Nie ma mnie

Nie ma mnie

Znowu kupiłaś to badziewie? Gienek postawił siatkę na stole z takim hukiem, że coś w środku zabrzęczało. Przecież mówiłem: żadnego Velouru. Drogo i bez sensu.

Nina Serdeczna stała przy oknie, patrząc na podwórko. Tam sąsiedzka dziewczynka, może siedmioletnia, goniła gołębie. Ptaki wzlatywały chmurą, rozpierzchały się w różne strony, by chwilę później znowu zebrać się na asfalcie, jakby nic się nie wydarzyło. Nina wpatrywała się w nie i myślała, że nie pamięta już, kiedy ostatnio kupiła sobie coś po prostu dlatego, że miała na to ochotę.

To krem do rąk, Gienek. Trzysta osiemdziesiąt złotych.

Trzysta osiemdziesiąt, to trzysta osiemdziesiąt. Zapomniałaś już liczyć?

Nie odpowiedziała. Odwróciła się, wyjęła z siatki mały słoiczek ze złotawą zakrętką, postawiła go na parapecie obok pelargonii. Pelargonia już dawno nie kwitła. Nina ciągle zabierała się, żeby sprawdzić w czym rzecz, ale nigdy nie miała czasu.

Nina. Rozmawiam z tobą.

Słyszę cię, Gienek.

Wyszła do kuchni, otworzyła lodówkę i zaczęła rozważać obiad. Za plecami słyszała jego ciężkie kroki, potem trzask drzwi od gabinetu. Odetchnęła.

Miała pięćdziesiąt osiem lat. Mieszkała w Poznaniu, w trzypokojowym mieszkaniu na ulicy Wyzwolenia, od dwudziestu dziewięciu lat żona Gienka Pawłowskiego Laryszewskiego. Miała dorosłego syna Antoniego, który mieszkał w Gdańsku i dzwonił w niedziele, ale czasem zapominał. Była działka czterdzieści kilometrów za miastem, był samochód, którym jeździł tylko Gienek, była praca w miejskiej bibliotece, gdzie Nina spędziła jako starsza bibliotekarka osiemnaście lat.

To była egzystencja. Tego nikt jej nie odbierał.

Wyjęła filet z kurczaka, położyła na desce i wzięła nóż. Dziewczynka już zniknęła, gołębie się rozleciały. Podwórko było szare, puste, a z asfaltowych pęknięć przebijała się zeszłoroczna, zżółkła trawa.

Nina nagle uświadomiła sobie, że stoi z nożem w ręku i nie kroi. Tylko stoi.

Odłożyła nóż, podeszła do parapetu, rozkręciła słoiczek kremu. Zapach był subtelny, jakby z nutą kwiatów. Wtarła odrobinę w grzbiet dłoni. Skóra szybko wchłonęła, zostało uczucie, jakby ktoś ujął jej rękę i trzymał.

Zamknęła słoik i wróciła do krojenia kurczaka.

Tej nocy wszystko było zwyczajne. Gienek zjadł w milczeniu, obejrzał wiadomości, poszedł spać. Nina długo jeszcze siedziała w kuchni z kubkiem wystygniętej już herbaty i przewracała strony starego czasopisma o ogródkach działkowych. Nie czytała go naprawdę. Po prostu siedziała.

Rano, w pracy, zastała Ludkę Krasnowską zapłakaną między regałami z czasopismami.

Ludka, co się stało?

Ludmiła Iwanowna była od Niny o trzy lata starsza, pracowała w bibliotece najdłużej ze wszystkich i znała układ książek na pamięć. Nigdy wcześniej nie widziała jej płaczącej.

Nic, nic machnęła ręką, wyjęła chusteczkę. Przepraszam. Prywatne sprawy.

Jeśli chcesz, powiedz.

Nie ma o czym. Wysmarkała się, schowała chusteczkę. Dzwoniła wczoraj córka. Mówi: Mamo, jesteś już przestarzała. Tak powiedziała. Zestarzałaś się.

W jakim sensie?

Dosłownie. Poradziłam jej, jak rozmawiać z mężem, po swojemu, po ludzku. A ona: Mamo, twoje rady są z minionej epoki. Nie rozumiesz, jak dziś ludzie żyją. Ludka uporządkowała stosik gazetek. Może ma rację.

Nie ma powiedziała Nina.

Skąd wiesz?

Nina nie znalazła odpowiedzi. Stały razem w ciszy, w której pachniało papierem i starym drewnem regałów, po czym rozeszły się na swoje stanowiska.

W południe Nina wyszła na zewnątrz. Kwiecień był chłodny, ale słoneczny. Przeszła przez skwer, siadła na ławce i zamknęła oczy. Pod powiekami rozlewał się pomarańczowy blask. Myślała o Ludce, jej córce, o słowie przestarzała.

Potem myślała o sobie.

