**Diariusz 15 stycznia**
Nie martw się, Sławku! Nie płacz! Przynajmniej nowy rok przywitałeś w wielkim stylu! pomyślałem, gdy wysiadłem z peronu w moim rodzinnym mieście. Z platformy dworca wypadłem na plac przy dworcu kolejowym i ruszyłem w stronę przystanku autobusowego. Nie powiedziałem żonie, że przyjadę dziś.
Nasze poranki od jakiegoś czasu nie są już takie same. Wczoraj miałem nieprzyjemną rozmowę z Anią. Znowu krytykowała mnie, narzekała, że jestem obojętny i egoistyczny. A czemu obojętny? Przecież chciałem jej złożyć noworoczne życzenia, a ona wyłączyła telefon. Zrobiłam to, co się da po trzy dni próbowałem się z nią skontaktować, a ona nie podnosiła słuchawki. W końcu i ja się obraziłem i przestałem dzwonić.
Co gorsza, nie przywitała się nawet z moimi rodzicami i siostrą, nie mówiąc już o mnie. Teraz zamierzam powiedzieć jej to prosto przy drzwiach. Nie tylko ona ma swoje winy, ale i ona sama nie jest bez zarzutów jak mówi stare przysłowie, najlepsza obrona to atak.
Zebrałem się w sobie i wkroczyłem do klatki mojego bloku w nieco bojowym nastroju. Mieszkanie przywitało mnie ciszą.
Halo! Kto tu żyje? Aniu, już jestem! krzyknąłem, ale nikt nie odpowiedział.
Zajrzałem do kuchni Ania nie było, potem do jednej z pokoi pustka, do drugiej to samo. Oczywiście od razu rzuciły mi się w oczy zmiany: przy ścianie nie stało już łóżeczko dziecięce, zniknął komód, na którym stał przewijak i wózek podarowany przez rodziców Anny. W szafie, w której zwykle wieszała swoje rzeczy, było pusto.
Czy ona zwariowała? Zostawiła mnie? pomyślałem głośno.
Wybrałem numer teściowej, ale nie było odpowiedzi. Zadzwoniłem do Katki, przyjaciółki Anny cisza. W końcu dogadałem się z Michałem, mężem Katarzyny.
Michał, podaj mi telefon Anny, nie mogę się z nią dodzwonić poprosiłem.
Ania jest w domu wsi, w naszym małym miasteczku mówiliśmy noworoczne przyjęcie. Tam są problemy z zasięgiem.
Wczoraj przyjechałem, bo dziś miałem zmianę. A oni jeszcze odpoczywają, odpowiedział Michał. Po co ci Katarzyna?
Może ona wie, gdzie jest moja Ania. Przyszedłem od rodziców, a w jej mieszkaniu nic nie ma, nawet to, co kupiliśmy dla dziecka.
Czyżby twoja żona miała wkrótce zostać mamą? Ty jedziesz na święta, a ją zostawiasz samą? zdziwił się Michał.
Ona nie chciała iść. Mieliśmy termin dziesiątegojedenastego stycznia. Mogła zdążyć dojazd.
Gratulacje, szczurze przyjęcie, uśmiechnął się znajomy.
Dlaczego? nie zrozumiałem.
Bo zapewne już jesteś kawalerem. Głupi! Zadzwoń do szpitala, tam ona pewnie jest, doradził Michał.
**Dziesięć dni temu**
Nie rozumiem, Sławku, mówiła telefonicznie mama, dlaczego musisz w święta siedzieć w domu? Ania nie chce jechać, a ty jedziesz sam. Termin jest za dwa tygodnie, zdążysz zdążyć.
Zwłaszcza że cała rodzina się zbierze: ciotka Wioletta z wujkiem Sergiuszem przyjadą, Natalia z Wiktorem, Olga z Pawłem. Do tego my z ojcem i Weronika z Grzegorzem.
Weronika zarezerwowała dla nas pokoje w hotelu pod lasem na cztery dni od trzydziestego grudnia do drugiego stycznia.
Trzydziestego pierwszego w restauracji będzie bankiet z artystami. Zapłaciłam za ciebie, oddasz później. Zostaniesz u nas do Bożego Narodzenia, a 8-go wyjedziesz. Zgadzasz się na termin żony?
Ania nie chciała wyjeżdżać:
Sławku, mogę przyjść w każdy dzień. Wyobraź sobie: wszyscy się bawią, a ja nagle zaczynam. A hotel pod lasem czy przyjedzie karetka?
Nie, nie jadę nigdy.
Mama ma rację, że kobiety liczą choroby, a przyjście dziecka za cud. Wychowała nas troje i wciągnęła w pracę, prawie nie siedząc w urlopie.
Zrozumiałem, że Ania ma pewne racje. Ale wyobrażałem sobie, jak nudno będzie w domu w noc sylwestrową: tylko we dwoje przy skromnym stole, Ania już mówiła, że nie zamierza specjalnie gotować. Stało się mi smutno. Cała rodzina w tym czasie miałaby huczne przyjęcie w restauracji, śpiewy, muzykę, tańce. W sumie pojechałem sam.
W hotelu pod lasem rzeczywiście było wesoło. Kiedy zbliżała się północ, wyszedłem z sali do holu, by zadzwonić do żony, ale nie odebrała.
