– Nie będę tego jeść – teściowa obrzuciła talerz z barszczem pogardliwym spojrzeniem.
– Co to takiego? – Helena Zawadzka skrzywiła nos i wciągnęła powietrze nosem, jakby na stole postawiono wiadro pomyj.
– Barszcz – z uśmiechem wyjaśniła jej synowa Zosia. Zdjęła pokrywkę z małego ceramicznego naczynia i zaczęła nalewać jaskrawoczerwony, aromatyczny bulion. – To prawdziwa przyjemność gotować z własnych warzyw z ogródka.
– Nie widzę w tym nic szczególnego – prychnęła teściowa. – A ile przy tym idzie czasu i sił, żeby tkwić w ogródku!
– Coś w tym jest – zaśmiała się Zosia. – Ale jako hobby to sama radość.
– Dobrze mówisz, kiedy to “twoje”. A nie wmuszone – fuknęła Helena Zawadzka, zaciskając usta. – A dla kogo tyle tego nagotowałaś?
– Dla nas. Przecież to tylko na kilka razy.
– Ja tego nie będę jeść – teściowa nawet machnęła rękami dla podkreślenia swoich słów i cofnęła się od stołu. – Nie wiadomo, co to w ogóle jest! – Helena Zawadzka udała odruch wymiotny, zasłaniając usta ręką i gwałtownie odwracając się od stołu.
Zosia przewróciła oczami i westchnęła.
Poznała Michała, syna Heleny Zawadzkiej, półtora roku temu. Zakochali się od pierwszej rozmowy i pobrali po miesiącu, bez żadnych uroczystości.
Zaoszczędzone pieniądze zainwestowali we wspólne marzenie – dom na wsi, który z miłością wykańczali.
Z Heleną Zawadzką Zosia widziała się przez ten czas dokładnie cztery razy. Tyle samo co Michał. Przez trzy razy to ona namawiała męża, by odwiedził matkę na święta.
Helena Zawadzka od początku uważała małżeństwo syna za fanaberię. Nie miała jednak wpływu na dorosłego, niezależnego chłopaka i musiała czekać na, jak jej się zdawało, naturalny rozwój wypadków.
Który wciąż nie następował, co zaczynało ją frustrować.
Helena z całego serca nie rozumiała, co Michał widzi w tej “prostej dziewczynie” i czym Zosia go urzekła.
Michał był przystojnym chłopakiem, wokół którego zawsze kręciły się bardziej godne i atrakcyjniejsze dziewczyny.
Poza tym Helena Zawadzka była z krwi i kości mieszkanką miasta, w takim duchu wychowała też syna. Teraz matczyna intuicja podpowiadała jej, że Michał po uszy ma dość wiejskiego życia, a wystarczy go tylko trochę popchnąć, by wszystko wróciło do normy.
Po takim smutnym doświadczeniu znajdzie sobie odpowiednią partnerkę, z którą Helena będzie miała prawdziwie przyjacielskie relacje.
Musiała jednak się spieszyć i nie pozwolić przebiegłej Zosi związać syna dzieckiem!
Plan dojrzał sam: Helena zadzwoniła do synowej, narzucając się w odwiedziny, bo przecież na parapetówkę nie została zaproszona.
Zosia przypomniała jej, że dwa razy zapraszała telefonicznie, ale teściowa zawsze odmawiała, tłumacząc się zajętością. Helena machnęła na to ręką i oznajmiła gotowość odwiedzenia syna.
Dwa dni później stała w przestronnym, jasnym salonie, nie mogąc opanować oburzenia.
Jej syn, tak samo jak ona i jej zmarły mąż, ojciec Michała, nie znosił zup!
W ich domu na stole lądowało tylko to, co można było rozpoznać na pierwszy rzut oka.
Jak Michałek pozwolił, by żona tak szybko zapanowała nad jego życiem?
Czyżby go zauroczyła?
Helenę Zawadzką przeszły dreszcze. Chociaż od razu odrzuciła myśl, że Zosia zatrzymała Michała dzięki sztuczkom sypialnianym.
Sztuczki i Zosia?
Nie do pogodzenia!
Na pewno zauroczenie!
Jak inaczej wyjaśnić fakt, że syn w ogóle je tę breję?