Nina Serdeczna Laryszewska, z domu Komorowska, urodzona w Poznaniu w 1966 roku. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Wyszła za mąż późno, jak na tamte czasy. Gienek był inżynierem, poważnym człowiekiem, wydawał się solidny. Rok później urodził się Antoni. Nina poszła na urlop macierzyński, potem wróciła na pół etatu, potem zabrała do siebie mamę, gdy ta zachorowała, dopilnowała do samego końca. Potem wróciła do pracy. Życie układało się. Spokojnie, bez szaleństw.

Gdzieś w tym układaniu pogubiło się coś, czego dziś nie umiała już nazwać. Ale czuła, że kiedyś to było. I że od dawna już tego nie ma.

Otworzyła oczy. Naprzeciw ławki kwitła śliwa, drobnymi białymi kwiatami, nieprawdopodobnie delikatna. Nina pomyślała, że chyba nie rysowała od trzydziestu lat. Na studiach rysowała. Ot tak, dla siebie, pastelami. Potem nie było czasu, potem wstyd, potem przeminęło.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do syna. Antoni odebrał na trzecim sygnale, słychać było, że jest czymś zajęty.

Cześć, mamo. Wszystko w porzo?

Tak. Po prostu tak dzwonię.

Jestem prawie na zebraniu, mogę oddzwonić wieczorem?

Jasne. Oddzwoń.

Nie oddzwonił. To też było typowe.

Nina wróciła do biblioteki, wytrzymała do szóstej, potem kupiła chleb w piekarni i wracała do domu myśląc, że tą trasą chodzi już osiemnaście lat, dzień w dzień, zna każdą dziurę w chodniku, każdy zakręt.

W domu Gienek był już wcześniej. Siedział przy komputerze, coś czytał. Rozebrała się, przeszła do kuchni.

Będziesz jeść?

Później.

Postawiła wodę, znalazła w lodówce resztkę zupy. Podczas podgrzewania patrzyła na krem stojący na parapecie. Słoiczek był mały, ładny. Nina pomyślała, że Gienek miał rację. Trzysta osiemdziesiąt złotych. Po co.

Ale potem przyszło jej do głowy, że zapach był piękny.

I zostawiła krem na swoim miejscu.

Minęły dwa tygodnie. Nic szczególnego się nie wydarzyło, życie toczyło się ustalonym rytmem. Aż w końcu do biblioteki weszła Swietłana.

Nina od razu ją zauważyła. Kobieta około czterdziestu pięciu lat, w płaszczu koloru dojrzałej wiśni, z krótkimi włosami, bardzo wyprostowana. Podeszła do lad, powiedziała, że chce się zapisać i pytała o książki z psychologii i… coś o akwarelach, jeśli są.

Akwarele? powtórzyła Nina.

Tak. Trochę malowałam kiedyś, chcę znów spróbować.

Nina założyła jej kartę, pokazała odpowiednie regały. Swietłana krążyła między półkami z pewnością siebie, brała książki, przeglądała, odkładała, znów wybierała. Nina z ukosa na nią patrzyła, myśląc, że jest w niej coś, czego od razu nie rozumie. Jakaś spójność. Jakby była w zupełności sama dla siebie i to jej wystarczało.

Po pół godzinie Swietłana podeszła z dwiema książkami i zapytała:

A pani czyta coś stąd?

Skinęła w stronę półki z psychologią.

Czasem.

Pracuje pani tu długo?

Osiemnaście lat.

Swietłana spojrzała na nią uważnie. Nie oceniająco, inaczej. Tak jak się patrzy, kiedy się słucha.

Sporo powiedziała.

Tak.

Lubi pani tu?

Nina zawahała się sekundę. Pytanie było proste, odpowiedź już nie.

Lubię, powiedziała w końcu. Po chwili dodała: Lubię książki. Lubię ludzi. Miejsce jest znajome.

Znajome powtórzyła Swietłana, sprawdzając brzmienie słowa. Rozumiem.

Wzięła książki i wyszła.

Tydzień później zjawiła się znowu, oddała jedną książkę i poprosiła o coś jeszcze do akwareli. Nina znalazła dla niej cienki album z reprodukcjami, zaproponowała. Swietłana przyjęła, po czym nagle spytała:

Nie chciałaby pani spróbować?

Czego?

Malować. Chodzę na warsztaty akwareli, co sobotę. Niewielka grupa, bardzo swobodnie. Proszę przyjść.

Nina już miała powiedzieć nie, nawet otworzyła usta. Jednak zamiast nie wyszło jej:

Gdzie to jest?

Swietłana zapisała adres na karteczce. Pracownia artystyczna Białe Światło, ulica Gwarna, sobota, godzina jedenasta.

Wieczorem Nina patrzyła na tę karteczkę, pierw schowała ją do fartucha, potem położyła na parapecie obok kremu. Gienek nie zapytał o karteczkę. W ogóle nie pytał o jej sprawy, chyba że dotyczyły pieniędzy lub gospodarstwa.

W piątek przy obiedzie powiedziała Gienkowi:

Jutro rano idę na warsztaty. Malowanie.

Gienek oderwał wzrok od talerza.

Gdzie?

Na Gwarną. Akwarele. Znajoma zaprosiła.

Jaka znajoma?

