Nic nie słychać

Nic nie słychać
Samolot nieśmiało wyłonił się z chmur, rozejrzał się, wykonał długi zakręt i miękko dotknął płyty lotniska, niczym narzeczony muskający policzek ukochanej przy ołtarzu.
Rozległy się brawa, ale piloci ich nie usłyszeli.
Nie usłyszał ich także Kamil Kaplewski, któremu w czasie lotu zatkało uszy.
Kamil bez końca zatykał nos i próbował wydmuchać powietrze, ale nic nie pomagało szum w głowie nie ustępował.
Wróciłem od mamy wcześnie rano, akurat by móc się zebrać do pracy.
Żona nie spała, kręciła się po mieszkaniu, gorączkowo przekładając rzeczy z kąta w kąt.
Poszedłem do kuchni i zacząłem pakować sobie obiad.
Słuch nie wracał.
Odchodzę!
Mam dosyć!
Wszystko mnie już zmęczyło!
Ta twoja pensja, co ledwo starcza na życie, mieszkanie na końcu świata.
Myślałam, że to chroniczna miłość, a to tylko jakiś wirus!
żona wykrzykiwała prosto w moje plecy, podczas gdy spokojnie przerzucałem ziemniaki z garnka do termosu.
Odchodzę do Leszka, nie znasz go i on ciebie też nie, ale jest cudowny.
Mam do niego uczucia.
Te prawdziwe.
I nie martw się nic się jeszcze między nami nie wydarzyło.
Odchodzę jak przyzwoita kobieta, żebyś nie miał potem o czym plotkować, szczególnie z mamusią.
Skończyłem pakować obiady i zabrałem się za parzenie kawy.
Nie zamierzasz nic powiedzieć?
Tu ci duszę na dłoni kładę!
Aniu, mogłabyś mi uprasować jeansy?
zawołałem przez ramię.
Co?!
Jeansy?!
Mówię ci o uczuciach, a ty o spodniach!
Niech to wszystko szlag.
Myślałam, że może mnie zatrzymasz.
Dokończyła, chwyciła torebkę, w złości pomyliła swoją z robotniczą, którą sobie przygotowałem, i wybiegła.
Dopiero po tym, jak mieszkanie zatrzęsło się od trzaśnięcia drzwiami, dotarło do mnie, że żona naprawdę wyszła.
Gdzie ona idzie o tej porze?
A jeansy?
Kurde, gdzie mój obiad? z takimi rozmyślaniami przeżywałem ten poranek po rozstaniu.
Rozczarowany, że nie znalazłem swoich dwóch termosów, ruszyłem do pracy w zgniecionych spodniach.
W windzie skinąłem głową prezesce wspólnoty kobiecie, która według plotek wciąż przesyłała pieniądze do Złotej Ordy.
Ponoć jej perfumami Tatarzy przywracali do życia rumaki i wypędzali wrogów z kryjówek.
Wstrzymałem oddech, wszedłem i obróciłem się twarzą do drzwi.
Kabina ruszyła w dół, niczym gazowa komora.
Nie wpłacił pan na dezynsekcję.
Dziś będą truć karaluchy w całej klatce oznajmiła prezeska.
Z milczeniem patrzyłem, jak gumowe uszczelki na drzwiach rozpuszczają się z jej perfum.
Musi pan wpłacić do wieczora, może pan przelać mi na konto?
dopytywała.
Nie odpowiedziałem.
Nachyliła się do ucha i wyraźnie powiedziała:
Do końca dnia czekam na przelew.
A gdzie panią przenoszą?
Gratuluję awansu!
ożywiłem się.
Może z powrotem do Ułan-Bator?
Całkiem serio wierzyłem w plotki, że jest potomkinią Czyngis-chana.
Nagadała mi sporo, ale docierały tylko urywki w stylu: uka, dor, ty, jat, które brzmiały jak mongolska mowa.
Nie próbowałem wnikać, tylko kiwałem głową, jak na wystawie nowoczesnej sztuki.
Drzwi się otworzyły, ruszyłem na świeże powietrze, a prezeska skierowała się ku kolejnym mieszkaniom po haracz.
Pracuję jako elektryk.
Od zeszłego tygodnia robiliśmy na budowie, gdzie kapryśny klient bez większego polotu, za to z ogromną fantazją, chciał mieć cukierek pod kloszem.
Materiały i projekty zamawiającego miały równie specyficzny charakter z przykrą nutą.
Nie cierpiałem sam.
Ten sam artystyczny zaułek dzieliłem z hydraulikiem i ekipą remontową.
Gdy kułem ściany pod kable, koledzy pocili się w innych pokojach, aż tu nagle pojawił się klient całą noc balował na urodzinach, przepełniony twórczym natchnieniem, wpadł sprawdzić remont tuż przed snem.
Wszystko źle!
wrzeszczał i tupał nogą.
Gniazdka mają być jak szachownica, a żyrandol przesunięty o trzy stopnie względem osi ziemskiej.
