– Mamo, no znowu swoje! – Z irytacją uderzyła dłonią w stół Alicja. – Uzgodniłyśmy przecież, że pomożesz nam z kredytem!
– Nic nie uzgadniałyśmy – spokojnie odparła Barbara Nowak, nie przerywając mieszania herbaty. – To ty założyłaś, że będę wam pomagać.
– Jak to nic?! – wybuchnęła córka. – Powiedziałaś, że się zastanowisz!
– Zastanowiłam się. I zdecydowałam, że nie pomogę.
W kuchni zapadła ciężka cisza. Alicja wpatrywała się w matkę szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierzyła w to, co usłyszała. Jej mąż, Wojtek, nerwowo przestępował z nogi na nogę przy lodówce, wyraźnie czując się nie na miejscu.
– Mamo, ale my jesteśmy w trudnej sytu… – zaczęła łagodniej Alicja. – Wojtek stracił pracę, ja jestem na macierzyńskim z Małgosią. Pieniędzy brak, a bank nie czeka.
– A wcześniej o tym nie myśleliście? – Barbara postawiła filiżankę na spodek. – Biorąc ten kredyt na wasz „wspaniały” samochód, ostrzegałam was.
– Jaki samochód?! – zapłonęła Alicja. – To wrak, nie auto! Nie mieliśmy czym jeździć!
– Autobusami jeździlibyście. Ja przez czterdzieści lat nimi jeździłam i jakoś żyję.
– Mamo! – Alicja zerwała się od stołu i zaczęła nerwowo chodzić po kuchni. – Naprawdę uważasz, że mamy się z dzieckiem tłuc komunikacją?!
– A czemu nie? Ciebie sama wychowałam, harowałam od świtu do nocy i nikogo o pomoc nie prosiłam.
Wojtek w końcu zebrał się na odwagę.
– Pani Barbaro, my nie prosimy o darowiznę. Oddamy każdą złotówkę, jak tylko znajdę pracę.
– A kiedy to będzie? – spytała twardo, ale bez złości. – Miesiąc, dwa, pół roku? A ratę płacić trzeba co miesiąc.
– Znajdę na pewno. Mam dyplom, doświadczenie.
– Oczywiście, że znajdziesz – skinęła głową. – Tylko pytanie, kiedy. A ja co wtedy? Będę żyła z powietrza?
Alicja ostro odwróciła się do matki.
– Przecież masz dobrą emeryturę! Dwa tysiące siedemset złotych! Prosimy tylko o pomoc z ratą – osiemset złotych. Zostanie ci tysiąc dziewięćset!
– Na co zostanie? – Barbara wyciągnęła z szuflady zeszyt i okulary. – Policzymy. Rachunki – sześćset złotych. Leki – trzysta, czasem więcej. Jedzenie – pięćset minimum. To już tysiąc czterysta. A ubrania? A jak coś się zepsuje? A jeśli zachoruję i będę musiała iść do prywatnego lekarza?
– Mamo, przecież nie kupujesz ubrań co miesiąc – próbowała przekonywać Alicja.
– A buty? A bielizna? A jeśli zepsuje się pralka albo lodówka? Skąd wezmę na nową?
– Wtedy pomożemy – obiecał Wojtek.
Barbara spojrzała na niego z lekkim uśmieszkiem.
– Jesteś dobrym chłopakiem, Wojtku, ale nie będziecie mieli czym pomóc. Sami prosicie.
Z pokoju dobiegł płacz dziecka. Alicja rzuciła matce gniewne spojrzenie i poszła do córeczki. Wojtek został sam.
– Pani Barbaro, rozumiem, że to niewygodne – zaczął cicho. – Ale naprawdę utknęliśmy. Bank dzwoni codziennie, grozi zajęciem auta.
– I słusznie – odparła spokojnie. – Nie trzeba było brać kredytu ponad stan.
– Ale jesteś rodziną. Czy rodzina nie powinna sobie pomagać?
– Powinna. Tyle że ja już pomogłam. Trzydzieści pięć lat wychowywałam córkę, dałam jej wykształcenie. Mieszkanie podarowałam, gdy wychodziła za mąż. Myślałam, że teraz moja kolej spokojnie żyć.
Wojtek spuścił głowę. Alicja wróciła z dzieckiem na rękach.
– Mamo, naprawdę nie żal ci wnuczki? – pytała, kołysząc Małgosię. – Co, jak nas wyrzucą na bruk?
– Nikt was nie wyrzuci – zmęczonym głosem odparła Barbara. – Przestań dramatyzować.
– Jak nie wyrzuci? Jeśli nie spłacimy kredytu?
– Zabiorą auto i tyle. A mieszkać będziecie w tym mieszkaniu, które wam dałam.
– Ale jak do pracy dojeżdżać bez auta?
– Tak jak miliony ludzi. Tramwajem, autobusem.
Alicja usiadła, mocniej przytulając córeczkę.
– Mamo, dlaczego stałaś się taka twarda? Zawsze nam pomagałaś.
– Bo wcześniej pracowałam i mogłam sobie na to pozwolić. Teraz żyję z emerytury, na którą zapracowałam.
– Ale nie jesteś przecież w biedzie! Masz oszczędności!
Barbara wbiła wzrok w córkę.
– Skąd wiesz o moich oszczędnościach?
Alicja zarumieniła się i odwróciła wzrok.
– No… przypadkiem widziałam twoją książeczkę…
– Przypadkiem? – głos Barbary stał się zimny. – Grzebałaś w moich rzeczach?
– Nie! Po prostu leżała na stole, kiedy przyszłam…
– Leżała w zamkniętej szufladzie. Więc jednak grzebałaś.
– Mamo, co za różnica! – machnęła ręką Alicja. – Ważne, że masz pieniądze, a my toniemy w długach!
– I co z tego? To moja poduszka na starość, na leki, na czarną godzinę.
– Jaką czarną godzinę? – wybuchnęła. – U nas już jest!
– U was jest, bo żyjecie ponad stan – powiedziała stanowczo. – A moja czarna godzina dopiero nadejdzie. Co będzie, gdy całkiem zachoruję? Kto się mną zaopiekuje? Kto leki kupi?
– My się zajmiemy – obiecała Alicja.
– Za co? – uśmiechnęła się gorzko. – Za moją emeryturę, którą mi zabierzecie?
– Nie zabierzemy, tylko poprosimy o pomoc!
– Tymczasowo. A potem wam się spodoba i co miesiąc będziecie stać z wyciągniętą ręką.
Wojtek znów spróbował złagodzić sytuację.
– Pani Barbaro, moglibyśmy podpisać umowę. Notarialnie.
– Nie potrzebuję waszych umów – machnęła ręką. – Papier wszystko przyjmie.
Dziewczynka znów zapłakała. Alicja wstała, kołysząc ją.
– Mamo, dobrze, może faktycznie przeliczyliśmy się z kredytem – próbowała innego podejścia. – Ale jesteśmy młodzi, popełniamy błędy. Ty jesteś mądrzejsza. Naprawdę nie pomożesz córce w potrzebie?
– Pomogę – niespodziewanie zgodziła się Barbara.
TwarAlicja odwróciła się z nadzieją w oczach, lecz Barbara dodała tylko: „Pomogę wam znaleźć rozwiązanie, ale nie dając pieniędzy – bo tylko wtedy naprawdę nauczycie się odpowiedzialności”.