Z biblioteki. Nowa czytelniczka.

Zamierzał się jeszcze, żuł, odłożył widelec.

I ile to kosztuje?

Jeszcze nie pytałam.

Rozumiem. Sięgnął po chleb. To idź, skoro nie masz nic do roboty.

Nina spojrzała na niego. Już na nią nie patrzył. Pomyślała, że słyszy to skoro nie masz co robić już od dwudziestu dziewięciu lat. Znowu. Po co. Ile kosztuje. Nie masz co robić.

Dobrze powiedziała. Pójdę.

Rano wstała o ósmej, umyła się, ubrała w szary sweter i granatowe spodnie. Spojrzała w lustro. Od dawna nie patrzyła na siebie tak uważnie. Zwykle migała, nie przystawała. Teraz spojrzała. Twarz nie była młoda, ale nie była też brzydka. Oczy szare, żywe. Włosy z siwizną, ale wciąż gęste. Przeciągnęła ręką po włosach, ułożyła je inaczej. Otworzyła krem, wtarła w dłonie, trochę na szyję.

Wyszła o dziewiątej, żeby się nie spieszyć.

Pracownia Białe Światło mieściła się na drugim piętrze kamienicy, z zewnątrz niepozornej, za to w środku odnowionej z polotem: białe ściany, drewniane podłogi, wielkie okna. Nina weszła po schodach, pchnęła drzwi.

Swietłana już była. Jeszcze cztery kobiety, w różnym wieku, jeden mężczyzna około pięćdziesiątki, krępy, w kraciastej koszuli. Wszyscy przy dużym stole, przed każdym szklanka z wodą, kartki.

Nina! Swietłana pomachała. Przyszła pani!

Nina usiadła obok. Zajęcia prowadziła Zofia, młoda instruktorka, tłumaczyła, że dzisiaj rysują gałązkę bzu. Nina wzięła pędzel i poczuła lekki drżenie dłoni. Nie ze zdenerwowania. Z braku nawyku.

Nie myślcie o tym, by było ładnie mówiła Zofia myślcie o wodzie i kolorze. Nic więcej.

Nina poprowadziła pierwszy ślad. Fiolet rozpłynął się po mokrym papierze, zmieszał z błękitem. Drugi ślad, trzeci. Obserwowała, jak farba biegnie tam, gdzie chce, a nie tam, gdzie ona planowała. Było to zadziwiające. Obok Swietłana marszczyła się w skupieniu. Mężczyzna malował maleńkim pędzelkiem i był wyraźnie niezadowolony.

Po godzinie Nina zerknęła na swoją kartkę. Nie przypominała gałęzi bzu. Raczej coś rozlane, fioletowo-niebieskie, nieregularne. Ale było w tym coś żywego. Coś, co zrobiła sama.

Ładne powiedziała starsza pani naprzeciwko, miała na imię Halina.

Nie sądzę odpowiedziała Nina.

Ja sądzę. Ma nastrój.

Nina spojrzała raz jeszcze. Może tak.

Po warsztatach Swietłana zaprosiła ją na kawę do niewielkiej kafejki obok. Usiadły przy oknie. Swietłana spytała bezpośrednio:

Podobało się?

Tak. Niespodziewanie.

Domyślałam się. Trzymała filiżankę obiema dłońmi. Ma pan taki wzrok, jakby pan widział coś, ale nie chciał się przyjrzeć do końca.

Nina nie odpowiedziała od razu. W końcu spytała:

Długo już w Poznaniu?

Trzy lata. Przeprowadziłam się z Krakowa. Po rozwodzie.

Rozumiem.

Nic strasznego. Swietłana mówiła spokojnie, bez żalu. Najpierw było ciężko. Potem lepiej. W końcu ciekawie.

Ciekawie?

Żyć samej ze sobą. Okazało się, że wiele o sobie nie wiedziałam. Uśmiechnęła się ciepło, bez ironii. Pani jest mężatką?

Dwadzieścia dziewięć lat.

Dobrze?

Nina zamieszała kawę, której i tak nie trzeba było mieszać.

Różnie powiedziała.

Swietłana skinęła głową i nie pytała dalej. To też było w niej dobre.

Wróciła do domu po trzynastej. Gienek oglądał mecz, nie spytał jak było. Rozgrzała zupę, zjadła sama. Wyjęła swój rozmyty fioletowy rysunek i oparła przy ścianie obok pelargonii.

Pelargonia wyglądała na żywszą niż tydzień temu. Nina przyjrzała się. Na jednym z pędów pojawił się czerwony pączek, którego wcześniej nie zauważyła.

W następną sobotę znowu poszła na zajęcia. Potem jeszcze raz. Swietłana była zawsze. Z czasem zaczęły rozmawiać po warsztatach, najpierw pół godziny, potem godzinę. Nina opowiadała o bibliotece, czytelnikach, ulubionych książkach. Swietłana o swojej pracy, była księgową w małej firmie budowlanej, o Krakowie, o córce, która tam została i uczyła się angielskiego.

