Nie ma nic gorszego na świecie…

Nie ma nic straszniejszego na świecie…

Niech pani będzie spokojna, u Wojtka wszystko w porządku. Wypisuję go do przedszkola. – Doktor podała Katarzynie zaświadczenie. – Żebyś już więcej nie chorował, Wojtusiu.

Chłopiec skinął głową i spojrzał na mamę.

– Chodźmy. – Katarzyna wzięła syna za rękę, a w drzwiach obejrzała się. – Do widzenia.

– Do widzenia – powtórzył za nią wpływającym głosem Wojtuś.

W korytarzu Katarzyna posadziła synka na krześle i poszła do szatni po kurtkę. Wojtek machał radośnie nóżkami i z ciekawością przyglądał się innym dzieciom. Gdy się ubrali, Katarzyna zawiązała mu szalik na szyi.

– Jutro wracasz do przedszkola. Stęskniłeś się? – spytała.

– Oczywiście! – ucieszył się chłopiec.

Wyszli z przychodni i ruszyli w stronę przystanku, przeciskając się przez zaspy śniegu.

– Mamo! Mamo… – Wojtek szarpnął za rękę zamyśloną Katarzynę.

– Co? – oderwała się od myśli, że jutro wreszcie wróci do pracy i życie znów potoczy się normalnym torem.

Poszła wzrokiem za spojrzeniem syna i zobaczyła kobietę z otwartym wózkiem. Siedział w nim chłopiec w wieku Wojtka, z otwartą buzią, z której ciekła ślina, i pustym wzrokiem.

Katarzyna natychmiast odwróciła oczy.

– Mamo, dlaczego ten chłopczyk jedzie w wózku? Przecież jest duży – szepnął Wojtek.

– Jest chory – odpowiedziała krótko.

– Ale mnie nie woziłaś w wózku, kiedy byłem chory – nie dawał za wygraną.

– Chodźmy już. On jest chory inaczej. – Katarzyna rzuciła jeszcze spojrzenie na oddalającą się kobietę z wózkiem i pociągnęła syna w stronę przystanku.

Od kiedy urodził się Wojtek, nie mogła patrzeć na chore dzieci, mimowolnie wyobrażając sobie siebie na ich miejscu. Żal ścisnął jej serce. Matki tych dzieci wzbudzały w niej współczucie. Zazwyczaj zostawały same – mężowie nie wytrzymywali i odchodzili. Dobrze, jeśli miały kogoś bliskiego obok.

A ona? Dałaby radę? Wzięłaby na siebie ten ciężar? A może zostawiłaby dziecko w szpitalu? Swojego Wojtusia? Nigdy! Nawet myśleć o tym było strasznie.

Jechali autobusem do domu, a Katarzyna wspominała…

***

Była ładną i wesołą dziewczyną. Spotykała się z chłopakami, ale nie spieszyła się z zamążpójściem, a o dzieciach nawet nie myślała. Czas jednak mijał, koleżanki kolejno wychodziły za mąż, niektóre nawet po raz drugi, a ich dzieci zdążyły już pójść do szkoły. Rodzina i przyjaciele przy każdym spotkaniu pytali, czy już znalazła sobie męża, a potem dziwili się, słysząc odpowiedź.

Z czasem i ona zapragnęła rodziny, dziecka. Zrozumiała, że jest gotowa prać i gotować dla ukochanego męża, niańczyć malucha, spacerować z wózkiem wśród innych matek. Ale ci mężczyźni, którzy jej się podobali, byli albo żonaci, albo – po nieudanych związkach – nie palili się do nowych relacji. A ci, którym podobała się ona, nie wzbudzali w niej uczuć. Wieczna historia niedopasowania.

Aż pewnego dnia poznała go. Nie był mężczyzną z jej marzeń, nie jej typ, jak to się mówi. Ale koleżanki i matka zgodnie powtarzały, że czas najwyższy, że jeśli teraz nie wyjdzie za mąż, to już nigdy. Wieki lecą, pora rodzić, a ona wciąż wybiera. A przecież nie wybierała. Po prostu nic z tego nie wychodziło.

Przyszły mąż mówił o miłości, dzieciach, planach na życie, zrobił wyjściowe oświadczyny. I Katarzyna się zgodziała. Po hucznym weselu prawie od razu zaszła w ciążę. Po co zwlekać? Trzydzieści trzy lata to nie żarty.

Chodziła uśmiechnięta, przyglądała się dzieciom na ulicy, w sklepach zawsze zaglądała do działów dziecięcych, oglądając malutkie sukienki i buciki. Mimowolnie kładła rękę na brzuchu, jakby chroniąc nowe życie w środku. Już je kochała – swoją córeczkę. Bo jakoś bardzo pragnęła dziewczynki.

Zanim minęły mdłości, zaczęły się koszmary. Śniło jej się, że zgubiła dziecko na ulicy albo znalazła pusty wózek. Było, a teraz go nie ma. Krzyczała, płakała, ale nie mogła go znaleźć. Albo budziła się we śnie i odkrywała, że nie ma brzucha, ale i dziecka też nie ma. A przecież było…

Budziła się z mocno bijącym sercem, dotykała wypukłego brzucha, ale długo nie mogła się uspokoić. Bała się zasypiać, w nocy często się budziła, bojąc się snów.

– To normalne. Lęki w ciąży są naturalne – uspokajała ją lekarz w przychodni.

Pewnego dnia zauważyła, że dziecko od dłuższego czasu nie porusza się w brzuchu. Cały wieczór i noc nasłuchiwała, a rano poszła do szpitala. Skierowano ją na USG.

– Dlaczego pani milczy? – spytała, ledwie powstrzymując łzy, widząc skupiony wzrok lekarza na ekranie. – Co z dzieckiem?

– Spokojnie, mamusiu, serduszko bije. Proszę posłuchać. – Lekarka nacisnęła przycisk, a Katarzyna usłyszała w głośniku szybkie, rytmiczne uderzenia serca swojego dziecka. – Po prostu śpi twardo. Nie mogę go dobudzić.

– On? Chłopiec? – zdziwiła się Katarzyna.

– Tak. Nie wiedziała pani?

Gdy wreszcie poczuła delikatne kopnięcie w brzuch, odetchnęła z ulgą.

– Żyje! Obudził się! – zaśmiała się cicho.

Im bliżej porodu, tym bardziej się bała. Katarzyna chodziła powoli, z ogromnym brzuchem, bolał ją kręgosłup.

– Duże dziecko. Będzie mocarz – uspokajali ją lekarze.

– A ja dam radę go urodzić? – martwiła się.

– A gdzie pani pójdzie? – uśmiechnęła się położna na kolejnym badaniu.

– Ale przy pierwszych porodach to już staruszka. Tak się mówi? – nie ustępowała.

– Rodzą i w czterdziestce, i później. Niech się pani nie martwi.

– Można zrobić cesarkę? – spytała ostrożnie.

– Po co? Nie ma żadnych wskazań. Pani sobie poradzi.

– Ale śnią mi się straszne rzeczy… Boję się. Może to brzmi niedorzecznie, ale mam złe przeczucie, że…

–Katarzyna mocniej ścisnęła dłoń synka, patrząc przez okno autobusu na migające domy, i pomyślała, że największym darem jest zdrowie dziecka – reszta zawsze jakoś się ułoży.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × jeden =

Nie ma nic gorszego na świecie…