Niczego nie żałuję

Ani trochę nie żałuję

I żeby na mój powrót mieszkanie było wysprzątane! pani Danuta Grabowska wybiegła na klatkę schodową i tak trzasnęła drzwiami, że aż szyby w oknach zadźwięczały.

Zosia, która właśnie wtedy schodziła po schodach, aż podskoczyła. Stanęła jak wryta, mając nadzieję, że sąsiadka jej nie zauważy. Szkoda, że na darmo. Zauważyła w sekundę.

A, Zosieńko… Dzień dobry!

Danuta niby od niechcenia postawiła na podłodze karton po starej mikrofali i w pośpiechu zapinała płaszcz. Widać było, że jej się bardzo spieszy.

Dzień dobry, pani Danuto uśmiechnęła się Zosia, choć z wyczuwalnym dystansem. Znowu dzieci coś przeskrobały?

To mało powiedziane! Ręce opadają wymamrotała sąsiadka, walcząc z ostatnim guzikiem.

W tej chwili z kartonu na podłodze zaczęło się coś ruszać.

Zosia aż podskoczyła choć była na bezpieczną odległość. Nie była z natury bojaźliwa, ale nie przyszło jej do głowy, że w tym kartonie coś się… rusza.

Ciekawe, co tam jest?

Wyobraźnia podsunęła Zosi obraz żywej mikrofali, która buntowała się i rozsypywała warzywa gdzie popadnie za takie zachowanie spotkała ją kara wyrzucenia.

No, popatrz powiedziała sąsiadka, chwytając karton i podając go Zosi, żeby pokazać, co kryje środek.

Zosia ostrożnie zeszła na półpiętro, zajrzała do środka i, choć wiedziała, że nie zobaczy ożywionej mikrofali, to jednak była bardzo zaskoczona i to pozytywnie.

Na dnie kartonu spoglądały na nią ciekawskie ślepka małego kotka.

Ojej, jaki śliczny! westchnęła Zosia.

A co tu się zachwycać prychnęła Danuta pod nosem, zamykając karton.

Skąd się wziął?

Dzieci przyniosły z podwórka… Żałuję, że w ogóle pozwoliłam zostawić. Z tym kotem mam więcej roboty niż słów. Też się dałam nabrać na te kocie oczka i pyszczek mówiłam sobie, że nie wszystko złoto, co się świeci. Wygląda jak aniołek, a charakter jak mój były.

Oj tam, pani Danuto, podrośnie, to się uspokoi pocieszyła Zosia. Zamierza go pani zabrać do weterynarza? Szczepienia?

A skąd! Jaki weterynarz, Zosiu? Nie mam już siły z nim walczyć. Postanowiłam, że zawiozę go na działkę… Niech tam siedzi.

Zosia spojrzała na Danutę z niedowierzaniem. Liczyła, że żartuje, ale gdy zobaczyła zmarszczone brwi i twarde spojrzenie, wiedziała już, że nie. I nie było 1 kwietnia, tylko 15 listopada.

Kota na działkę? I to pod koniec jesieni?

A co, mam czekać do wiosny?! Przecież bez różnicy, kiedy go wywieźć. Zima by była, to nawet lepiej. Bo to dziwoląg, nie kot.

Danuta aż się zapowietrzyła z emocji i zamilkła.

Gdy złapała powietrze, dodała:

Nawet nie wiesz, na jakie pomysły wpada! Ja tyle leków uspokajających nie brałam nawet kiedy zostałam sama z dwójką dzieci! Decyzja podjęta i nie zmienię jedzie na działkę!

Ale…

Można by go zostawić pod blokiem, tam go dzieci znalazły. Ale zaraz by go znów przytargały albo sam przylazłby pod drzwi. Nie chcę tego cudu ani dzień dłużej! Dość!

Danuta spojrzała na zegarek i pokręciła głową:

Przegadałaś mnie, Zosieńko. Uciekam, bo autobus mi zaraz odjedzie!

Chwyciła karton i ruszyła po schodach, mocno trzymając się poręczy.

Zosia patrzyła za nią, nie mogąc zrozumieć, jak można zostawić małego kota na zimnej działce. Przecież on tam nawet dnia nie przeżyje.

Zaczekaj, pani Danuto! krzyknęła nagle.