Pewnego dnia Nina zapytała:

Nie jest ci tu samotnie?

Czasem. Ale to inne samotność odpowiedziała Swietłana, splatając dłonie na stole. Kiedyś byłam z kimś, a byłam sama. To najgorsza samotność. A teraz jestem sama, ale nie samotna. Rozumiesz?

Nina rozumiała. Nic nie powiedziała, ale coś w niej się poruszyło, jak lód na Warcie wiosną powoli, z wysiłkiem, ale nieodwracalnie.

W maju ogłoszono konkurs na bibliotekę. Rada dzielnicy chciała audytu kulturalnego trzeba było przygotować wydarzenie dla mieszkańców. Kierowniczka biblioteki, Maria Jurkiewicz, zebrała zespół:

Potrzebny nowy pomysł. Ktoś coś?

Cisza. Nina też nie odzywała się, chociaż już coś w niej drgało.

Może wieczór literacki? zaproponowała Ludka. Czytamy na głos, dyskusja.

To mamy co roku. Coś nowego…

Może o kobietach? wtrąciła Nina.

Wszyscy spojrzeli.

O kobietach w jakim sensie? spytała Jurkiewicz.

Ich historie. Nie literaccy bohaterowie, tylko prawdziwe. Zaprosić kobiety z dzielnicy, w każdym wieku, niech opowiadają co przeżyły, co się zmieniło, jak żyły. Bez patosu. Pokazać ich prace, jeśli robią coś rękami rysują, robią na drutach, lepią.

Zapadła cisza.

Nietuzinkowe przyznała Jurkiewicz.

Za to prawdziwe.

Kto się tym zajmie?

Ja odpowiedziała Nina, sama zaskoczona.

Maria spojrzała na nią przez chwilę.

Dobrze, Nino Serdeczna. Proszę spróbować.

Nina wyszła z zebrania i niemal natychmiast zadzwoniła do Swietłany. Tamta wybuchnęła śmiechem.

No proszę! Pani?

Tak. Sama nie wiem po co, wyszło jakby ze środka.

To najlepiej. Zgłaszam się. I zapytajmy Halinę, tę od nas z grupy. Ona robi ceramikę.

Halina miała sześćdziesiąt dwa lata, od trzech była na emeryturze, lepiła z gliny drobne figurki głównie ptaki i czasem sprzedawała je na jarmarkach. Nina zadzwoniła, Halina zgodziła się natychmiast, zastrzegając tylko: Na krótko, bo się mylę.

Nina układała program wieczorami, gdy Gienek siedział zamknięty w gabinecie. Przysiadała z zeszytem przy kuchennym stole, pisała, skreślała i znowu pisała. Było to całkiem nowe uczucie, że coś stwarza. Nie podtrzymuje codzienność, tylko tworzy.

Pewnego wieczoru Gienek zajrzał do kuchni po wodę, zobaczył ją z zeszytem.

Co piszesz?

Praca. Organizuję spotkanie.

Znowu biblioteka?

Znowu.

Nalał wody i nagle:

Ostatnio cały czas masz coś do roboty.

To źle?

Wzruszył ramionami.

Dzisiaj był zimny obiad.

Przepraszam. Następnym razem podgrzeję.

Wyszedł. Nina patrzyła za nim. Pomyślała, że powiedział tylko o zimnym obiedzie. Nie o tym, że wygląda na żywszą. Nie o tym, że robi coś ciekawego. O zimnym obiedzie.

Wróciła do zeszytu.

Wyznaczono datę spotkania trzecia sobota czerwca. Nina dogadała się z czterema kobietami, w tym Swietłaną i Haliną. Piątą była Natalia Iwanowska, nauczycielka geografii na emeryturze, która pisała wiersze, lecz nikomu ich nie czytała. Szósta, Zosia, instruktorka z akwareli.

Nina przygotowała afisze, wywiesiła po dzielnicy. Wysłała ogłoszenie do lokalnej gazety. Bała się, że nikt nie przyjdzie. Ale w dzień wydarzenia sala była pełna. Ponad trzydzieści osób, przeważnie kobiet, rozmaitego wieku, nawet jedna bardzo starsza, którą przyprowadziła córka.

Nina prowadziła spotkanie sama. Nie przygotowywała długiego wstępu, powiedziała tylko kilka słów: że chcą się wzajemnie posłuchać i to najważniejsze. Potem oddała głos Halinie.

Halina mówiła o tym, jak przeszła na emeryturę i nie wiedziała, co zrobić ze sobą. Przez pierwsze pół roku włóczyła się po mieszkaniu, czuła się niepotrzebna. Któregoś dnia trafiła przez przypadek na zajęcia z ceramiki, wzięła glinę do rąk i coś się wydarzyło. Zrozumiałam, że mam ręce powiedziała. Sala roześmiała się serdecznie.

Swietłana mówiła o przeprowadzce i jak to jest zaczynać wszystko w wieku czterdziestu sześciu lat. Że na początku bała się wszystkiego, potem przestała. Bałam się nie nowości, lecz starych przyzwyczajeń powiedziała. Nina stała z boku i wiedziała, że to chce zapamiętać.

