Razem z mężem pojechaliśmy do wsi, aby poznać jego rodziców. Mama Janka wyszła na ganek, założyła ręce na biodra i, niczym stara pani domu przy samowarze, zaczęła głośno się rozwodzić:
O rany, Jasiu! Czemuś nie uprzedził? Widzę, że nie sam jesteś!
Janek objął mnie mocno i przyciągnął do siebie:
Poznaj, mamo to moja żona, Bogumiła.
Postawna kobieta, ubrana w fartuch z falbanką, rozłożyła szeroko ramiona i ruszyła ku mnie:
Witam cię, synowo!
I, jak to u nas, matka Janka ucałowała mnie trzy razy na powitanie.
Od Barbary Janowny czuć było intensywny zapach czosnku i świeżego chleba.
Teściowa uścisnęła mnie tak, że aż się przestraszyłam.
Moja głowa znalazła się pomiędzy jej obfitym biustem niczym między poduszkami.
Nagle odsunęła mnie na chwilę, spojrzała krytycznie z góry na dół i spytała:
Jasiu, gdzież ty taką chudzinę znalazł?
Mąż zaśmiał się krótko:
Wiadomo gdzie w mieście! W bibliotece… A tata w domu?
U sąsiadki, piec reperuje A wy wchodźcie do chaty, buty ściągnijcie podłogi dziś dopiero myłam.
Z podwórza, z otwartymi ustami, przyglądały się nam wiejskie dzieciaki.
Franek, lećże do Chruścikowej! Powiedz Staszkowi, że syn z żoną przyjechał!
Już lecę! zawołał chłopiec i pobiegł przez wieś.
Weszliśmy do izby.
Janek zdjął ze mnie stylowy, choć przeceniony płaszcz kupiony w sklepie podmiejskim, i powiesił go obok pieca.
Przyłożył zimne od mrozu dłonie do białej ściany pieca, przytulił policzek:
Moja karmicielko! Jeszcze ciepły…
W kuchni rozbrzmiały garnki, tłukły się gliniane dzbany, szczękały szklanki i aluminiowe łyżki
Gdy teściowa nakrywała do stołu, z zaciekawieniem oglądałam izbę.
W przednim rogu stały święte obrazy, w oknach wisiały białe, kwieciste zasłonki; na podłodze i stołkach ręcznie tkane chodniki. Obok pieca spał kotek rudej maści, odwrócony do nas ogonem…
Ślub wzięliśmy tydzień temu jakby z oddali dotarł do mnie głos Janka.
Zdziwiłam się, jak szybko na stole pojawiły się różne smakołyki!
Na środku stołu pyszniła się galareta z nóżek, obok kiszona kapusta, ogórki kiszone, mleko z pieca z brązową skorupką na wierzchu, placek z jajkiem i szczypiorkiem
Boże kochany, jak bardzo zgłodniałam!
Mamo, wystarczy już, na tydzień tu wszystkiego mruknął Janek sięgając po gruby pajd domowego chleba.
Teściowa ustawiła koło galarety zapocony ćwiartkowy słoik i zadowolona wytarła ręce w fartuch:
No, to już wszystko!
Tak właśnie poznałam mamę Janka.
Matka i syn byli do siebie podobni jak kropla wody oboje ciemnowłosi, z rumieńcem na policzkach. Tylko Janek, mój mąż, był cichy i uległy, a teściowa temperamentna, jak letnia burza głośna i niespodziewana.
Myślę, niejeden oporny koń podporządkował się jej woli, niejedna płonąca chata została przez nią uratowana…
W sieni głośno zatrzasnęły się drzwi.
Do kuchni, wciągając za sobą zimne powietrze, wszedł starszy mężczyzna średniego wzrostu.
Wesoło klasnął w dłonie:
A to niespodzianka!
Nie zdejmując watowanej, zadymionej kurtki, uścisnął syna.
Witaj, tato!
Ręce umyj, potem się witaj! nakazała teściowa.
