Natrętna teściowa wpadała bez zapowiedzi, jakby to było jej własne mieszkanie, aż do mojego „powitalnego przyjęcia”

Dziś w dzienniku: Natrętna teściowa przychodziła jak do siebie aż w końcu odpłaciłem jej pięknym za nadobne.

Czasami wróg w domu to nie obcy, tylko teściowa z uśmiechem anioła i pojemnikiem pełnym podejrzanych klopsików. Nazywam się Jakub, żonaty od dwóch lat, i jak to mówią, między mną a żoną wszystko grało dopóki jej matka nie zaczęła dogrzewać naszego domowego ogniska trochę za często. Z takim uporem, że nawet listonosz zaglądał rzadziej niż ona.

Przesortowywałem zakupy w kuchennej szafce, gdy nagle dzwonek do drzwi. Otwieram. Oczywiście, kto by inny? Halina, moja teściowa.

Jakub, witaj! Przyniosłam wam klopsiki! Ze śledzia! Świeżutkie! radośnie wyciąga plastikowy pojemnik.

Wzdycham. Ja i moja żona, Kasia, od dziecka nie znosimy ryb. Mnie karmiono nimi aż do przesytu, a ona, córka rybaka, jadła ich tyle, że mało nie wyrosły jej skrzela. Mówiliśmy o tym. Wielokrotnie. Ale teściowa udawała, że nie słyszy.

Halina, my nie jemy ryb Wie pani o tym.

Ależ tego się nie wyrzuca! Zostawcie, może komuś podarujecie! tłumaczyła się.

Lecz problemem nie były tylko te przeklęte klopsiki. Przychodziła coraz częściej. Bez zapowiedzi. Bez pukania. Wchodziła jak u siebie i zaczynała inspekcję:

O, co to za ser? Nigdy nie próbowałam, wezmę kawałek. I trochę kiełbasy też, dokupisz sobie później. Aha, przyniosłam wam rybę trzeba się dzielić!

Z każdą wizytą jej apetyt rósł. Pewnego dnia zjawiła się z koleżanką. Bez telefonu. Bez pytania.

Byłyśmy w aptece pomyślałyśmy, że się ogrzejemy. Postawisz nam kawę?

Gdy ja stałam jak wryta w progu, ona już grzebała w lodówce, wyciągając dżem, ser, ciastka, a jej koleżanka rozsiadała się wygodnie przy stole.

Czułem się w swoim domu jak intruz. Moja żona tylko wzruszała ramionami to mama, jest dobra. Dobra? Widziałem, jak chowała naszego ananasa pod płaszcz. To nie była pomoc ani troska to było bezczelne przejęcie terenu.

Więc obmyśliłem plan. Delikatny, ale skuteczny. Następnego dnia zabrałem kolegę Tomka, kupiliśmy najostrzejsze sushi w okolicy i bez zapowiedzi pojawiliśmy się u Haliny.

Dzień dobry, byliśmy w pobliżu, pomyśleliśmy, że wpadniemy! Przynieśliśmy sushi proszę spróbować! uśmiechnąłem się, wręczając jej tackę.

Teściowa zbladła. Nienawidzi sushi. Raz spróbowała i od tamtej pory nazywa je surowymi szczurami na ryżu.

Rozgośćcie się, a ja zobaczę, co tu macie dobrego powiedziałem, kierując się w stronę jej lodówki.

Wyjąłem kaszę, sałatkę jarzynową, ciasto wszystko wylądowało na stole. Tomek już chichotał w kułak.

Halina, nie ma pani nic przeciwko? Przecież ja przyniosłem sushi, to normalne, że się wymieniamy, prawda? dodałem z udawaną niewinnością.

Teściowa zastygła w miejscu. Bez słowa. Zrozumiała. Zrozumiała, jak to jest, gdy ktoś wpada bez pytania.

Wyszedłem, dziękując za jej ciepłe przyjęcie i obiecując rychły powrót.

Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Dzwoni teraz przed wizytą, przychodzi rzadko i dyskretnie. Przynosi nawet to, co naprawdę lubimy. Zero ryb. Czasem nie trzeba kłótni. Wystarczy pokazać komuś lustro.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 − dziewięć =

Natrętna teściowa wpadała bez zapowiedzi, jakby to było jej własne mieszkanie, aż do mojego „powitalnego przyjęcia”