Natalia Iwanowska przeczytała dwa wiersze. Początkowo głos drżał jej z emocji, potem się wyrównał. Po zakończeniu kobieta z trzeciego rzędu zaczęła klaskać i wszyscy dołączyli.

Po spotkaniu Nina i Ludka sprzątały salę: stawiały krzesła, zbierały kubki po herbacie.

Dobrze wyszło, Ninka powiedziała Ludka. Mówię ci poważnie.

Niespodziewanie dobrze.

Wcale nie. Umiesz z ludźmi. Zawsze umiałaś, tylko sobie nie pozwalałaś.

Nina spojrzała na nią.

Myślisz?

Wiem to. Pracuję z tobą osiemnaście lat.

Powiesiła na wieszaku czyiś zapomniany szal. Pomyślała, że Ludka ma rację i że to jest dobre i trochę bolesne. Czemu pierwszy raz dopiero po osiemnastu latach?

W domu Gienek już spał. Rozebrała się po cichu, przeszła do kuchni, napiła się wody. Na parapecie stały krem i rysunek z gałęzią bzu. Pelargonia kwitła pełnią cztery czerwone kwiatostany.

Powoli wtarła krem w dłonie. Spojrzała na pelargonię i pomyślała o Swietłanie. Bałam się nie nowości, a tego, co znajome.

Rano Gienek spytał:

No jak wieczór?

Dobrze. Przyszło mnóstwo ludzi.

Zjadłaś tam coś?

Była herbata.

Herbata to nie jedzenie. Schował się za telefonem.

Nina nalała sobie kawy i wyszła z kubkiem na balkon. Był wczesny poranek, podwórko jeszcze puste i pachniało topolą. Stała i myślała, że Gienek zapytał, czy coś zjadła. Może to troska. To jego sposób. Przez dwadzieścia dziewięć lat przyjmowała formę za treść, nie zauważając, że tej treści już może nie być.

Nie wiedziała. Dopiero zaczynała patrzeć wprost.

W lipcu zadzwonił Antoni. Nie w niedzielę, w środę to było nietypowe.

Cześć, mamo. Jak się masz?

Dobrze, Antosiu. Stało się coś?

Nie, nie. Po prostu… Swietłana napisała do mnie.

Nina zamarła przy lodówce.

Jaka Swietłana?

No, twoja koleżanka. Znalazła mnie w sieci, napisała, że prowadzisz świetne wydarzenia i że wieczór bardzo się udał. Nie wiedziałem…

Nie pytałeś.

Cisza.

Mamo, przepraszam. Faktycznie nie pytałem. Opowiedz.

I Nina opowiadała: o warsztatach, o Halinie i jej ptakach, o Natalii Iwanowskiej z wierszami, o tym, że sala była pełna. Antoni słuchał bez przerywania. Potem powiedział:

Wiesz, super. Naprawdę.

Dziękuję.

Od dawna to robisz?

Nie. Pierwszy raz.

Trzeba było wcześniej.

Trzeba było zgodziła się.

Po chwili Antoni zapytał:

A u was z tatą wszystko w porządku?

Nina podeszła do okna. Podwórko zalewało letnie światło, dwóch chłopców grało w piłkę.

Jak zwykle odpowiedziała.

To dobrze czy źle?

Jeszcze nie wiem.

Więcej nie pytał. Zapowiedział, że w sierpniu przyjedzie, umówili się. Nina długo stała przy oknie.

W sierpniu Antoni przyjechał na cztery dni. Wyglądał jak ojciec, ale w charakterze miał coś z Niny tę uważność na drugiego człowieka. Przywiózł ser i orzechy, słuchał jej, naprawdę słuchał.

Pewnego dnia, gdy Gienek był na działce, Nina i Antoni siedzieli rano w kuchni. Antoni powiedział:

Mamo, zmieniłaś się.

W jakim sensie?

Nie wiem jak to ująć. Jakbyś była… większa. Zaśmiał się. Głupio to brzmi.

Nie, bardzo jasno.

I cieszysz się?

Nina objęła kubek dłońmi. Kawa była gorąca.

Tak odpowiedziała. Trochę się boję.

Czego?

Gdy widzisz siebie wyraźniej, widzisz też wszystko wokół. A to nie zawsze jest wygodne.

Antoni pokiwał głową. Milczał przez chwilę.

Tata widzi?

Tata widzi zimny obiad powiedziała Nina, od razu czując, że powiedziała za dużo. Przepraszam. To nie w porządku.

Nie, właśnie w porządku. Spojrzał na nią. Rozmawiałaś z nim?

O czym?

O tym, czego chcesz.

Popatrzyła przez okno. Sierpień był już trochę zmęczony, kępki trawy zażółcone.

Słabo to potrafię wyszeptała.

Spróbuj.