Helena Zawadzka spojrzała na synową z nienawiścią.
Udaje niewiniątko, a powoli wyniszcza jej syna.
– Co tu niezrozumiałego? – Zosia, nie doceniając aktorskiego talentu teściowej, wzięła drugi talerz, nabrała chochlą barszczu i zwróciła się bezpośrednio do Heleny. – Wszystko widać. Tu kapusta. To cebula. Tu marchewka. A to burak. Trę go na tarce. Według przepisu mojej babci. Oj, ziemniak się nie trafił, ale zaraz wyłowię. Potem dodam zieleninę z grządki i śmietanę!
– Zjedz sama choćby otręby! – teściowa oburzona podniosła ręce.
– Nawiasem mówiąc, w twoim wieku też byś ich nie odrzucała! – Zosia odpowiedziała z humorem. – Otręby pomagają regulować pracę jelit i poprawiają ich mikroflorę. Zadowolona mikroflora to zadowolony człowiek!
Helena Zawadzka zaczerwieniła się z powodu bezceremonialności synowej, ale nie skomentowała tego i kontynuowała:
– A dlaczego zmuszasz Michała, by to jadł?
Zosia zamrugała zaskoczona.
– Przecież on to chyba sam je.
– No, ale co ma robić, skoro w domu nie ma niczego innego?
– Przygotować sobie samemu, co lubi? Zamówić coś? Wybrać się do sąsiadki? Odwiedzić mamę? – Zosia z uśmieszkiem wyliczyła możliwości.
Na ostatnie Helena Zawadzka zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
– Nie szydź sobie! Mogłabyś okazać trochę szacunku i zapytać mnie, co Michałek lubi.
– Pani Heleno, więc zapytałam jego. Dorosły już jest. Dziękuję, nauczyli go mówić. Powiedział, że wszystko mu smakuje.
– Przecież cię okłamuje! Nie widać? Na początku nie chciał cię rozczarować. A teraz cierpi!
– Och! – Zosia wydłużyła twarz i westchnęła: – Przecież barszcz ugotowany, nie wyleję go. Będziemy musieli się z nim zmagać. Ale ty chyba też wesprzesz syna?
– Co?! – Helena Zawadzka wpatrywała się w Zosię jak w kogoś szalonego.
– Nie? Szkoda. Wydaje mi się, że syn doceniłby twoją solidarność.
– Ty!..
– Zosiu! Wróciliśmy! – zabrzmiał radosny głos Michała z przedpokoju.
Do salonu wpadło głośno szczekające, białe, puszyste stworzenie.
– A-a-a! – pisnęła Helena Zawadzka i ukryła się za plecami Zosi.
– Nie bój się, to Lusia. Nie gryzie. A jest bardzo dobrze wychowana, – Zosia podniosła rękę, a pies przestał podskakiwać, spojrzał na nią i usiadł posłusznie. – Moja dziewczyno, jaka z ciebie mądralka.
– Dlaczego pozwalacie sąsiedzkim psom wchodzić do domu?! – wyszeptała w szoku Helena Zawadzka.
– Dlaczego sąsiedzkim? Ona jest nasza. A w domu, bo domowa. Mieszka z nami.
– W domu?! Przecież to niehigieniczne! – zawołała teściowa z przerażeniem. – I Michał nie lubi psów!
– Nie, mamo, to ty ich nie lubisz. Cześć, – powiedział Michał, wchodząc do salonu. – Przyjechałaś akurat na obiad.
– Dzień dobry, synu! – Helena Zawadzka nie ruszyła się z miejsca, oczekując, że podejdzie i pocałuje ją w policzek, ale Michał przytulił ją tylko lekko, a Zosi złożył czuły pocałunek na ustach.
– No co, jemy? – gospodarz wciągnął przez nos powietrze, rozlewając się błogim uśmiechem.
– Bardzo chętnie, Michałku, ale nie ma czym.
– Jak to nie ma czym?
– No, przygotowane tylko dla świń. A nie mówiłeś, że trzymacie świnie. Jaki będzie zapach. Gorszy niż w mieście od samochodów.
Michał spojrzał na matkę, potem na Zosię i wreszcie na już zastawiony stół.