Co jeszcze? Mówię, że się spieszę!

Niech pani nie wywozi kota. Daj mi go, spróbuję znaleźć mu dobry dom.

Danuta się zatrzymała.

…i powoli odwróciła.

Dobry dom? To co, uważasz, że mam złe ręce? podejrzliwie zmrużyła oczy. Tym rękoma dwoje dzieci wychowałam.

Nic nie sugeruję. Po prostu ten maluch nie przeżyje na działce…

Jak chce, to przeżyje. Jak nie, to znak, że nie powinien tu być

No coś pani

To nie moja wina, że kot nie umie żyć w domu.

On jest jeszcze maluchem, nauczy się! wybuchła Zosia. Przecież swoich dzieci nie zawoziła pani na działkę, choć krzyczy na nie cały dzień.

Moje dzieci to moje dzieci. Nie porównuj ich z tym czymś. Chcesz weź, dość mam!

Danuta postawiła karton pod drzwiami.

I dobrze, nie będę wydawać na bilety. Zobaczę, na jak długo cię wystarczy! rzuciła, krzywiąc się złośliwie.

Po tym wróciła do mieszkania, znów trzasnęła drzwiami, a Zosia usłyszała jeszcze jej głos:

Co tu za bałagan?! Czemu nikt nie sprząta?! Telefony do depozytu!

Co było dalej, Zosia już nie słyszała. Ostrożnie sięgnęła po karton, upewniła się, że kotek jest w środku, i ruszyła do siebie na górę.

Tak niespodziewanie została posiadaczką kartonu po mikrofali i…

…malutkiego kotka w środku.

W życiu by nie pomyślała, że kiedykolwiek znajdzie się u niej w domu taki włochaty lokator.

Jeszcze dziś rano… Wychodziła tylko po kawę, bo właśnie skończyła się w najmniej odpowiednim momencie i znalazła się nie w tym miejscu, nie w tej godzinie.

Po prawdzie, nigdy nie miała szczególnej słabości do zwierząt. Nie była tą osobą, która opowiada o bezgranicznej miłości do czworonogów.

Ale pozwolić Danucie zrzucić maleństwo na działkę nie mogła.

Bo obojętność to nie jest bycie bez duszy i tyle! Tak nie wolno, po prostu!
Poza tym nie rozumiała, dlaczego zamiast robić awanturę, nie można po prostu znaleźć kota komuś, kto go naprawdę pokocha?

A takiego słodziaka na pewno ktoś weźmie. Zosia nie miała co do tego wątpliwości.

Wystarczy kilka ładnych zdjęć z różnych stron, wrzucić do internetu i przy drzwiach zaraz ustawi się kolejka po małego szczęściarza.

Ot, cała filozofia!

*****

Zosia postanowiła nie przeciągać od razu po powrocie do domu zrobiła kotu fotki i wrzuciła na kilka grup na Facebooku w stylu Oddam za darmo i Szukam domu.

Potem na spokojnie poszła po kawę i…

…karmę dla kotów (bo przecież coś tego malucha trzeba karmić, póki nie znajdzie się nowy właściciel).

Do karmy dokupiła plastikową kuwetę i żwirek. Wydatek nieplanowany, ale mus to mus.

Oddam to później temu, kto przyjdzie po kota pomyślała z uśmiechem, bo robiła coś dobrego i ani trochę nie było jej szkoda pieniędzy.

Danuta mówiła, że kocurka nazwali Precelek, ale nie reagował wcale na to imię, więc Zosia wymyśliła inne.

Wybierała długo i… zatrzymała się przy opcji numer 132.

Teraz będziesz Mruczuś! Pasuje ci? zapytała kotka.

Miau! odpowiedział kociak i pobiegł w przedpokoju walczyć z kapciami (były też puszyste i Mruczusiowi bardzo się nie podobało, że ktoś jest bardziej puchaty niż on).

Przecież to on jest tu najpiękniejszy i najpuszystszy!

Zosia patrzyła z rozbawieniem, jak kociak rozrabia w przedpokoju, aż zasiadła do komputera, żeby popracować.

Była fotografką na własny rachunek, robiła sesje na zamówienie i naprawdę kochała to, co robiła. A dorabiała bardzo przyzwoicie.