Antoni wyjechał. Nina ścieliła jego łóżko i myślała o tej rozmowie, o spróbuj. Tak, przez dwadzieścia dziewięć lat nie próbowała w pełni. Rozmawiała, owszem. Ale nie o najważniejszym. Tam zawsze milczała. Bo tak wygodniej, bezpieczniej. Bo Gienek umiał spojrzeć tak, że nic się nie zaczynało.

We wrześniu Maria Jurkiewicz wezwała ją i powiedziała, że rada dzielnicy chce powtórki spotkania, w większym wymiarze, na całą sieć bibliotek dzielnicy. I że znów chcą, by Nina była odpowiedzialna.

To już poważne, Nino Serdeczna. Trzeba będzie zapłacić więcej.

Zgadzam się.

Maria lekko się uśmiechnęła.

Zmieniła się pani latem. Nie urazi się pani?

Nie.

Lepiej. Żywa stała się pani bardziej.

Nina wróciła na stanowisko, przywitała czytelnika, wydała książki, wpisała wszystko do rejestru. Potem patrzyła na salę na rzędy regałów, na stoliki, duże okno w południowosierpniowym słońcu.

Osiemnaście lat. I dopiero teraz patrzyła tak, jakby to było jej miejsce. Nie, w którym bywa, tylko, które jest nią.

Jesienią coś się zmieniło w domu. Nina nie umiała powiedzieć co pierwsze, co drugie toczyło się płynnie i naraz.

Gienek zauważył, że coraz później wraca. Że w soboty znów ją nie ma. Że teren obce kobiety.

Kim jest ta Swietłana?

Moja przyjaciółka.

Kiedy zdążyłaś znaleźć przyjaciółkę?

W lutym poznałam. W bibliotece.

I co, co tydzień z nią?

Prawie.

Gienek spojrzał na nią. W tym wzroku było coś nowego. Nie irytacja, nie lekceważenie. Coś, czego Nina nie widziała. Próbowała zrozumieć, co to jest i nagle pojęła. Zagubienie.

Nie zabraniam przecież powiedział po chwili. Tylko nie jestem przyzwyczajony.

Do czego?

Że masz tyle własnych spraw.

Nina siadła naprzeciw. Pierwszy raz od dawna patrzyła na niego bez dobrze znanej zasłony. Jak na człowieka, którego słabo zna, choć przeżyła trzydzieści lat pod jednym dachem.

Gienek zawahała się cieszysz się, że coś robię poza domem i pracą?

Milczał.

Nie wiem. Chyba.

Chyba?

To nowe dla mnie. Wstał i podszedł do okna, postał chwilę. Kiedyś byłaś pod ręką. Teraz ciągle cię nie ma.

Ale ja jestem.

Jesteś, ale inna.

Nina patrzyła na jego plecy. Szerokie, już opadłe. Sześćdziesiąt jeden lat. Zestarzał się, nie zauważyła kiedy.

Gienek, kiedy ostatni raz tak rozmawialiśmy? Nie o obiedzie czy aucie. Po prostu.

Odwrócił się.

Przecież rozmawiamy…

O czym?

Nie odpowiedział. Patrzył gdzieś obok.

No właśnie powiedziała cicho Nina.

Listopad przyniósł chłód i wielki wieczór dzielnicowy. Nina przygotowywała się trzy tygodnie, zebrała osiem uczestniczek, umówiła z lokalnym plastykiem na wystawę w bibliotece. Swietłana pomagała, widywały się prawie codziennie w kawiarni, w bibliotece, na bulwarze nad Wartą.

Pewnego dnia, idąc bulwarem, Nina powiedziała:

Nie rozumiem, jak dawniej żyłam.

Żyłaś odparła Swietłana.

Tak, ale mam na myśli… Byłam głęboko w sobie, nie wychodziłam. Dlaczego?

Nie dlaczego, Nina. Tak się złożyło.

Ale można było inaczej.

Można. Swietłana spojrzała na rzekę. Warta była szara, listopadowa, piękna swoją surowością. Tylko inaczej zaczyna się, kiedy zaczyna. Ani chwilę wcześniej.

Mam pięćdziesiąt osiem.

I co z tego?

To dużo.

Nino. Swietłana spojrzała jej prosto w oczy. Naprawdę?

Naprawdę.

To odpowiem poważnie. Znam kobiety, które w wieku trzydziestu pięciu już się zamknęły. Jak eksponaty w muzeum, pod szklaną gablotą. A ty zaczynasz w pięćdziesiąt osiem. Dla mnie to właśnie czas zaczynania.

Nina patrzyła na rzekę. Przepływała barka, daleko, powoli.

Wie pani… Maluję co tydzień. Już dziewięć miesięcy.

Wiem.

I dziś rano napisałam tekst na wieczór. Sama, po swojemu, nie według wzoru.

Czytała go mi pani.

I nie jest zły.

On żyje. To ważniejsze niż żeby był dobry.

Spotkanie w listopadzie, w piątek, zgromadziło ponad siedemdziesiąt osób. Sala nie mieściła, niektórzy stali. Nina rozpoczęła wieczór swoim tekstem. Głos miała spokojny, ręce praktycznie nie drżały. Mówiła, że w każdej kobiecie jest coś swojego, co nieraz czeka latami, aż ktoś to zauważy. Że wiek nie zamyka drzwi, czasem wręcz otwiera te, których się nie widziało. Nie mówiła tego tonem nauczyciela, mówiła jako ktoś, kto właśnie to odkrył.

