„Nic nie zapomniałam”
– Coś ty się tak rozkręciła z tymi wizytami u siostry w szpitalu? Codziennie pędzisz z torbami jak szalona – burknął Andrzej do żony Agnieszki, gdy ta wróciła kolejny raz z placówki i zasiedli do kolacji.
– Ciebie to dlaczego tak irytuje? – zdenerwowała się kobieta.
– Nie irytuje, po prostu nie rozumiem. Kasia przecież nie jest w stanie krytycznym, a odwiedza ją mąż, córka, syn z żoną… Po co ty się tam włóczysz codziennie? Czyżby jakiś przystojny lekarz cię nęcił?
– Co za bzdury opowiadasz! – skarciła go Agnieszka. – Lekarka prowadząca to kobieta, więc twoja teoria legła w gruzach…
– Naprawdę, wytłumacz mi – nalegał. – Po co ten poświęt? Wstajesz o szóstej, gotujesz te zupy, kompoty… Po pracy znów pędzisz do niej. To masochizm czy co? Pod oczami masz sińce, ledwo zipiesz…
– Dobrze, powiem, skoro tak drążysz – westchnęła, zbierając naczynia. – Zaparzę herbatę i pogadamy.
– Wreszcie – uśmiechnął się mężczyzna. – Bo naprawdę nie ogarniam…
***
Siedemnastoletnia Agnieszka Nowak, po skończeniu liceum, przyjechała do Warszawy studiować. Wychowała się w maleńkiej wsi pod Łodzią, gdzie o dalszą edukację było trudno. Marzyła o dyplomie prawnika.
Nie dostała się na uniwersytet, ale dostała miejsce w technikum prawniczym. Cieszyła się jak dziecko – wrócić do rodzinnej wioski, gdzie jedyna praca to sklep jak u mamy, nie zamierzała. Postanowiła zadomowić się w stolicy: skończyć szkołę, znaleźć pracę, założyć rodzinę. Rodzicom obiecała pomagać, gdy stanie na nogi.
W liceum chodziła z Wojtkiem Kalinowskim, który nie marzył o mieście. Został w rodzinnej wsi, pracował w gospodarstwie, planował wojsko i dalszą pracę na roli. Agnieszka, przerażona taką wizją, zerwała bez żalu. On też szybko się pozbierał – ożenił się z Olą, która od dawna za nim wzdychała.
W technikum Agnieszka dostała miejsce w akademiku. Uczyła się sumiennie, by mieć stypendium. Rodzice przesyłali jej co miesiąc 300 zł – nie opływała w luksusy, ale nie głodowała.
Pamięta każdy szczegół tamtego wrześniowego dnia… Wracała z biblioteki, gdzie przygotowywała się do seminarium z prawa cywilnego. Autobus w godzinach szczytu był zapchany jak beczka śledzi. Gdy w końcu wysiadła, z przerażeniem odkryła rozciętą torbę. Portfel zniknął.
Złodzieje często tak działali w tłoku. Najgorsze było to, że właśnie dostała stypendium (600 zł) i przelew od rodziców (200 zł). Wszystko przepadło. Na domiar złego mama wspomniała ostatnio, że ojcu wstrzymują wypłatę – musiała oszczędzać.
Płakała, wyrzucając sobie naiwność. „Po co nosiłam wszystko przy sobie? Słyszałam przecież o kradzieżach!” – myślała. Iść na policję? Bez opisania złodzieja – bez sensu.
W akademiku zastała ją Julka, współlokatorka.
– Czemu ryjesz? – spytała.
Gdy Agnieszka opowiedziała o kradzieży, tamta pokręciła głową:
– Samaś sobie winna. Kto nosi całą forsę? Trzeba było schować w staniku! Uczysz się jak nerda, a w życiu głupia jesteś jak but!
Agnieszka nawet się nie obraziła. Czuła się dokładnie tak.
– Chcesz, poznam cię z bogatym Januszem? – rzuciła Julka. – Będziesz w czekoladzie za drobne przysługi…
– Nie! – odparła stanowczo. – Pożyczysz mi choć trochę? Do stypendium…
– Sorki, wydałam na ciuchy. Ale jak zmienisz zdanie… Gdy brzuch pusty, zasady idą w kąt.
Agnieszka odwróciła się do ściany, tłumiąc łzy. Zasnęła wyczerpana, nie wiedząc, jak przetrwa miesiąc…



