Razem z mężem wybraliśmy się na wieś, poznać jego rodziców.
Mama Bartka, wychodząc na ganek i stając w pozycji gospodyni wszystkowiedzącej, od razu zagaiła:
Oj, Bartuś! Czemuś nie uprzedził? A widzę, że nie sam przyjechałeś!
Bartek objął mnie mocno, przewracając przy tym oczami jakby to była najbanalniejsza rzecz na świecie:
Poznaj, mamo, to moja żona. Małgosia.
Matka, przypominająca bardziej babkę z bajki niż przeciętną kobietę, wystrojona w falbaniasty fartuch, rozłożyła ramiona i podeszła do mnie zdecydowanym krokiem:
No, dzień dobry, synowo kochana!
Po czym, zgodnie z wiejskim zwyczajem, wycałowała mnie na oba policzki jeszcze i na koniec aż przycisnęła do siebie tak, że przestałam oddychać na chwilę.
Od pani Janiny Bińczyk pachniało mocno czosnkiem i ciepłym chlebem. Uścisk miała taki, że aż przestraszyłam się o swoje kruche kości. Moja głowa znalazła się pomiędzy dwoma imponującymi poduszkami piersiami teściowej.
Nagle, odsuwając mnie, przejechała po mnie spojrzeniem od góry do dołu i spytała:
Bartyś, gdzieżeś taką niewiastę wypatrzył?
Bartek zaśmiał się krótko:
Wiadomo gdzie w mieście! W bibliotece A tata jest?
U sąsiadki piec naprawia. No, chodźcież do środka, buty zdejmować dopiero co podłogę umyłam.
Z podwórka patrzyła na nas grupka wiejskich dzieci z minami jakby UFO zobaczyły.
Szymek! Leć do pani Wierzbickiej. Powiedz, że Bartosz z żoną zajechali!
Już lecę! wykrzyknął chłopak i pobiegł przez wieś.
Weszliśmy do izby. Bartek zdjął ze mnie moją miejską elegancję płaszczyk z lumpeksu, powiesił na wieszaku przy piecu i z czułością przytulił moje zmarznięte dłonie do boku rozgrzanego kafla:
Oj, ty moja żywicielko! Jeszcze ciepła
Od razu rozgrzmiały w kuchni garnki, zabrzęczały łyżki, a aluminiowe kubki podskakiwały na stole.
Podczas gdy teściowa rozstawiała jedzenie, rozglądałam się po dusznej, przytulnej wiejskiej chacie.
W rogu krzyż i święty obraz, na parapecie białe, w kwiatki zasłonki, na podłodze i taboretach własnoręcznie tkane szmatki. Przy piecu, wystawiając sierściaste dupsko, drzemał rudy kot, a może kotka nie przyglądałam się.
Ślub braliśmy w zeszłym tygodniu, dobiegło mnie jakby z oddali głosem Bartka.
Zdumiałam się, jak szybko stół wypełnił się jedzeniem! W samym środku pyszniła się galareta, wokół kiszona kapusta, własne ogórki, mleko z wiejskiego pieca, przykryte rumianą kołderką, placek z jajkiem i szczypiorkiem
Matko kochana, jak mi się chciało jeść!
Dobra, mamciu, wystarczy! Tu na tydzień tego wszystkiego! mruknął Bartek, odgryzając kawał solidnego chleba.
Teściowa postawiła obok galarety ćwiartkę, aż się kropelki na niej pojawiły, i, zadowolona, otarła ręce o fartuch:
No, teraz już można!
W ten sposób poznałam mamę Bartka.
Matka i syn byli identyczni czarne włosy, zdrowe rumieńce, tylko Bartek był cichy, spokojny, a matka kobieta burza. Myślę, że niejeden narowisty koń poszedł u niej na postronku i niejeden dom z płomieni wyratowała.
Trzasknęły drzwi.
Do kuchni, z kłębami chłodnego powietrza przed sobą, wszedł niewysoki starszy pan.
Mały, ale wariat pomyślałam, gdy z szerokim uśmiechem krzyknął:
Ho ho! Ale niesa-mo-wite!
Nie zdejmując podniszczonej, pięknie o sadzę upaćkanej kufajki, podszedł do syna:
No witaj, chłopie!
Idź ręce umyj, a potem się witaj! rozkazała mu teściowa.
Gospodarz uścisnął mi dłoń:
Dzień dobry, panienko!
Pan Antoni miał figlarne błękitne oczy, rudawą brodę i włosy jak z miedzi.
Janina, polejże mi tej zupy! zagrzebał się przy misce.
Wznieśliśmy szklanki:
Za was, kochani!
Po jedzeniu i trunku zebrała mi się odwaga:
Panie Antoni, a czemu u was w rodzinie sami Antoni lub Bartosz?
To proste, Małgosiu! I dziad, i ojciec, i ja wszyscy piekarze, piecowych w kilku pokoleniach.
Tylko Bartek, kiwnął na syna, tokarzem być postanowił.
Tata, tokarze też są Polsce potrzebni!
A piec postawić trudno? zapytałam panem Antoniego.
Dziewczyno, to całe rzemiosło! uniósł palec. Musi być ładnie, nie może dymić i chleb boski piec najlepiej. Nie patrz, że wyglądam jak chuchro! My, rude, naród żywotny, przez słońce ucałowany!
Antoni mój to złota rączka poparła go teściowa.
Tato, opowiedz coś, posłuchamy.
Tata westchnął, pogłaskał brodę, błysnął oczkiem:
No to, jak chcecie Posłuchajcie!