Jak nie zrobicie, jak mówię, nie zapłacę!
Tak samo postępował w każdym pomieszczeniu, aż zamknął się w pokoju dziecięcym i zasnął na workach z gipsem.
Siedem godzin później klient obudził się, wyszedł i zobaczył efekty własnych rewolucyjnych decyzji.
Budowlańcy połączyli salon z kuchnią nowym przejściem, a w łazience pojawił się dodatkowy kibelek.
Ubranie klienta całe białe od gipsu, twarz wystraszona.
Nic nie pamiętał z poleceń i chciał oskarżyć nas o oszustwo, ale pokazaliśmy kompromitację na wideo.
Tylko ja nic nie zmieniałem nowe instrukcje w ogóle do mnie nie dotarły, nie wiem czy przez zatkane uszy, czy przez zniechęcenie.
Za wytrwałość wobec pijanej kreatywności dostałem od klienta małą premię, a resztę zwolnił za brak odporu.
Ale pod presją kompromitujących dowodów zapłacił za całą robotę.
Wieczorem, głodny i zmęczony, poszedłem do lekarza, by przywrócił mi dźwięki świata.
Po drodze uparcie szła za mną zła suka, szczekając groźnie, ale mój świat był niemy ludzie i zwierzęta odgrywali role jak w starym filmie.
Bez tekstu trudno zrozumieć, czego chce ta rozemocjonowana bestia, więc szedłem dalej pewnie i spokojnie.
W końcu znudziło się jej i odeszła.
Niech dźwięki będą z tobą!
rzucił lekarz, odtykając mi uszy.
Gdy wróciłem do świata, pospieszyłem do domu.
Po drodze z portfela wyjąłem nagłą premię 150 złotych kupiłem parówkę w cieście i skromny bukiet dla żony.
Przy klatce spotkałem smutnego sąsiada.
Słyszałeś nowinę?
zagaił.
Cały dzień nic nie słyszałem, niech zgadnę odpowiedziałem, dłubiąc małym palcem w uchu.
Migunowa, ta cała Złota Orda, zebrała kasę od wszystkich i zniknęła w mroku.
Przeprowadziła się do innego miasta, urwała kontakt.
Wszystko planowała z wyprzedzeniem, paskudna.
Cały blok obleciała.
Dałeś jej coś?
Nie, nie dałem pokręciłem głową.
Od rana coś mi mówiła o przelewie, ale nie załapałem.
Szczęściarz.
A ja, głupi, dałem.
Pociesza mnie tylko fakt, że zanim obeszła wszystkie piętra, karaluchy i tak padły od jej perfum uśmiał się sąsiad.
W sumie nie mam wielkich pretensji.
Wróciłem do mieszkania, witany zapachem obiadu i niespodziewanie czułą żoną.
Przepraszam, głupia ja.
Coś mnie naszło, sama nie wiem co.
Chyba słońce za mocno świeci.
Chcę cofnąć wszystkie złe słowa i proszę, wierz mi, nic złego nie zrobiłam.
Żadnego Leszka nie ma.
Byłam u siostry.
Puściłam parę i wróciłam do siebie.
A ty rano zachowałeś się po męsku to mnie otrzeźwiło.
No co, wybaczysz głupią?
Obdarzyła mnie gorącymi pocałunkami i zaprosiła do stołu.
Nic nie słyszałem, przyznałem, czując, że dostałem nagrodę, na którą nie zasłużyłem.
Dziękuję!
ścisnęła mnie mocno.
Dobre sobie, pomyślałem, choć dzisiaj nie zrobiłem nic szczególnego.
Może czasem warto nie słyszeć.
Życie byłoby prostsze.Wieczór płynął spokojnie, z parówką w cieście, bukietem w wazonie i cichym śmiechem, który już docierał do moich uszu.
Przez otwarte okno wpadały dźwięki miasta: rozmowy, szuranie tramwajów, stukot garnków, nawet krzyk dziecka i szczeknięcie psawszystko wydawało się nagle jakąś melodią życia, której wcześniej nie zauważałem.
Aniu spojrzała na mnie miękko i położyła dłoń na moich, jakby chciała sama przywrócić mi słuch.
I choć słowa znów biegły przez mieszkanie, czułem, że już nie są najważniejszezrozumiałem, że cisza też bywa łaską.
Może czasem najwięcej można usłyszeć wtedy, gdy nic nie słychać.
Zgasiłem światło i przez chwilę jeszcze słuchałem zwykłych odgłosów, zanim przykryło je ciepłe milczenie.
W tej krótkiej przerwie między jednym a drugim dźwiękiem, poczułem, że jestem w domuprawdziwym, bez plotek, pretensji i złości, niezależnie od tego, czy ktoś mówi czy milczy.
A potem, jakby nigdy nic, Ania położyła głowę na moim ramieniu, a ja pomyślałem: Czasem nie warto słyszeć wszystkiego, czasem wystarczy tylko być.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden + jeden =

Nic nie słychać