– Nie jestem opiekunką – powiedziała Kasia, krzątając się po kuchni.
– Kasiu, mam nie najlepsze wieści – Marek odłożył łyżkę i spuścił wzrok. – Z mamą już nie jest dobrze. Ma przecież osiemdziesiąt lat. Nie daje rady sama. Potrzebuje stałej opieki.
– Bałam się tego… – Kasia westchnęła, wycierając dłonie w ręcznik. – Rozmawiałeś z Jackiem? Chyba trzeba będzie poszukać pielęgniarki. Sami tego nie pociągniemy.
– Rozmawiałem. I doszliśmy do wniosku – opieka to droga sprawa. Poza tym, obcy człowiek w domu to ryzyko. Lepiej, żeby zajmował się ktoś z rodziny.
– „Doszliście do wniosku”? – Kasia zamilkła na chwilę. – Ty i Jacek już wszystko ustaliliście?
– Tak. I uważamy, że to ty jesteś najlepszym wyborem. Mama cię zna, zaakceptuje. Obcej osoby – nie. Poza tym, pracujesz zdalnie, możesz zrezygnować i się nią zająć.
W piersi Kasi coś się zerwało. Pracowała jako księgowa, do emerytury brakowało jej ledwie trzech lat. Rzucić pracę? Stracić staż i świadczenia?
– Marku, muszę to przemyśleć. Nie jestem z żelaza. Też nie mam najlepszego zdrowia. I wy nawet nie zapytaliście mnie o zdanie. Po prostu postawiliście mnie przed faktem.
– Kasiu, no wiesz przecież, że mama dała nam to mieszkanie. Zrobiła wszystko dla nas, teraz nasza kolej, żeby się odwdzięczyć. Ja i Jacek będziemy pomagać, nie zostaniesz sama.
Wiedziała, że „pomoc” będzie na tyle, na ile im wygodnie. W rzeczywistości wszystko spadnie na nią. Ale nie protestowała. Wzięła w pracy urlop – miesiąc, „do opieki nad członkiem rodziny”. I postawiła warunek:
– Tylko miesiąc. Potem wracamy do tematu. Nie zgadzam się na to bezterminowo.
– Dobrze, ustaliliśmy. A na razie zabierzemy mamę do nas – wygodniej będzie. Nie będziesz musiała jeździć tam i z powrotem.
Następnego ranka Stanisława, matka Marka, stanęła w progu ich dwupokojowego mieszkania w podwarszawskim Pruszkowie. Była wychudzona, poruszała się z trudem. Przynieśliśmy wózek inwalidzki, rozłożyliśmy koce, ustawiliśmy leki, wniesiono miski, poduszki, kołdry. W powietrzu zawisła woń środków dezynfekujących i starości.
Marek od razu wydawał polecenia:
– Podłóż jej poduszkę pod plecy. Zupa wystygła, podgrzej. I pilnuj, żeby brała wszystkie tabletki – teraz ty za to odpowiadasz!
Kasia milczała, robiła, co kazano. Ale już nie miała czterdziestu lat. Bolał ją kręgosłup, ciśnienie skakało, stawy dokuczały. A teściowa, jakby specjalnie, zaczęła robić drobne podłości: raz rozlewała kompot, raz chowała leki, raz narzekała na głos telewizora.
Po kilku dniach zjawił się Jacek z żoną – Magdą. Przeszli po mieszkaniu jak po muzeum, nie zdejmując kurtek. Oglądali wszystko, komentując głośno: „Tu mama się udusi”, „Tu przeciąg”. Kasia stała w kącie jak cień.
– Mamo, jak tu jest? – spytał Jacek. – Kasia dobrze się tobą zajmuje?
– Synku, kto by chciał opiekować się starą kobietą? – jęknęła Stanisława. – Patrzy na mnie jak na ciężar. Ani gołąbków, ani uwagi. Wszystko robi jakby z musu…
Kasia nie wytrzymała.
– Gołąbki będą jutro. Dzisiaj są kotlety i zupa. Po co tyle jedzenia naraz?
– Kasiu – wtrąciła się Magda – jak można nie gotować codziennie? To starsza osoba! Trzeba ją karmić jak dziecko. A może to dla ciebie za trudne?
– Magdo, gotuję, sprzątam, pierzę, myję… Spróbuj ty, to pogadamy. Jak przyjdzie twoja kolej – rób, jak uważasz.
– Ale ja pracuję! Nie mogę. I… nie umiem! – Magda nagle straciła swoją wyniosłość.
Wyszli tak, jak przyszli – bez słowa pomocy.
A Marek, mimo obietnic, coraz bardziej unikał obowiązków:
– Kas– Kasiu, no przecież to naturalne, że synowa opiekuje się teściową – powiedział Marek, unikając jej wzroku – zawsze tak było.



