Nie liczcie na moją emeryturę

– Mamo, no znowu swoje! – Zirytowana Kinga uderzyła dłonią w stół. – Przecież się umówiłyśmy, że pomożesz nam z kredytem!

– Nic się nie umówiłyśmy – spokojnie odparła Barbara, nie przerywając mieszania herbaty. – Ty sama postanowiłaś, że będę pomagać.

– Jak to nie? – oburzyła się córka. – Powiedziałaś, że się zastanowisz!

– Zastanowiłam się. I postanowiłam, że nie pomogę.

W kuchni zaległa ciężka cisza. Kinga patrzyła na matkę szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierzyła w to, co słyszy. Zięć Krzysztof nerwowo przestępował z nogi na nogę przy kredensie, wyraźnie czując się nie na miejscu.

– Mamo, ale my mamy trudną sytuację – zaczęła znowu Kinga, starając się mówić łagodniej. – Krzysiek stracił pracę, ja jestem na macierzyńskim z Zosią. Pieniędzy brak, a bank nie czeka.

– A dlaczego wcześniej o tym nie pomyśleliście? – Barbara postawiła filiżankę na spodku. – Kiedy braliście ten kredyt na wasz samochód, ostrzegałam was.

– Jaki samochód? – wybuchnęła Kinga. – To przecież nie samochód, tylko stary grat! Nie mieliśmy czym jeździć!

– Można było jeździć autobusem. Ja czterdzieści lat jeździłam autobusami i żyję.

– Mamo! – Kinga wstała od stołu i zaczęła nerwowo chodzić po kuchni. – Naprawdę uważasz, że mamy się z dzieckiem tłuc autobusami?

– A dlaczego nie? Ciebie jedną wychowałam, pracowałam od rana do nocy i nikogo nie prosiłam o pomoc.

Krzysztof w końcu zebrał się na odwagę, by się wtrącić.

– Barbaro, my nie prosimy o darowiznę. Oddamy, jak tylko znajdę pracę.

– A kiedy znajdziesz? – zapytała bez złości, ale stanowczo. – Miesiąc szukasz, dwa, pół roku? A kredyt trzeba spłacać co miesiąc.

– Na pewno znajdę. Mam dyplom, doświadczenie.

– Oczywiście, że znajdziesz – skinęła głową Barbara. – Tylko nie fakt, że szybko. A co ja będę robić bez pieniędzy? Żyć z powietrza?

Kinga gwałtownie odwróciła się do matki.

– Masz dobrą emeryturę! Dwa tysiące złotych! Prosimy tylko o pomoc z ratą – osiemset złotych. Zostanie ci tysiąc dwieście!

– Na co zostanie? – Barbara wyciągnęła z szuflady zeszyt i okulary. – Policzmy. Rachunki – sześćset złotych. Leki – trzysta, a czasem więcej. Jedzenie – pięćset minimum. To już tysiąc dwieście. A ubrania? A jeśli coś się zepsuje? A jak zachoruję i trzeba będzie iść do prywatnego lekarza?

– Mamo, nie kupujesz przecież ubrań co miesiąc – próbowała protestować Kinga.

– A buty? A bielizna? A jeśli pralka się zepsuje albo lodówka? Za co kupię nową?

– Wtedy pomożemy – obiecał Krzysztof.

Barbara spojrzała na zięcia z lekkim uśmieszkiem.

– Jesteś dobrym chłopcem, Krzysiek, ale pomóc wam nie będzie czym. Sami prosicie.

Z pokoju zapłakało dziecko. Kinga rzuciła matce gniewne spojrzenie i poszła do córki. Krzysztof został w kuchni z teściową.

– Barbaro, rozumiem, że to niewygodne – powiedział cicho. – Ale naprawdę jesteśmy w ślepym zaułku. Bank już dzwoni codziennie, grozi, że zabierze auto.

– I słusznie – odparła spokojnie. – Nie powinniście byli brać kredytu na coś, na co was nie stać.

– Ale jesteśmy rodziną. Czy rodzina nie powinna sobie pomagać?

– Powinna. Tyle że ja już pomogłam. Trzydzieści pięć lat wychowywałam córkę, postawiłam na nogi, dałam wykształcenie. Mieszkanie jej podarowałam, kiedy wychodziła za mąż. Myślałam, że teraz moja kolej żyć spokojnie.

Krzysztof spuścił głowę. Kinga wróciła do kuchni z dzieckiem na rękach.

– Mamo, naprawdę nie żal ci wnuczki? – spytała, kołysząc dziewczynkę. – A jeśli nas wyrzucą na ulicę?

– Nikt was na ulicę nie wyrzuci – powiedziała zmęczona Barbara. – Przestań robić sceny.

– Jak nie wyrzuci? A jeśli nie spłacimy kredytu?

– Zabiorą auto i tyle. A mieszkać będziecie w tym mieszkaniu, które wam podarowałam.

– Ale jak będziemy dojeżdżać do pracy bez samochodu?

– Tak jak miliony ludzi. Metrem, autobusem.

Kinga usiadła na krześle i mocniej przytuliła córkę.

– Mamo, dlaczego stałaś się taka twarda? Zawsze nam pomagałaś.

– Bo wtedy pracowałam i mogłam sobie na to pozwolić. A teraz żyję z emerytury, którą sama zarobiłam.

– Przecież nie jesteś biedna! Masz przecież oszczędności!

Barbara spojrzała na córkę uważnie.

– Skąd wiesz o moich oszczędnościach?

Kinga zaczerwieniła się i spuściła wzrok.

– No… przypadkiem widziałam twoją książeczkę.

– Przypadkiem? – głos Barbary stał się zimny. – Przeglądałaś moje rzeczy?

– Nie! Po prostu leżała na stole, kiedy przyszłam.

– Leżała w zamkniętej szufladzie. Więc jednak przeglądałaś.

– Mamo, co za różnica! – machnęła ręką Kinga. – Ważne, że masz pieniądzie, a my toniemy w długach!

– I co z tego? To mój zapas na starość, na choroby, na czarną godzinę.

– Jaką czarną godzinę? – nie wytrzymała córka. – My już w niej jesteśmy!

– Wy jesteście, bo żyjecie ponad stan – powiedziała stanowczo Barbara. – A moja czarna godzina dopiero nadejdzie. Co będzie, jak już zupełnie zachoruję? Kto się mną zaopiekuje? Kto kupi leki?

– My się zajmiemy – obiecała Kinga.

– Za co? – uśmiechnęła się gorzko. – Za moją emeryturę, którą mi zabierzecie?

– Nie zabierzemy, tylko poprosimy o chwilową pomoc!

– Tak, chwilową. A potem się rozkręcicie i co miesiąc będziecie przychodzić z wyciągniętą ręką.

Krzysztof znów próbował złagodnić sytuację.

– Barbaro, możemy dać pisemne zapisanie. Notarialnie.

– Nie potrzebuję waszych zapisków – machnęła ręką. – Papier wszystko przyjmie.

Dziecko znowu zapłakało. Kinga wstała i zaczęła je kołysać.

– Mamo, dobrze, załóżmy, że faktycznie przeliczyliśmyKinga w końcu westchnęła ciężko, przytulając córkę, i po chwili milczenia wyszeptała: „Dobrze, mamo, spróbujemy poradzić sobie sami.”

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście + dwadzieścia =

Nie liczcie na moją emeryturę