Po wieczorze podeszła do niej najstarsza kobieta z sali, córka ją prowadziła. Miała na imię Eufemia Marciniak, miała osiemdziesiąt trzy lata.

Dziecko powiedziała mówiła pani o mnie?

O nas wszystkich odpowiedziała Nina.

Nie, nie. O mnie. Czułam. Eufemia trzymała jej rękę w swoich, ciepłych, suchych dłoniach. Kiedyś wyszywałam. Potem zostawiłam. Pomyślałam, głupstwa. Dziś myślę, może spróbować znowu? Osiemdziesiąt trzy, no śmiech!

Ani trochę śmiech.

Naprawdę?

Naprawdę.

Odeszła powoli z córką. Nina patrzyła za nimi szły wolno, ale nie tak po prostu. Coś w sobie niosły.

Grudzień był cichy. Nina sama prowadziła teraz mały klub literacki, środy w bibliotece. Przychodziło sześć, siedem osób czytali, dyskutowali. Czasami spierali się tak, że ledwo mogła się wtrącić.

W domu panowało napięcie. Ciche, niewypowiedziane. Gienek był milczący odmiennie niż zwykle, jakby coś chciał pomyśleć, ale nie powiedział. Ona już nie czekała, że sam zacznie.

W połowie grudnia, w niedzielę, weszła do jego gabinetu:

Gienek, chcę pogadać.

No to mów.

Nie tak. Zatrzasnęła drzwi, przysunęła krzesło, usiadła obok. Poważnie.

On zamknął książkę.

Co się stało?

Nic. Złożyła dłonie na kolanach. Po prostu chcę powiedzieć coś, czego nigdy nie mówiłam. A powinnam.

Siedział z wyczekiwaniem.

Przez długi czas żyłam, jakby mnie nie było. Byłam, gotowałam, chodziłam do pracy, na działkę, wszystko co trzeba. Ale wewnątrz… mnie prawie nie było. Myślę, że to częściowo moje. Pozwalałam. Ale częściowo to także kwestia nas. Jak jesteśmy obok siebie.

Gienek patrzył w stół.

Chcesz się rozwieść?

Nie wiem, czego chcę. Wiem tylko, że musimy zacząć naprawdę rozmawiać. Chcę, żebyś mnie zauważał. Nie tylko obiad, nie tylko ubrania. Mnie.

Cisza. Za oknem padał śnieg.

Nie umiem powiedział w końcu nie umiem tak rozmawiać. Nikt mnie tego nie uczył.

Wiem spojrzała na jego dłonie na kolanach. Nie obwiniam cię. Ale chcę spróbować. I chcę wiedzieć, czy ty też.

Nie odpowiedział od razu. Patrzył na śnieg za oknem. Potem spojrzał na nią i znowu ujrzała zagubienie. Prawdziwe.

Bardzo się zmieniłaś powiedział.

Tak.

Nie wszystko rozumiem.

Wiem.

Ale nie chcę… szukał słowa nie chcę, żebyś odchodziła. Stąd. Od nas.

Tak patrzyła na niego sześćdziesiąt jeden lat, ramiona zapadnięte, człowiek, który umiał żyć po staremu i nie wie, jak po nowemu.

To spróbujmy powiedziała. Nie będzie łatwo, ale spróbujmy.

Styczeń przyniósł mrozy i czyste światło. Nina pracowała w bibliotece, prowadziła klub, w soboty malowała. Pomalowała już sporo; część zabrała Swietłana, część zawiesiła w kuchni przy pelargonii. Przesadziła kwiat do większej donicy, wreszcie odkryła, czego potrzeba.

Swietłanę widywała rzadziej ta miała trudny okres w pracy ale były w kontakcie.

Pewnego dnia Swietłana powiedziała przez telefon:

Nina, myślała pani o tym, by urządzić większe wydarzenie na wiosnę?

Myślałam. Chcę zorganizować coś więcej niż wieczór, mały festiwal, kilka dni.

To dużo roboty.

Tak. Zawahała się. Lubię dużo roboty.

Swietłana się roześmiała.

Kto by pomyślał rok temu.

Właśnie.

Z Gienkiem bywało trudno. Częściej rozmawiali to prawda. Czasem dobrze. Czasem zamykał się w sobie, Nina nie wyciągała go na siłę. Czekała. Albo zajmowała się sobą.

W lutym, zwykłego wieczoru, powiedział przy kolacji:

Byłem u lekarza w zeszłym tygodniu. Zrobiłem badania.

Coś cię niepokoi?

Profilaktycznie. Czasem ciśnienie. Mieszał widelcem w talerzu. Mówił, że nic poważnego, dostałem tabletki.

Dobrze, że poszedłeś.

Nie pytasz, czemu nie mówiłem wcześniej?

Czemu nie mówiłeś?