Ojciec Janka uścisnął mi dłoń:
Witam, panienko!
Stanisław Janowski miał wesołe, sprytne niebieskie oczy, rzadką rudą brodę i takież miedziano-rude, kręcone włosy.
Basiu, nalej mi też kapuśniaku! zagadał, stukając miednicą.
Wznieśliśmy szklanki:
Za was, kochani!
Po jedzeniu i kilku łykach śmielej zagadałam:
Panie Stanisławie, czemu u was w rodzinie sami Stanisławowie?
Bo to proste, Boguniu! I dziad, i ojciec, i ja wszyscy byliśmy piekarzami albo zdunami od pokoleń.
Tylko Janek, wskazał na syna został tokarzem.
Tokarze także są potrzebni! rzucił Janek.
A piec trudno postawić? dopytuję.
To, dziecino, całe rzemiosło! teść podniósł palec. Piec ma być piękny, dym niech nie idzie w izbie, a chleb niech zawsze dobrze wypieczony. Nie patrz, że chuderlawy jestem rudy to twardy naród! Słońcem całowany!
Stanisław wszystko potrafi! pochwaliła go teściowa.
Tato, opowiedz coś, posłuchamy.
Stanisław westchnął, pogładził brodę, spojrzał z przymrużeniem oka:
Jak chcecie, to słuchajcie! Bajka pierwsza
Pojechaliśmy kiedyś latem na sianokosy. Krowę mieliśmy wtedy, pamiętasz, Basiu? Nie krowa, a mleka dawała jak nikt. Pojechaliśmy wszyscy na łąkę kobiety, chłopy, i my z Basią.
Słońce ledwo wylazło zza lasu, a my już kosimy do upadłego: żżż-żżż, żżż
Upał był wtedy nie z tej ziemi, muchy gryzły jak oszalałe!
A w tym roku dzików w lesie było jak mrówków!
Nadszedł obiad, ze zmęczenia pot lał się z czoła, wszyscy ledwo żywi
Ech, głuptasie, znalazłeś co wspominać! Bogusi chyba nie interesują takie opowieści.
Ależ interesują!
No to patrzę na ludzi, i myślę: trzeba ich rozruszać, to i żart sobie wymyśliłem. Może od upału, nie wiem
Rzuciłem więc kosę, pobiegłem co sił i krzyczę: Ratujcie się, dziki napadają!
A sam co sił na drzewo! Patrzę, cała reszta też zostawiła kosy i grabie, i chodu na drzewa
Hahaha! I co potem?
Potem chłopy i kobity omal mnie grabiami nie pobili! Ale robota potem szła żwawiej.
Teściowa nie wytrzymała i trzepnęła męża w ramię:
Ty łobuz rudy!
Lepiej opowiedz o prawdziwych dzikach, tato!
Mogę i to. Z Basią wtedy młodzi byliśmy, o Janku jeszcze nie było mowy.
Byłem wtedy zapalonym myśliwym, ale po tym zdarzeniu porzuciłem polowania.
Pamiętam, śnieżek spadł, mówię Basi: Idę na polowanie.
Idź mówi.
Wziąłem strzelbę i poszedłem Chodziłem po lesie żadnej zwierzyny. Zaczęło się już ściemniać. Wracam, aż tu nagle słyszę dziki. Podchodzę bliżej, strzelam myślałem, że trafiłem, a tu nie chybiłem. Wtedy stary odyniec ruszył na mnie! Ja w nogi, jak wskoczyłem na drzewo, to sam nie wiem jak.
Pewnie z przestrachu! wtrąciła teściowa.
Nie przerywaj! Machnął ręką Stanisław. Siedzę na tym drzewie, nie żywy, nie umarły. Myślę: odejdą dziki, zejdę i pójdę do domu. Ale gdzie tam! Stary odyniec zaczął ryć ziemię pod drzewem, a potem położył się pod drzewem, i cała chmara z nim.
I jak potem?
