Nie chcę takiej córki

Babcia Grażyna trzęsła się jak osika, a zmięta kartka w jej dłoni zdawała się płonąć. Takiej córki mi nie trzeba! głos jej zamienił się w jastrzębi skrzek. Hańba na cały ród! Czym ja ludziom w oczy spojrzę?

Mamo uspokój się, proszę Halinka stała w progu kuchni, z oczyma czerwonymi od łez, które kapały na podłogę jak ciepły wosk. Pogadajmy po ludzku

O czym tu gadać? ton starej kobiety wzbijał się wyżej, drapiąc sufit. Studia porzuciłaś, porządnej roboty nie masz, a teraz jeszcze to! Z jakimś tam zadarłaś, wstyd na całe osiedle!

Zza cienkiej ściany wychyliła się głowa sąsiadki, pani Jadzi. Babcia Grażyna złapała jej ciekawskie spojrzenie i zapałała jeszcze mocniej.

Widzisz? Już wszystko Baby wiedzą! cisnęła papier na stół, gdzie zatrzepotał jak raniony ptak. Dwadzieścia pięć lat ciebie na nogach stawiałam, ostatnią kromkę oddawałam, a tak mi się wywdzięczasz?

Halinka podniosła papier, rozprostowując drżącymi palcami. To było podanie o ślub. Jej podanie.

Mamo, ale ja jestem szczęśliwa szepnęła. Krzysztof jest dobry, on mnie kocha

Dobry? Babcia Grażyna parsknęła śmiechem, który brzmiał jak tłuczenie szkła. Po rozwodzie, z dzieckiem, bez stałej roboty, o dziesięć lat starszy! Zwyczajny alfons, szukający łatwizny!

To nieprawda! Krzyś pracuje, ma swój warsztacik przy ulicy Gdańskiej

Warsztacik! prychnęła matka. Szopę chciałaś rzec! I ty zamierzasz życie wąchać benzynę i smary?

Halinka osunęła się na krzesło, nogi zamieniły się w galaretę. Szykowała się do tej rozmowy, układała słowa jak bukiety, marzyła o zrozumieniu. Lecz rzeczywistość płynęła jak roztopiona smoła.

Mamo, mam już dwadzieścia pięć lat. Nie jestem dzieckiem.

Właśnie! krzyknęła Babcia Grażyna. W twoim wieku ja już byłam po ślubie z twoim ojcem, harowałam w PGR-ze, walczyliśmy o swoje metry! A ty? Wirowiesz gdzie popadnie, z byle kim!

Tata też ciebie zostawił rzuciła Halinka cicho, pożałowawszy słów w tej samej chwili.

Twarz matki stała się biała jak kreda.

Jak śmiesz! Twój ojciec zginął na szosie pod Szczecinem! Nie zostawił!

Przepraszam, mamo, źle powiedziałam

Właśnie tak! Babcia Grażyna chodziła po kuchni niczym wilczyca w klatce. Chcesz powtórzyć moją dolę? Zostać sama z dzieckiem na karku? Ten twój Krzysztof już jedną rodzinę rozsypał w proch!

Rozstali się w zgodzie. Po prostu się nie złożyło.

O, nie złożyło! matka usiadła naprzeciw, przebijając córkę wzrokiem. A z tobą się złoży? Głupia jesteś? Ma smarkacza z poprzedniego! Alimenty ciągną! Co dla ciebie zostanie?

Halinka milczała, pocierając skronie. Głowa pękała od krzyku, w piersi stał kamień. Śniła o wspólnym wybieraniu welonu, o sukni ślubnej, o radości matki

I gdzieś ty go znalazła? W jakimś szambie na Żoliborzu?

Na imieninach u Ewy Staszewskiej. Pamiętasz, mówiłam?

Ewa Staszewska! matka załamała ręce. Ta latawica, co już trzeciego wojuje? Śliczne towarzystwo sobie wybierasz!

Mamo, co Ewa do tego? Krzyś był tam przypadkiem, zaprosił go kumpel

Przypadkiem! Tacy kuternogi nigdy nie bywają przypadkiem. Tacy czyhają na naiwne gąski jak ty.

Halinka poderwała się.

Dosyć! Nawet go nie znasz, a już osądzasz!

Po co mi znać? Babcia Grażyna też stanęła. Po tobie widzę. Chodzisz jak błędna owca, z twarzy wiatr wieje, pod oczami cienie jak od fiołków. To twoje szczęście?

Schudłam, bo się martwiłam. Wiedziałam, że będziesz przeciw.

Oczywiście, że przeciw! Nie po to ciebie na nogi stawiałam, byle komuś oddałaś życie za darmo!

Dzwonek do drzwi zadźwięczał w przedpokoju. Obie zamarły.

To on? syknęła Babcia Grażyna.

Tak, umówieni byliśmy.

Ani mi się waż! Do mojego domu nie wpuśczę!

Mamo, proszę Poznaj go choćby. Może zmienisz zdanie.

Przenigdy!

Dzwonek zahuczał głośniej, natarczywie.

Halinka, to ja rozległ się za drzwiami niski głos.

Córka spojrzała na matkę błagalnie.

Mamo, no proszę. Pięć minut.

Babcia Grażyna wahała się, ale ciekawość zwyciężyła.

Niech wejdzie. Ale tylko pięć minut. I żeby jego butów tu więcej nie było.

Halinka otworzyła drzwi. W progu stał wysoki mężczyzna około trzydziestu siedmiu lat z ciemnymi, nieco siwiejącymi włosami i zmęczonymi oczami. W dłoniach trzymał bukiet białych lilii.

Szczęść Boże powiedział, wchodząc. Pani Grażyna? Jestem Krzysztof Wiśniewski.

Matka obrzuciła go wzro
Jednak gdy księżyc przebił się przez chmury, zalewając kuchnię srebrzystym światłem, Walentyna Iwanowska ujrzała jak płatki białych róż z bukietu powoli unosiły się w powietrzu, wirując w takt odległego, nieznanego walca, i po raz pierwszy od lat poczuła dziwną, kojącą pewność, że los jej Kasi może być równie nieprzewidywalny, lecz piękny jak ten senny taniec.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × jeden =

Nie chcę takiej córki