Nie chciałem niepokoić. Podniósł wzrok. Przyzwyczajenie.

Masz w zwyczaju mnie niepokoić?

Tak. Przecież zawsze jesteś zajęta.

Nina patrzyła na niego. W tych słowach było coś ważnego, ale nie uchwyciła tego od razu.

Gienek. Chcę wiedzieć, gdy jest ci źle. O lekarzu też. Rozumiesz?

Rozumiem. Będę mówił.

Ja też będę.

Zapadła cisza. Za oknem śnieg przewiewał luty, w kuchni było ciepło, pachniało obiadem. Na parapecie stał krem i nowy rysunek gałązka jabłoni, biała, delikatna.

Ładny obrazek powiedział Gienek. Twój?

Mój.

Spojrzał raz jeszcze.

Umiesz.

Uczę się.

Pod końcem lutego zadzwoniła Ludka. Późno, po dziewiątej.

Ninka, przepraszam, że tak późno. Córka przyjechała.

Dobrze?

Dobrze. Pogodziłyśmy się. W głosie Ludki wyczuwało się uśmiech. Przyznała, że nie powinna tak mówić o przestarzałości.

Cieszysz się?

Bardzo. Słuchaj, chciałam spytać… Mogę spróbować u was na akwareli? W sobotę?

Oczywiście. Jedenasta.

Boję się, że nie dam rady.

Ludka, nikt nie radzi sobie od razu. O to właśnie chodzi.

W sobotę przyszła. Trzymała pędzel niezgrabnie, Zosia poprawiła. Pierwszy ślad za ciemny, drugi rozwodniony. Ludka się zirytowała.

Nina, zobacz co za bohomaz!

Widzę. Lubię.

To nie gałązka, klyaksa.

Pierwszy raz taki bywa.

Wstyd mi, że mnie pocieszasz.

Ludka, mówię szczerze. Za drugim razem będzie zupełnie inaczej.

Ted westchnęła, potem się roześmiała.

No dobrze, za tydzień spróbuję.

Marzec przyniósł ciepło. Nina złożyła wniosek na festiwal wiosenny, dyrekcja zaakceptowała. Antoni napisał, że przyjedzie w kwietniu i chce być na wydarzeniu.

Pewnego wieczoru, już po tym jak Gienek położył się spać, Nina siedziała w kuchni z zeszytem, notowała pomysły. Na zewnątrz kapało z dachu, śnieg topniał, wiosna próbekowała swoje siły. Na parapecie pelargonia była zielona, z trzema kwiatostanami i pąkiem, który miał się rozwinąć lada dzień.

Nina spojrzała na słoiczek kremu. Już się skończył, zostawiła jednak opakowanie. Nowy kupiła taki sam, za trzysta osiemdziesiąt zł. Gienek nie komentował.

Otworzyła zeszyt na nowej stronie, napisała u góry: Czego wiem dziś, czego rok temu nie wiedziałam. Spojrzała. Zamknęła zeszyt. Nie trzeba tego zapisywać. To już jest w środku.

Zadzwonił telefon. Późno, prawie jedenasta. Na ekranie: Swietłana.

Wszystko dobrze? spytała Nina.

Tak. Nawet lepiej! W głosie Swietłany brzmiała radość, lekka trema. Mam ofertę pracy w Krakowie. Dobre pieniądze, dobra posada. Córka tam jest. Myślę…

Nina milczała przez chwilę.

Chcesz wyjechać?

Nie wiem. Myślę właśnie. Dlatego dzwonię. Powiedz coś.

Co mam powiedzieć?

Co sądzisz.

Patrzyła na noc przez okno. Kwietniowa, ciemna, żywa.

Myślę… mówiła powoli że już wiesz, co zrobisz. Tylko jeszcze nie powiedziałaś sobie tego na głos.

Milczenie po drugiej stronie nie trwało długo.

Może masz rację. Tak.

Czego się boisz?

Że tu zostanie klub, wy, Halina z ptakami, Natalia Iwanowska z wierszami.

Nikt nie znika.

Poznań daleko od Krakowa, Ninka.

Swietłano… obracała długopis w rękach. Sama mi mówiłaś kiedyś. Pamiętasz? Nad Wartą, w listopadzie.

Co takiego?

Inaczej zaczyna się, kiedy zaczyna.

Swietłana roześmiała się cicho.

Mądra byłam.

I jesteś.

Ninko, powiedz szczerze.

Tak?

Jesteś szczęśliwa?

Nina spojrzała na pelargonię, na krem, na przypięte do ściany obrazki. Na zeszyt z nienapisanymi odpowiedziami.

Stałam się sobą odpowiedziała cicho. Może to ważniejsze.

To odpowiedź?

Chyba tak.

Swietłana zamilkła na sekundę.

W takim razie cieszę się z tobą.

I ja z tobą.

Ninko…

Tak?

Co będziesz robić, gdy wyjadę?

Nina zerknęła na czystą stronę w zeszycie.

Będę kontynuować powiedziała.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć − 2 =

Nie ma mnie