitalem zebrała się cała ekipa lekarek, pielęgniarek i salowych. Pod drzwiami szpitala stało terenowe auto z niebieskimi i różowymi balonikami. Pan kapitan w mundurze pomógł Lidce wsiąść do auta, gdzie czekała już Paulina wręczył jej niebieski kłębek, zaraz potem różowy.

Przy dźwiękach klaksonów wyruszyli w nieznane.

Tak to jest nigdy nie wiadomo, do czego doprowadzą nas własne wybory. Lidka patrzyła przez okno, tuląc dwoje dzieci swoje i nie-swoje, a Paulina posyłała jej ciepły uśmiech. W powietrzu pachniało świeżymi kwiatami i dziecięcym mydełkiem. Kapitan Damian, ten sam, który jeszcze chwilę temu klękał przy jej łóżku z pytaniem, czy zostanie jego żoną, prowadził samochód i od czasu do czasu zerkał w lusterko tam malutka Marysia trzymała Lidki palec.

W domu nie czekał już tylko opiekuńczy ogień czekała miłość, herbata z domowym dżemem, stara szafa, gdzie teraz zamieszkają zabawki i nowe życie, które choć nieprzewidywalne jak marcowa pogoda już nabrało koloru i sensu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × pięć =

Nie ma radości bez walki