Tak się złożyło, że miała pilną retuszację po ostatniej sesji. Odpaliła komputer, włączyła Photoshopa, zmarszczyła poważnie brwi i zabrała się do pracy.

Ale nie było jej dane spokojnie popracować.

Mruczuś, wygrywając bitwę z kapciami, zaczął pędzić przez mieszkanie, zahaczając o meble i ślizgając się na podłodze.

Hałas był nie do opisania.

Ej, mały! Zosia obróciła się na krześle i pogroziła mu palcem.

Kotek zatrzymał się na środku pokoju i patrzył, jakby chciał usłyszeć, co dalej, bo jemu przecież się spieszy do zabawy.

Wiem, nudzisz się i chcesz się bawić, ale pamiętaj, jesteś tu tylko tymczasowo…

Miau!

Nie dyskutuj! Jesteś moim gościem, więc zachowuj się i nie przeszkadzaj!

To było niepotrzebne.

Mruczuś nabrał miny tak smutnej, że Zosia natychmiast pożałowała swoich słów. Było jej naprawdę wstyd autentycznie.

Jak można krzyczeć na takie maleństwo?

Dobrze, baw się, ale bez hałasu powiedziała zmiękczona.

Kotek ochoczo zamiauczał i znowu śmigał po całym mieszkaniu, waląc w krzesła, szafę, ściany.

Widzę cel, nie widzę przeszkód to cała prawda o Mruczku pomyślała Zosia.

Założyła słuchawki, włączyła ulubioną playlistę i ruszyła dalej z obróbką zdjęć.

A dokładnie pięć minut później, rozpędzony do granic Mruczuś, nie zapanowawszy nad kierownicą, władował się pod stół, łapą wyrwał kabel z gniazdka i zniknął pod łóżkiem.

No dajcie spokój jęknęła Zosia, patrząc na czarny ekran laptopa.

Przez kolejne pół godziny polowała po mieszkaniu nie tylko ona, ale i Mruczuś, który wyczyniał fikołki pod meblami.

Kota nie złapała, za to dwa razy nabiła sobie siniaki w kolano i palec o krzesło i stół.

Jak w końcu odpaliła komputer, zaczęła przeglądać swoje ogłoszenia o Mruczku na forach.

Było mnóstwo lajków, ucieszyła się ale jak przeczytała komentarze, mocno się posmutniała.

Bo wszyscy tylko: O matko, jaki cudowny, ale szczęście masz! Niezwykły kociak! Cudo, nie kot!. Ale żeby ktoś zapytał, czy można przygarnąć ani jedna osoba.

Nikt nie napisał, nie zadzwonił. Kolejka za drzwiami? Nie tym razem.

Od siebie dopisała pod ogłoszeniami, że z chęcią sama dowiezie kota, nawet na drugi koniec Warszawy, ba, Polski, a nawet na koniec świata jak trzeba.

Chyba po prostu ludziom nie po drodze do mnie teraz już na pewno ktoś się odezwie! pomyślała.

Mruczuś tymczasem padł, po piątej próbie wdrapał się na kanapę i rozłożył demonstracyjnie z brzuszkiem na wierzchu. Zosia musiała usiąść obok i przez długą chwilę głaskać puszystą kulkę, aż kociak usnął.

Z nią razem.

I tak przespali prawie do wieczora. O pracy w tym dniu nie było już mowy.

*****

Po tygodniu Zosia zaczęła pojmować, że znalezienie domku dla kota nie jest wcale takie proste. Ludzie komentowali zachwyceni, serduszka leciały, ale nic więcej zero odzewu na priv, nikt nie pytał o szczegóły.

A trzy dni później Zosia naprawdę zaczęła się zastanawiać:

A jeśli NIKT kota nie weźmie? Zostanie ze mną na stałe?
Tego mi tylko brakowało! rzuciła do siebie i zaraz się sama zganiła.

Mruczuś spał przy klawiaturze, obejmując myszkę (dlatego Zosia od czterdziestu minut nie mogła ruszyć z robotą), ale słysząc jej głośne westchnienie, przymknął jedno oko i zamruczał z pretensją: Halo, śpię! Bądź człowiekiem!

Zosia westchnęła, chwyciła telefon i przeszła przez sekcję komentarzy na swoich postach.