Tak to, Bogusiu, przesiedziałem całą noc przytulony do drzewa. Na szczęście nie było dużego mrozu, bo bym zamarzł.
A ja się o Janka wtedy martwiłam, całą noc oczy wypatrywałam! Ledwo świt, zebrałam chłopów i poszliśmy szukać.
Głosiliśmy, krzyczeliśmy ledwo go znaleźliśmy. Na barana musiałam go nieść, bo nie miał siły zejść z tego drzewa.
Tyś nie kobieta, a krew z mlekiem!
Daj spokój, ty gałganie Bogusiu, może herbatki? Z dzikim zielem i miodem własnej roboty.
Bardzo chętnie, dziękuję!
Barbara Janowna nalała aromatycznej herbaty.
Janku, opowiedz jeszcze, jak moją siostrę uzdrowiłeś!
Teść omal się nie zakrztusił herbatą i roześmiał głośno:
Siostra Barbary przesłała telegram: przyjeżdżam w odwiedziny. Ucieszyliśmy się, odebraliśmy ją Przy obiedzie narzeka: nohy ją bolą, nie chodzi
Co się dzieje? pytamy.
Nie wie, do lekarza iść nie ma kiedy.
A próbowałaś pijawek albo pszczół? pytamy.
A skąd pszczoły w mieście? odpowiada.
No to chodź, Tereniu, z tobą do uli, zaraz uzdrowię!
Ale z ciebie doktor! zaśmiała się teściowa.
Wzięliśmy Terenię do uli. Mówię: podciągnij spódnicę wyżej, nie całkiem ale powyżej kolan Posadziłem jej po jednej pszczole na każdą nogę.
Najpierw dziękowała, a po pół godzinie klęła głośno na wszystko okazało się, że jest uczulona na jad, nogi jak balony, chodzić nie mogła!
Mówiłam doktor!
Skąd miałem wiedzieć! Ty nie wiedziałaś, ja nie wiedziałem… Boguniu, jedz miodu, jedz uczulenia nie masz?
Nie mam, panie Stanisławie!
To i dobrze
Dopiliśmy herbatę.
Za oknem zapadł zmrok, poczułam zmęczenie.
Teściowa zasunęła zasłonki:
Jasiu, gdzie wam pościelić?
Mamo, może na piecu? Boguniu, zgadzasz się na piecu spać?
Oczywiście, że tak!
Zaraz! Tata nasz własnymi rękami piec składał, cegła po cegle! pochwaliła się teściowa.
Stanisław spojrzał dumnie.
No i było z czego piec ogrzeje, nakarmi i rodzinę wokół siebie zbierze.
W nim żywy ogień, serce domu.
Podziękowaliśmy gospodyni, wstaliśmy od stołu. Mąż podniósł mnie troskliwie na piec.
Z ciemności, z półki, otulił mnie zapach kumulowany latami: rozgrzanej cegły, suszonych ziół, owczej wełny i świeżo pieczonego chleba.
Janek zasnął od razu, mnie sen nie chciał przyjść.
Co się dzieje?
Po prawej ktoś głośno sapał:
Szu-szu, szu-szu
Toż to domownik! Pewnie duch domowy, tak czytałam
I przypomniałam sobie dziecięcą rymowankę:
Domo, domo, bawmy się z tobą!
Dopiero rano odkryłam prawdę: nie żaden duch, lecz ciasto drożdżowe, które teściowa odstawiła do wyrośnięcia na piec i o nim zapomniała.
Jeszcze nie raz wrócimy do gościnnego domu rodziców Janka posłuchać bajek pana Stanisława, ogrzać się przy piecu, zjeść domowy chleb.
Ale o tym może innym razem!
Bo życie na wsi wcale nie jest łatwe, jednak miłość i rodzinne ciepło sprawiają, że nawet obcy poczuje się tu jak u siebie a to jest najważniejsze.
Nasza pierwsza wizyta u teściów na wsi – czyli jak poznałam mamę i tatę Wasyla, zanurzyłam głowę w j…



