Nie ma szczęścia bez walki
Jak ty się, głupia dziewczyno, mogłaś w taką historię wpakować? Kto cię teraz z brzuchem przygarnie? Jak ty to dziecko zamierzasz wychować? Na moją pomoc nie licz. Ja już cię wychowałam, a teraz jeszcze dziecko mam na głowie mieć? Nie chcę cię tu dłużej. Pakuj się i wynoś z mojego domu!
Ola słuchała tego wszystkiego w milczeniu, patrząc w ziemię. Ostatnia nadzieja, że ciocia Ela pozwoli jej się zatrzymać chociaż na trochę do czasu aż znajdzie pracę rozpadła się na oczach.
Gdyby tylko mama żyła
Ojcowie nie było, a mamę Olę piętnaście lat temu potrącił pijany kierowca na przejściu dla pieszych. Mieli ją już zabrać do domu dziecka, ale wtedy pojawiła się daleka krewna ciocia Ela, kuzynka mamy. Ela miała stałą pracę w urzędzie i własny dom, więc bez problemu przyznali jej opiekę nad dziewczyną.
Ciocia mieszkała na obrzeżach spokojnego miasteczka na południu Polski. Latem upały, zimą deszcze takie typowe podgórskie klimaty. Ola nigdy nie chodziła głodna, zawsze miała co na siebie włożyć i wiedziała, co to obowiązek. Praca w domu, w ogrodzie, przy zwierzętach nigdy się nie nudziła. Czułości może brakowało, ale kto się tym przejmuje?
Przykładała się do nauki, później dostała się do pedagogicznego technikum. Lata szkolne minęły błyskawicznie i nim się obejrzała, już kończyła szkołę. Egzaminy zdane, wróciła do rodzinnego już miasta. Tyle że powrót okazał się zupełnie nie taki, jak się spodziewała.
Gdy ciocia Ela wygarnęła jej wszystko, co miała na sercu, zamilkła na chwilę, trochę się uspokajając.
Wystarczy, wynocha stąd. Nie chcę cię tu widzieć!
Ciociu Elu, może chociaż
Nie, powiedziałam już!
Ola zarzuciła torbę na ramię i wyszła na rozgrzaną ulicę. Pewnie nie tak wyobrażała sobie powrót upokorzenie, samotność i jeszcze to: dziecko w drodze. Ciąża nie była jeszcze zaawansowana, ale nie chciała już tego ukrywać.
Trzeba było szukać dachu nad głową. Szedła, zamyślona, zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie.
Było lato, pachniały ogródki, soczyste jabłka i gruszki dojrzewały na drzewach, a morele błyszczały złotem. Na winoroślach ciążyły fioletowe grona, pod liśćmi chowały się śliwki. W powietrzu unosił się zapach powideł, pieczonego mięsa i świeżego chleba. Było gorąco, a Ola chciała się napić. Zbliżyła się do furtki i zobaczyła kobietę przy letniej kuchni.
Przepraszam, da się tu napić wody? zapytała nieśmiało.
Pani Barbara, solidna kobieta w średnim wieku, odwróciła się i powiedziała: Pewnie, wejdź, napij się, jak potrzebujesz.
Nalała jej wodę z glinianego dzbanka do szklanki. Ola usiadła na ławce, zmęczona podróżą i wszystkimi przeżyciami.
Mogę trochę tu posiedzieć? Straszny upał.
Siedź ile chcesz, kochana. Skąd przyjechałaś? Widziałam, że torbę masz dużą.
Dopiero co skończyłam technikum, chciałam podjąć pracę w szkole. Ale nie mam gdzie się zatrzymać. Może słyszała pani, kto wynajmuje pokój?
Barbara przyjrzała się dziewczynie schludna z wyglądu, ale smutna i najwyraźniej coś przeżywa.
Jak chcesz, możesz się u mnie zatrzymać. Odświeżysz dom, trochę pogadasz, na nudę nie będziemy narzekać. Wynajęcie grosze, ważne żeby porządek był. Chcesz, pokażę ci pokój?
Barbarze cieszyła perspektywa, że ktoś jej dotrzyma towarzystwa i zasili domowy budżet, bo syn daleko, do domu rzadko zagląda. Zimą tym bardziej będzie raźniej.
Ola, nie dowierzając szczęściu, poszła za gospodynią. Pokój był nieduży, ale przytulny okno na ogród, biurko, dwa krzesła, łóżko i stara szafa. Dogadały się szybko co do ceny kilkaset złotych miesięcznie i zaraz po ogarnięciu się Ola ruszyła do urzędu szukać pracy.
Tak właśnie zaczął się jej nowy rozdział. Praca, dom, obowiązki i zanim się obejrzała, mijały kolejne dni.
Z Barbarą zaprzyjaźniły się od razu. Ola pomagała w domu, w ogrodzie, a wieczorami piły razem herbatę w altanie w tych stronach jesień przychodzi powoli.
Ciąża przebiegała dobrze, Ola nie miała żadnych problemów, buzię miała jasną, zaokrągloną, radosną. Barbara usłyszała jej historię niby zwyczajną, a jednak niezwykle bolesną.
