Nie jestem służącą dla teścia

Nie jestem służącą dla teścia

Gdy teściowa, Wanda Stanisława, na chwilę wyszła z kuchni, mój teść, Henryk Janusz, zwrócił się do mnie i rozkazującym tonem oświadczył: „Ewa, idź i podgrzej mi tego kurczaka, bo już ostygł!” Zamarłam, nie wierząc własnym uszom. Czy ja teraz oficjalnie jestem służącą? Jeśli potrzebujesz, idź i sam sobie podgrzej, chciałam krzyknąć, ale zamiast tego, głaszcząc kota, który ocierał się o moje nogi, odpowiedziałam: „Henryku Januszu, nie jestem służącą, podgrzej sam.” Spojrzał na mnie jak na buntowniczkę, a ja poczułam, jak wszystko we mnie wrze. To nie był zwykły spór o kurczaka – to była granica, której nie zamierzałam przekraczać.

Z mężem, Krzysztofem, mieszkamy osobno, ale co niedzielę przyjeżdżamy do jego rodziców na obiad. Wanda Stanisława gotuje tak, że palce lizać, i zawsze przyjeżdżam z radością – pogadać, zjeść jej słynne gołąbki, posłuchać opowieści. Henryk Janusz zwykle milczy, siedzi na czele stołu jak generał i więcej gderze, niż mówi. Przyzwyczaiłam się, że lubi rozkazywać: to „podaj sól”, to „sprzątnij talerze”. Ale nie zwracałam na to uwagi – wiek, przyzwyczajenia, co z niego wyciągniesz. Tylko że tym razem przesadził.

Tego wieczoru siedzieliśmy przy stole, jedliśmy pieczonego kurczaka z ziemniakami. Wanda Stanisława jak zawsze krzątała się, dokładała nam, a ja pomagałam sprzątać naczynia. Gdy wyszła na werandę po kompot, Henryk Janusz uznał, że nadszedł jego czas. Siedziałam, głaszcząc ich kota Filemona, który mruczał mi na kolanach, gdy nagle usłyszałam ten rozkaz: „Podgrzej kurczaka!” Na początku pomyślałam, że się przesłyszałam. Patrzył na mnie tak, jakbym miała poderwać się i biec do mikrofalówki. A ja, nie zapominajmy, po pracy, zmęczona, w swojej niedzielnej sukience, przyjechałam w gości, a nie do pracy jako kucharka.

Moja odpowiedź wyraźnie go zszokowała. Zmarszczył brwi, mruknął coś w stylu: „Młodzież teraz, zero szacunku.” Szacunku? A gdzie szacunek dla mnie? Nie mam nic przeciwko pomaganiu, ale to nie była prośba, tylko rozkaz, jakbym była tu do usług. Wanda Stanisława wróciła, wyczuła napięcie i spytała: „Co się stało?” Chciałam powiedzieć, ale Henryk Janusz uprzedził: „Nic, Ewa po prostu nie chce pomóc staruszkowi.” Pomóc? Czy podgrzanie kurczaka to teraz bohaterstwo? Ledwo powstrzymałam wybuch i tylko powiedziałam: „Wando Stanisławo, zawsze pomagam, ale nie jestem służącą.”

W drodze do domu opowiedziałam Krzysztofowi. Jak zwykle próbował złagodzić sytuację: „Ewka, tata nie ze złości, po prostu przyzwyczaił się, że mama wszystko robi. Nie bierz tego do siebie.” Nie brać? Łatwo mu mówić, on nie dostaje rozkazów! Przypomniałam, że nie mam nic przeciwko pomaganiu, ale ton Henryka Janusza brzmiał, jakbym była ich pokojówką. Krzysztof obiecał porozmawiać z ojcem, ale wiem, że nie lubi konfliktów. „Pogadam z mamą, ona go ułagodzi” – dodał. Wanda Stanisława może i rzeczywiście coś powie, zawsze staje w mojej obronie, ale nie chcę, żeby przez mnie w rodzinie było zamieszanie.

Teraz zastanawiam się, co robić. Część mnie chce następnym razem demonstracyjnie siedzieć i w ogóle nie pomagać – niech Henryk Janusz sam grzeje swojego kurczaka. Ale wiem, że to dziecinada, a Wandę Stanisławę szkoda, ona tu niczemu nie winna. Druga część mnie chce z nim szczerze porozmawiać: „Henryku Januszu, szanuję pana, ale nie jestem służącą, traktujmy się z szacunkiem.” Ale boję się, że uzna to za zuchwałość i zacznie się dramat. Moja przyjaciółka, gdy jej się poskarżyłam, poradziła: „Ewka, odpowiadaj żartem, powiedz, że mikrofalówka sobie z nim poradzi.” Żartować? Może i humor pomoże, ale na razie jestem zbyt wściekła.

Przypominałam sobie, że kiedyś Henryk Janusz był życzliwszy. Gdy tylko wzięliśmy ślub z Krzysztofem, nawet chwalił moje sałatki, opowiadał dowcipy o swojej młodości. A teraz wygląda na to, że uznał, iż mam być na zawołanie, jak Wanda Stanisława. Ale ja nią nie jestem! Mam swoją pracę, swoje sprawy i przyjeżdżam tu jako gość, a nie służąca. Kocham jego rodzinę, ale nie zamierzam znosić rozkazów. Może to wiek, może przyzwyczajenie, ale nie pozwolę się upokarzać – nawet dla domowego spokoju.

Na razie postanowiłam być uprzejma, ale stanowcza. Następnym razem, jeśli Henryk Janusz znów zacznie rozkazywać, po prostu się uśmiechnę i powiem: „Mikrofalówka jest w kącie, czeka na pana.” A tak na poważnie, porozmawiam z Wandą Stanisławą – ona zrozumie. Nie chcę waśni, ale też nie zamierzam milczeć. Ten dom jest ich, ale ja nie jestem ich własnością. A kurczaka niech sam sobie podgrzeje, ja wole pogłaskać Filemona. On, swoją drogą, jest jedynym, kto w tej kuchni mnie rozumie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście − sześć =

Nie jestem służącą dla teścia