Nic nowego dalej tylko ochy i achy. Każdy się zachwycał, nikt nie chciał przygarnąć…

Z każdym lajkiem gasła w niej nadzieja na znalezienie Mruczusiowi wymarzonego domu.

Nagle przypomniała sobie ostatnią wizytę u psychologa, który miał pomóc jej rozgryźć, czego brakuje do pełni szczęścia.

Kochana praca, zarobki całkiem dobre. Mieszkanie własne (rodzice pomogli), więc teoretycznie żyć, nie umierać.

A jednak ostatnio Zosię męczyło dziwne poczucie pustki.
I nie chodziło o facetów sama postawiła sprawy sercowe na pauzę, żeby złapać oddech od związków.

Więc o co chodziło?

Nie potrafiła wyjaśnić, więc zdecydowała się na pomoc psychologa.

No on chyba na tym się zna!

Według rad psychologa miała szczerą rozmowę z samą sobą ale nie dotarła do sedna. Skończyło się na wodzie i tabletce przeciwbólowej.

A problem zanurkował z powrotem gdzieś w głębi, może i na dno Rowu Mariańskiego.

Zrezygnowała z terapii i postanowiła pogadać z przyjaciółkami.

Ty po prostu masz za dobrze! stwierdziła bez ogródek Ania, która trochę Zosi zazdrościła tej wolności i pracy marzeń.

Przestań, Ania. Pracuję tyle, co ty, czasem i więcej, kiedy są zlecenia. Co niby mam za dobrze?

Może potrzeba ci TEGO? zamyśliła się Marta, wpychając ostatni kęs sernika.

Czego?

Tłuszczyku ci trzeba, nie kota. Taka chudzinka z ciebie… Gdybyś w dzieciństwie więcej drożdżówek jadła, nie szukałabyś teraz szczęścia po kotach.

Rozmowa z nimi nic nie wyjaśniła, więc Zosia postanowiła nie łamać sobie głowy bzdurami. Ale dziś problem znowu się pojawił.

Jeszcze tego by brakowało! mruknęła A może, to prawda… Może właśnie Mruczusia mi było trzeba? No, zobaczymy, czas pokaże.

*****

Od czasu, gdy Zosia tymczasowo przygarnęła puszystego gościa, minął miesiąc. A właściwie… przeleciał w mgnieniu oka.

Kociaka nikt nie wziął. Zosia była zdziwiona, że spośród 1228 reakcji pod zdjęciem, nikt nie chciał mieć Mruczka dla siebie.

Teraz jednak po tych 30 dniach zaczynała rozumieć, dlaczego tak się stało.

Wiele się przez ten miesiąc wydarzyło. Tak dużo, że cała saga by powstała.

Ale w skrócie: Mruczuś okazał się strasznie bystrym kotkiem.

Wyłapywał wszystko w mig, nawet kiedy Zosia dziesiąty raz z rzędu prosiła go, by zostawił w spokoju kanapę.

Próbował swoich sił jako projektant wnętrz to on sprawił, że Zosia musiała wymieniać zasłony cztery razy, a potem uznała, że bez nich w sumie jaśniej i lepiej.

Po fiasku z zasłonami zabrał się za gotowanie próbował wszystkiego ze stołu, po czym natychmiast wypluwał: kiszone ogórki, marynowane grzybki, nawet gotowane ziemniaki mu nie smakowały.

W końcu dał sobie spokój przecież w szafce jest świetna karma dla kociąt!

Tak czy inaczej, uznał, że jego głównym zadaniem jest dawać Zosi radość i szczęście.

Tyle że definicja szczęścia była inna dla kociaka, a inna dla Zosi.

Dla Zosi szczęściem byłoby się wyspać i nadrobić pracę.

Ale życie z kotem… Spokój można wspominać tylko w marzeniach.

Pewnie na górze uznali, że Zosia ma za łatwo, więc podrzucili jej Mruczusia.

Wystarczyło, że położyła się na kanapie albo usiadła na chwilę już kotek znikał z oczu i po chwili lekko trącał łapką z pytaniem: Pobawimy się?

A po chwili zaczynała się taka impreza, że brakuje słów, by opisać.