Pewnego lipcowego dnia ruszyliśmy na siano. Melka miała na imię nasza krowa była jak czołg, a mleko lało się z niej beczkami. Pojechaliśmy całą ferajną baby, chłopy, Janina, ja
Słońce ledwie wstało, a my już ciachaliśmy kosy świstały w rytmie wio, Małgośka!
Tego dnia upał niemożliwy, komary i bąki żarły jak wściekłe.
A wtedy dziki w lesie pojawiły się jak grzyby po deszczu!
W porze obiadu przemieliliśmy się na wióry, ze zmęczenia sztywni jak deski. A ja głowę straciłem i postanowiłem rozruszać towarzystwo. Może upał uderzył mi do głowy?
Rzucam kosę, pędzę, wrzeszczę: Uciekajcie, dziki! i sam hyc na drzewo. Patrzę, a wszyscy baby i chłopy rzucili się za mną i pną się po konarach.
Ha ha! No i co dalej?
Jak tylko zobaczyli, że dzików nie ma, to o mało mnie widłami nie potraktowali! Ale praca od tej pory szła jak nigdy!
Teściowa nie wytrzymała i spiorunowała pana Antka:
Ech ty, łobuz!
Opowiedz o prawdziwych dzikach, tata!
A mogę, Małgosiu! Jak to było Wtedy byliśmy młodzi, nawet Bartka w planach nie było.
Wtedy byłem pasjonatem łowiectwa, ale po tamtym incydencie dziękuję bardzo.
Zima, śniegu narzuciło po kolana, wziąłem dubeltówkę do lasu. Błąkam się, nic nie ma, już wracać miałem, a tu beczy coś blisko. Podchodzę, celuję Pudło! Nagle odwraca się na mnie stary odyniec i leci jak szalony!
Pewnie, że ze strachu dostałeś siwych włosów! dorzuciła teściowa.
Nie przerywaj! Lecę, na drzewo hyc, nie pytaj jak. Siedzę, zbladły policzki, serce wali. A dziki pod drzewem sobie barłóg urządziły. Wyjść? Proszę bardzo! Ale jak?
Ale jakże się stamtąd wydostałeś?
No jak prawie całą noc z drzewem się tuliłem. Na szczęście mróz niewielki, bo bym się do rana zwinął.
A Janina szukać mnie, chłopów zebrała, w końcu znaleźli mnie bladziutkiego, ledwie żywego.
Jesteś nie kobieta, a krew z mlekiem! zażartował tata.
Ty się nie odzywaj, czarciu! Małgosiu, może herbatki? Ziołowa, z miodem naszym domowym?
Chętnie, dziękuję.
Teściowa nalała aromatycznej herbaty do kubków.
Bartek, opowiedz jak moją siostrę wyleczyłeś!
Tata prawie się poparzył, rozchichotał:
Kiedyś siostra Janiny zapowiedziała przez telefon, że przyjeżdża. Cieszyliśmy się Dzień, dwa, aż przy obiedzie mówi Tatka: Nogi mnie bolą, nie chodzą już.
Co to, pytamy?
Nie wiem, może pójdę do lekarza, ale nie wiem, kiedy zdążę.
A próbowałaś się pająkami leczyć? pytam.
Skąd ja tu w mieście pająków znajdę?
To chodź, zabiorę cię do ula migiem cię wyleczę!
Chyba chciał zabić wtraciła Janina.
Zabrałem ją do uli, mówię: podwiń sukienkę Przysiadła, sadzam jej na każde udo po pszczole.
Tatka podziękowała, a po pół godzinie rzuciła we mnie takimi przekleństwami, że uszy więdły! A okazało się, że alergię miała, nogi jak balony i znów leżeć musiała.
A mówiłam, że doktor z ciebie jak z koziej trąba!
Skąd mogłem wiedzieć o alergii! Ty też nie wiedziałaś Ty, Małgośka, miodu próbuj, pewnie alergii nie masz?
Nie mam, panie Antoni!
To dobrze, dobrze
Dopiłyśmy herbatę.
Za oknem zrobiło się ciemno, zmęczenie przyszło nagle.
Teściowa zaciągnęła firanki:
Bartoszku, gdzie wam pościelić?
Mamo, na piecu Małgośka, chcesz na piecu spać?
Bardzo chętnie!
Już szykuję! Tata nasze domowe ciepło cegła po cegle układał pochwaliła się teściowa.
Pan Antoni spojrzał dumnie.
I jest czym się szczycić piec ogrzeje, najeść da, rodzinę wokół siebie zbierze.
Ogień w środku jasny, prawdziwe domowe serce!
Podziękowaliśmy gospodarzom i wstaliśmy od stołu.
Bartek z uczuciem podsadził mnie na piec.
Z ciemności, z wyżki, zapachy zaprawione latami: gorąca cegła, suszone zioła, wełna owcza, świeży chleb.
Bartek szybko zasnął, ale ja przewracałam się z boku na bok.
Nie wierzę!
Obok mnie ktoś głośno sapił:
Puff-puff, puff-puff
Domowy skrzat, na pewno! przypomniałam sobie stare bajki.
I odśpiewałam pod nosem:
Skrzacie, skrzacie, my się z tobą nie zadawiamy!
A rano okazało się, że to wcale nie żaden skrzat, tylko drożdże, które teściowa dla bezpieczeństwa postawiła na piecu, a potem o nich zapomniała.
Jeszcze nie raz zawitamy do gościnnego domu rodziców Bartka nacieszyć się bajkami pana Antoniego, wygrzać się przy piecu, spróbować domowego chleba.
Ale to już następnym razem!


