Nie zaakceptuję innej synowej, rób, jak uważasz! rzekła matka do syna, jej głos wybrzmiał echem w ciemnym przedpokoju.
Marek właśnie kończył politechnikę w Warszawie, a w sercu czuł, że zbliża się czas, by poprosić o rękę swoją pierwszą wielką miłość z czasów licealnych, Weronikę. Weronika miała włosy miękkie jak puch dmuchawca i bladą cerę, której odcień zmieniał się w zależności od pogody, na studiach pisała o wpływie światła księżyca na sny. Oboje postanowili, że jak tylko Weronika obroni swoją pracę magisterską, wezmą ślub w starym kościele z witrażami jak rozbite lody truskawkowe.
Marek zapragnął podzielić się tą nowiną z matką, lecz ta spojrzała na niego tak, jakby widziała w nim maleńkiego dzieciaka brudnego od jagód. Albo żenisz się z Malwiną z kamienicy naprzeciwko, albo zostajesz sam, powiedziała tonem tak chłodnym, że aż powietrze w kuchni zgęstniało. Potem pytała: Czy ważniejsza jest dla ciebie kariera czy miłość, synu? Marzyła, by Marek pewnego dnia pił kawę z prezesami i liczył złotówki aż w Amsterdamie.
Malwina przyszła na świat wśród zapachu świeżo wypiekanych chał z pobliskiej piekarni. Rodzina miała dwa auta, psa rodem z Cannes i balkon zawsze pełen surfinii. Od dziecka patrzyła na Marka jak na księżyc w pełni, a on myślał tylko o Weronice, co to śniła zawsze na jawie i nie miała w domu telewizora. Ludzie szeptali o matce Weroniki, bo potrafiła rozmawiać z gołębiami na placu Zbawiciela.
Nie chcę innej synowej, rób, co chcesz! tymi słowami matka zamknęła rozmowę i okno na trzask, przez które wlatywały tylko sny.
Marek długo przekonywał matkę, czasem nawet śniło mu się, że rozmawiają na polu pełnym dmuchawców, ale ona zawsze była jak dąb w listopadzie nieruchoma. W końcu usłyszał groźbę przekleństwa, jeśli ożeni się z Weroniką. Zabrakło mu odwagi, a ich spotkania trwały jeszcze przez pół roku, rozmywając się jak mleko w herbacie.
Gdy nastała jesień, Marek poślubił Malwinę. Tylko przed lustrem oboje wyglądali na parę. Uroczystości nie było, zdjęć nie robiono, bo Marek nie chciał, by Weronika zobaczyła go na migoczącym papierze. Malwina i jej rodzina zaprosili go do pałacu ze snów, z pokojami tak dużymi, że echo wracało dopiero po trzeciej minucie. Teść znalazł mu pracę w banku, gdzie złotówki liczyły się same. Marek jednak spał na brzuchu i śnił o Weronice.
Dzieci nie chciał. Gdy Malwina zobaczyła, że nie rozgrzeje w nim pragnienia ojcostwa, postanowiła złożyć pozew o rozwód. Miała wówczas trzydzieści osiem lat, Marek czterdzieści. Malwina po czasie wyszła za prawnika i jej życie zamieniło się w kolorowe puzzle, w których brakowało tylko kwadratu z Markiem.
Marek próbował odnaleźć Weronikę, śniło mu się, że wsiada do tramwaju, który nigdy nie dojeżdża na pętlę. Gdy wreszcie dowiedział się od starego znajomego, że Weronika zniknęła tuż po ich rozstaniu, poczuł w sobie pustkę jak rozbite okno zimą. Weronika poślubiła przypadkowego mężczyznę, który zamienił jej świat w szarość. Podobno uderzył ją tak bardzo, że zgasło w niej światło.
Marek powrócił do rodzinnego mieszkania z wielkim kotem imieniem Fryderyk, a jego dni zaczęły przypominać powtarzające się sny: picie wódki z kieliszków w kwiaty, patrzenie w zdjęcie Weroniki, rozmowy z zegarem, któremu psuły się wskazówki. Zawsze winę przypisywał matce i to uczucie zostawało z nim nawet wtedy, gdy nie śnił.