Mięśnie jego karku napięły się, spojrzenie znów wróciło do matki, tym razem było jednak pozbawione lekkiego tonu, który jeszcze przed chwilą tam gościł.
– Szczerze mówiąc, zapomniałem już o wszystkich tych fiksacjach, – gorzko się uśmiechnął i powiedział Michał.
– Jakie fiksacje, synu? To nasze gusta! Zasady! Tradycje, w końcu! Nigdy nie narzekałeś!
– Ja? Gdy byłem mały, bałem się denerwować ojca. Jak dorosłem, nie chciałem się kłócić z tobą.
– Co ty mówisz?! – nie mogąc uwierzyć, wykrzyknęła Helena Zawadzka, czym sprowokowała Lusię do głośnego szczekania. – Weź, – tupnęła nogą, grożąc psu, którego przytrzymywała Zosia. – Ona oczywiście ma swoje preferencje, – Helena pogroziła wzrokiem Zosi, – ale co z ciebie za tchórz, że pozwalasz tak się deptać?! Ciesz się, że dajesz sobie wcisnąć takie pomyje! Pozwól jej robić z domu zoo. Jesteś panem domu czy nie?!
– Jestem – mruknął Michał ponuro.
– To zachowuj się jak pan domu! – z ulgą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wypuściła napięcie Helena Zawadzka.
– Gdzie twój bagaż? – zapytał matkę Michał.
– Wciąż w przedpokoju! – natychmiast się poskarżyła. – A ja wciąż jestem głodna po podróży.
– Dobrze. Podziękuj Zosi za zaproszenie.
– Co?..
– Podziękuj Zosi za ostatnią próbę poprawienia relacji z tobą i przeproś.
– Ale ona…
– Mamo!
– Dz-dziękuję i prze-przepraszam, – warknęła złośliwie Helena Zawadzka.
Zosia skinęła jej poważnie głową.
– Chodź.
– Dokąd?
– Tam, gdzie wszystko jest w twoich gustach, twoje zasady, twoje tradycje.
– Ale, Michał, ja przecież!.. – próbowała przekonać syna matka, lecz Michał jej przerwał:
– To wy z ojcem nie lubiliście zup, zwierząt, wsi. Mojego zdania nie brano pod uwagę. Ale ojciec kiedyś dał mi dobrą radę: “Jeśli ci się nie podoba nasze, stwórz swoje”. Stworzyłem, mamo. Ale tutaj panują moje gusta, moje zasady, moje tradycje. A gospodynią jest moja żona. Nie podoba ci się? Nadal masz swoje.
– Synku! To ona nastawiła cię przeciwko mnie! – Helena Zawadzka natychmiast przeszła do płaczliwego tonu. – Zauroczyła cię! – dodała szeptem dramatycznym tonem.
Michał tego nie wytrzymał, wziął matkę pod ramię, wyprowadził do przedpokoju, chwycił jej torbę podróżną, otworzył drzwi i, w pełnym milczeniu, odprowadził do wrót i powiedział:
– Nawiasem mówiąc, Zosia była po twojej stronie. Ma dobre relacje z rodziną. Nie wierzyła mi, że może być tak, jak u nas. W kuchni czekało na ciebie osobne danie. Ale barszcz, mamo, był lakmusowym papierkiem. Pokazałaś swoje wnętrze, – Michał otworzył drzwi na zewnątrz: – Taksówka na ciebie czeka.
– Ty… Jak… Kiedy zdążyłeś ją zamówić?! – wybąkała Helena Zawadzka, jeszcze nie otrząśnięta z szokującej szczerości syna.
– Powiedziałem Zosi, żeby trochę poczekała. Nie odsyłała od razu. I miałem rację.
– Ty! – Helena Zawadzka była oburzona.
– Ja, mamo, jestem panem domu. Tak jak chciałaś, – Michał dał znak taksówkarzowi, postawił torbę matki na ziemi i, nie czekając, aż wsiądzie do samochodu, wszedł za bramę i zatrzasnął drzwi.
– Zauroczenie, – ostatecznie upewniła się co do diagnozy syna Helena Zawadzka i, już siedząc w taksówce, zaczęła szukać sposobu na tej klątwy w telefonie. Na pewno jest coś, co przywróci jej syna!



