Nie chcę takiej córki

**Pamiętnik Wojciecha, 12 maja**

„Nie chcę takiej córki!” wrzeszczała pani Walentyna Piotrowska, wymachując pogniecionym papierem. „To hańba dla całej rodziny! Jak ja ludziom potem w oczy spojrzę?”

„Mamo, uspokój się, proszę” błagała Anna, stojąc w kuchni z czerwonymi od płaczu oczami. „Porozmawiajmy na spokojnie.”

„O czym tu gadać?” głos matki drżał coraz wyżej. „Studia porzuciłaś, porządnej roboty nie możesz znaleźć, a teraz jeszcze to! Z jakimś tam typem związałaś się, wstyd na całe osiedle!”

Sąsiadka ciocia Wiesława zza ściany ostrożnie wyjrzała na klatkę schodową, zwabiona hałasem. Pani Walentyna wypatrzyła jej ciekawskie spojrzenie i wpadła w jeszcze większą wściekłość.

„Widzisz? Już wszyscy sąsiedzi wiedzą!” cisnęła papier na stół. „Dwadzieścia pięć lat cię hodowałam, wszystko co najlepsze oddawałam, a ty tak mi się odwdzięczasz!”

Ania podniosła upadły arkusz, próbując wygładzić go drżącymi dłońmi. To było podanie o ślub. Jej podanie.

„Mamo, ale ja jestem szczęśliwa” próbowała wytłumaczyć. „Wojciech to dobry człowiek, on mnie kocha…”

„Dobry?” pani Walentyna rozparskała się śmiechem, ale brzmiał jak zgrzyt. „Po rozwodzie, z dzieckiem na utrzymaniu, bez stałej roboty, starszy od ciebie o dziesięć lat! Ot, taki se zwyczajny utrzymanek!”

„Nieprawda! Wojtek pracuje, ma swój warsztat, naprawia samochody…”

„Warsztat!” prychnęła matka. „Garazik, mówisz! I co, zamierzasz całe życie wąchać benzynę i smary?”

Ania osunęła się na krzesło, czując jak nogi stają się jak z waty. Przygotowywała się do tej rozmowy od dni, układała w głowie słowa, liczyła na zrozumienie. Ale wszystko szło nie tak, jak planowała.

„Mamo, już nie jestem dzieckiem. Mam dwadzieścia pięć lat.”

„Właśnie!” wykrzyknęła pani Walentyna. „W twoim wieku byłam od dawna zamężna z twoim ojcem, robiłam w fabryce, dostaliśmy mieszkanie! A ty co? Włóczysz się niewiadomo gdzie, z niewiadomo kim!”

„Tata też cię zostawił” cicho powiedziała Anna i od razu tego pożałowała.

Twarz matki stała się biała z wściekłości.

„Jak śmiesz! Twój ojciec zginął w wypadku! On nas nie opuścił!”

„Przepraszam, mamo, nie chciałam tak powiedzieć…”

„A właśnie, że tak! Pani Walentyna zaczęła chodzić po kuchni jak uwięziona tygrysica. Chcesz powtórzyć moją dolę? Zostać samą z dzieckiem na karku? Ten twój Wojtek już jedną rodzinę rozwalił!”

„Rozeszli się wspólnie. Po prostu im się nie ułożyło.”

„Ta, nie ułożyło!” matka usiadła naprzeciw córki i wbiła w nią wzrok. „A z tobą, znaczy się, ułoży się? Rozumiesz w ogóle, w co się pchasz? On ma dziecko z pierwszego małżeństwa! Alimenty płacić musi! A dla ciebie co zostanie?”

Ania milczała, pocierając skronie. Głowa pękała od krzyku, w piersi stał głuchy ból. Tak marzyła, że opowie mamie o swoim szczęściu, że razem zaczną szykować wesele, wybierać suknię…

„A w ogóle” ciągnęła pani Walentyna „gdzie go znalazłaś? W jakiej piwnicy się poznaliście?”

„Na urodzinach u Kasi Kowalskiej. Pamiętasz, mówiłam ci?”

„Kasia Kowalska!” matka załamała ręce. „Ta obieżyświatura? Co już trzeci raz na ślub nie patrzy? Ładne masz znajomości!”

„Mamo, co Kasia do tego? Wojtek tam był przypadkiem, kolega go ściągnął…”

„Przypadkiem! Takie chłopy nigdzie przypadkiem nie bywają. Celowo szukają takich prostaczek jak ty.”

Ania zerwała się z krzesła.

„Już wystarczy! Nawet go nie znasz, a już ferujesz wyroki!”

„A po co mam go znać?” pani Walentyna też wstała. „Po tobie wszystko widać. Chodzisz, jak upiór, schudłaś, sine cienie pod oczami. To twoje szczęście wygląda?”

„Schudłam ze zdenerwowania. Wiedziałam, że będziesz przeciwko.”

„Oczywiście, że przeciwko! Nie po to cię na nogi stawiałam, żebyś się pierwszemu lepszemu na kark rzuciła!”

W przedpokoju rozległ się dzwonek. Anna i matka zamilkły, nasłuchując.

„To on?” syknęła pani Walentyna.
„Tak, umówiliśmy się.”
„Ani mi się śni! Nie wpuszczę go do mojego domu!”
„Mamo, proszę cię! Choć go poznaj. Może zmienisz zdanie.”
„Nigdy!”

Dzwonek odezwał
Kasia wkrótce wzięła ślub z Konradem w urzędzie stanu cywilnego, podpisy na dokumentach składali z drżeniem serca, ale uśmiech Kasi był promienny, a Dominika, stojąc z boku z bukietem niewielkich goździków, powtarzała w myślach, jakim cudem papier przyjmie wszystko, ale czy jej dziecko nie okaże się zbyt łatwowierne..

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − 8 =

Nie chcę takiej córki