Drugi rok technikum zakochała się w Piotrze, synu lekarzy, chłopaku czarującym, wygadanym, z dobrego domu. Przyszłość miał zaplanowaną studia, kariera w dużym mieście. Podobał się wielu dziewczynom, ale wybrał spokojną, skromną Olę. Może za jej delikatność, szczery uśmiech, wielkie zielone oczy albo za siłę, której nikt nie widział? Pewnie nigdy się tego nie dowie. Przez lata byli nierozłączni i Ola myślała, że przyszłość spędzą razem.
Ten dzień pamięta jak dziś: rano nie mogła jeść, nie znosiła zapachów, a miesiączka nie nadeszła. Kupiła test ciążowy, wróciła do akademika Dwie kreski. Patrzyła w osłupieniu przecież zaraz egzaminy, jak to powiedzieć Piotrowi? Przecież dziecko nie było w ich planach.
Nagle ogarnęła ją fala czułości do maleństwa.
Maluszku szepnęła, kładąc rękę na brzuchu.
Wieczorem powiedziała Piotrowi. Ten od razu zabrał ją do swoich rodziców Ta wizyta na zawsze została jej w pamięci. Wszystko krótko i na temat: Zrób aborcję, wyjedź potem sama, Piotrek musi się rozwijać nie pasujesz do niego.
Słowa ojca Piotra bolały bardziej niż wszystko inne. Następnego dnia Piotr przyniósł jej kopertę z pieniędzmi. Bez słowa.
Ola nie chciała nawet myśleć o żadnej aborcji. To był JEJ maluszek, jej i tylko jej. Pieniądze przyjęła, bo wiedziała, że będzie musiała być silna.
Barbara wysłuchała i przytuliła ją: Dziecko to nie ciężar, a dar. Jakoś to będzie, zobaczysz.
Myśl o powrocie do Piotra wywoływała w Oli wstręt. Upokorzenie, to jak łatwo jej się pozbył tego wybaczyć nie potrafiła.
Czas płynął. Ola już nie pracowała, z każdym tygodniem była bardziej okrąglutka, coraz bardziej niecierpliwa i ciekawa, kim będzie jej dziecko. Na USG nie udało się zobaczyć płci ale OI powiedziała sobie: Niech tylko będzie zdrowe.
Pod koniec lutego, w sobotę, zaczęły się skurcze. Barbara zawiozła ją do szpitala w Suchej Beskidzkiej. Poród poszedł gładko przyszedł na świat zdrowy chłopczyk.
Jaś szepnęła Ola, głaszcząc go po pucołowatej buzi.
W szpitalnej sali Ola zaprzyjaźniła się z innymi mamami. Jedna z nich opowiadała, że dwa dni temu żona strażnika granicznego urodziła tu córeczkę. Mieli luźny związek, dzieci nie planowali. Podobno coś między nimi nie wyszło ona zostawiła dziecko i uciekła, zostawiając tylko krótką notatkę.
A ta mała?
Karmią ją z butelki, ale najlepiej byłoby, gdyby ktoś miał mleko. Tylko każda tu z własnym bobasem się użera.
Jak przyniesiono dziewczynkę na żywienie, pielęgniarka zapytała:
Może któraś pomoże nakarmić? Dziewczynka słabiutka.
Ja spróbuję powiedziała Ola i ostrożnie przesiadła się z Jasiem na łóżku, delikatnie biorąc dziewczynkę.
Taka kruszynka, blondyneczka! Nazwałabym ją Marysią.
W porównaniu do zdrowego Jasia dziewczynka wydawała się maleńka.
Ola przystawiła ją do piersi, a ta od razu zaczęła ssać, po chwili zasnęła spokojnie.
Mówiłam, że chudziutka uśmiechnęła się pielęgniarka.
Ola przez te dni karmiła już dwójkę.
Po dwóch dniach do szpitala przyjechał ojciec Marysi, żeby podziękować tej, która odratowała jego córeczkę. Tak Ola poznała aspiranta Michała Grabowskiego niezbyt wysokiego, z przenikliwymi jasnoniebieskimi oczami.
Dalsze losy tej historii potem opowiadano wszystkim w szpitalu i jeszcze długo po miasteczku. I tak miało już zostać.
W dniu wypisu zebrała się cała ekipa lekarzy, pielęgniarek i salowych. Pod szpitalem stał terenowy samochód z balonami niebiesko-różowymi. Michał pomógł Oli wsiąść, Barbara też już czekała w środku, podał jeden becik niebieski a potem drugi, różowy.
Pod głosne klaksony odjechali i zniknęli za zakrętem.
Taka to historia. Nigdy nie wiesz, dokąd cię doprowadzą twoje wybory. Ola wyglądała przez okno, przytulając Jasia i Marysię, a Barbara uśmiechała się ciepło z tylnego siedzenia. Pachniało jasnymi tulipanami i dziecinnymi kosmetykami. Michał dziś już oficjalnie narzeczony, oświadczył się Oli jeszcze w szpitalu prowadził samochód, co chwila spoglądając w lusterko, gdzie spała maleńka Marysia, tuląc paluszek Oli.
W domu czekało już prawdziwe gniazdo ciepło kuchni, domowe przetwory, stara szafa, w której można było poukładać dziecięce zabawki i życie, którego nikt by się nie domyślił, ale które już miało sens.