Teraz Zosia rozumiała Danutę skąd tyle frustracji choć nigdy nie poparłaby jej pomysłu z działką. Nawet jeśli sama była już wykończona, nie potrafiła oddać kociaka gdziekolwiek.

Jednak był i pozytyw!

Zosia przestała się zastanawiać, czego jej w życiu brakuje. Problem sam odszedł.

Poza tym nauczyła się sprzątać ekspresowo zanim kotek się obudzi, cały dom lśni!

A ile przez ten miesiąc dostała pozytywnych emocji! Starczy na resztę życia.

Była wzruszona jak mama widząca pierwsze kroki dziecka, kiedy Mruczuś nareszcie sam trafił do kuwety.

Wcześniej musiała go nosić, bez względu na to, czy była pierwsza w nocy, trzecia czy piąta rano.

On ją budził, ona niosła go do kuwety… Całe szczęście, spadł jej kamień z serca, gdy to się skończyło. Ze łzami w oczach dziękowała losowi za możliwość pospania choćby godzinkę dłużej.

Ale kotek miał też nowe nawyki lubił, na przykład, bawić się lampką nocną. W nocy: włączał, wyłączał, włączał, wyłączał.

W końcu Zosia lampkę zdjęła i schowała, podobny los spotkał zasłony. Zrobiło się jaśniej, no i spokój.

Bywało różnie, jak wszędzie i do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Zosia przywykła.

A po tym miesiącu zupełnie szczerze zdała sobie sprawę z najzabawniejszej rzeczy to nie Mruczuś mieszka u niej, tylko ona bywa u niego w gościach!

Od rana do wieczora Zosi nie było w domu, a on za gospodarza. Witała go przy drzwiach co wieczór, jak wracała, i żegnał o poranku. Prawdziwy właściciel!

I nagle Zosia zrozumiała: już nie musi szukać dla niego domu przecież sama jest tą dobrą, kochającą panią, która przygarnie wszystkie jego pomysły i wybryki.

Jest gotowa budzić się o dowolnej godzinie, by grać w chowanego albo w kociego nogi futbol.

Jest gotowa głaskać, kiedy rozkłada się na łóżku jak pan na włościach, zajmując trzy czwarte miejsca.

Tak, jest gotowa i ani trochę nie żałuje. Bo kocha. Bo jego po prostu NIE DA SIĘ nie kochać.

I Mruczuś ją kocha już nie budzi ją z rana, żeby się wyspała do pracy.

Tylko cichutko, bezgłośnie kładzie się tuż obok i czeka, aż Zosia otworzy oczy.

Czeka. Choć czasem w oczach ma wyrzut: Ileż można spać, pani!? Przecież się stęskniłemW końcu pewnego poranka, gdy Zosia przeciągała się leniwie, czując ciepełko kociego futerka przy policzku, zaśmiała się cicho, patrząc na śpiącego Mruczusia. Wiesz co, szepnęła, chyba to ty uratowałeś mnie nie ja ciebie.

W odpowiedzi kociak przeciągnął się i zamruczał głośniej niż zwykle, łapką przytulając się do jej dłoni. Przez uchylone okno wpadało światło, kąpiąc pokój w cieple. Zosia pomyślała, że wcale nie czuje się już pusta ani samotna przeciwnie, w środku była cała jakby wypełniona tym małym, wielkim szczęściem.

Pieczątka w życiorysie została postawiona: właścicielka Mruczka, marzycielka po godzinach, szczęściara na własny rachunek.

A świat wokół jakby stał się łaskawszy. Na ulicy ludzie uśmiechali się częściej, kawa smakowała lepiej, a o pustce dawno zapomniała bo teraz ktoś na nią czekał przy drzwiach. I tylko czasem, kiedy w oknie zobaczyła sąsiadkę Danutę, obie wymieniały szybkie spojrzenie w oczach jednej i drugiej krył się cień wspomnień, ale na ustach Zosi kwitł cichy, zwycięski uśmiech.

Ani trochę nie żałowała wręcz przeciwnie, była wdzięczna za tamten dzień, kawę, wyprane zasłony i… oczywiście, za najbardziej rozbrykaną, mruczącą kulkę we wszechświecie.

Bo czasem to, czego się najmniej spodziewamy, potrafi zamruczeć nam szczęście prosto do serca.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × dwa =

Niczego nie żałuję