No i dobrze, obrażam się, a przecież ona sama wini. Mogła być z nami i bawić się, pomyślałem.
Następnego dnia mama wyraziła swoją frustrację wobec synowej:
Ania nawet nie zadzwoniła, nie przywitała nas z tatą. Jesteś durniem, że tak ją zostawiłeś.
Nie rozumie, co to prawdziwa rodzina. Dlatego my jesteśmy razem, a ona tam sama. Niech sobie pomyśli.
Ania tej noworocznej nocy nie myślała o nas. Myślała tylko o mnie, nie o teściowej i teściu oraz o wielkiej rodzinie. Jej rodzice, dowiedziawszy się, że córka została sama na święta, wezwali ją do domu. Nie planowali wielkiego przyjęcia.
Brat Anny mieszkał w Warszawie, w zakładzie produkcyjnym, nie miał wolnego weekendu, więc rodzice planowali spędzić Sylwestra we dwoje. Trzydziestego pierwszego o dziewiątej wieczorem Ania i mama nakryły stół i nagle Anię dopadło nagłe zdarzenie.
Wezwano karetkę. Mama pojechała z Anią, ojciec podążył za nimi samochodem. Tym razem Ania powitała nowy rok w szpitalu, a jej rodzice czekali w holu oddziału. Ania stała się mamą…
****
Zainspirowany radą przyjaciela, zadzwoniłem do szpitala.
Szpital? Wczoraj wypisano, usłyszałem w recepcji.
Jak wypisano? nie uwierzyłem. Czy już jest dziecko?
Tak. Pierwszego stycznia, północ.
Kto ją odebrał? zapytałem.
Młody mężczyzna, nie wpisujemy tego w rejestrze.
Zrozumiałem, że jedynymi, którzy mogli odebrać Anię i dziecko, są jej rodzice. Kupiłem bukiet róż i ruszyłem w drogę.
Otworzył drzwi teść.
Słucham?
Dzień dobry, przyszedłem po Annę, powiedziałem.
Po co? zapytał ojciec Anny.
Otóż, jestem jej mężem, odpowiedziałem.
Aniu! zawołał teść. Przyszedł jakiś facet, twierdzi że jest twoim mężem. Chcesz z nim rozmawiać?
Nie, niech idzie, odpowiedziała Ania z głębi mieszkania.
Teść wzruszył ramionami:
Nie chce. Do widzenia, młody człowieku! i zamknął drzwi.
Stojąc chwilę, zadzwoniłem ponownie. Tym razem otworzyła teściowa wysoka, silna, donośna kobieta, które trochę się bałem.
Nie rozumiesz? zapytała.
Proszę mnie wpuścić, odważnie powiedziałem. Mam prawo
Nie zdążyłem dokończyć. Kobieta wyciągnęła bukiet i kilkakrotnie uderzyła mnie w twarz.
O tym, co masz prawo, ci powie adwokat! I nie dzwoń więcej, mój wnuk śpi, rzuciła bukiet pod moje stopy i zamknęła drzwi.
Wróciłem do domu, a w drodze wielokrotnie przyciskałem dłoń do czoła piękne róże, ale z kolcami.
Po powrocie najpierw zadzwoniłem do mamy.
Wyobraź sobie, nie wpuszczono mnie nawet do mieszkania, nie mogłem zobaczyć synka.
Nie martw się, Ania wróci z dzieckiem. Nie dzwonić, nie przelewać pieniędzy, niech rodzice ją karmią, jeśli są tak mądrzy. Za tydzień czy dwa wróci. A ty idź spać, jutro masz pracę.
Zjadłem pierogi kupione w sklepie i położyłem się spać. Spałem spokojnie, nie mając pojęcia, że to będzie moja ostatnia noc w tym mieszkaniu.
Kiedy następnego dnia wróciłem z pracy, wszystkie moje rzeczy były zapakowane w kartony i czarne torby, stojące na klatce schodowej. Zadzwoniłem. Drzwi otworzyła teściowa, właścicielka dwupokojowego mieszkania, które dzieliliśmy z Anią.
Co, ziomek? Pamiętasz adres akademika? A może potrzebujesz podpowiedzi? Zbieraj swoje graty. Wszystko, co zostanie, wywiezie jutro sprzątaczka!
Musiałem się przeprowadzić do akademika. Sąd rozdzielił nas. Zmęczony życiem w akademiku, chciałem wynająć własne mieszkanie, ale po wypłacie, z której potrącili alimenty i pięć tysięcy złotych na utrzymanie byłej żony, nie zostało nic.
Bądź oszczędny! Musisz jeszcze na własne mieszkanie odkładać, radził Michał. Nie martw się, Sławku! Nie smuć się! Przynajmniej nowy rok przywitałeś wspaniale!
Ania trzy lata mieszkała u rodziców, którzy pomagali jej z małym Szymonem, a ich mieszkanie wynajmowali. Gdy Ania wróciła do pracy, razem z Szymonem znów zamieszkali w swoim lokalu. Po remoncie nie było już śladu po mnie i mojej rodzinie.
Co sądzicie o postępowaniu Sławka? Napiszcie w komentarzach, zostawcie lajka.



