Nasza pierwsza wizyta u teściów na polskiej wsi: jak poznałam mamę i tatę Wasyla, czyli spotkanie pe…

Przyjechałam z mężem do wioski odwiedzić jego rodziców po raz pierwszy.
Mama Adama, wychodząc na ganek i stając pod boki jak typowa gospodyni przy samowarze, zaraz woła:
Ojej, Adasiu! Czemuś nic nie powiedział Widzę, nie sam wróciłeś!
Adam objął mnie silnie i śmiało przedstawił:
Poznaj, mamo to moja żona, Bronisława.
Gospodyni, z fartuszkiem na biodrach, robiąc wielkie oczy, podeszła do mnie:
No dzień dobry, synowo!
I, zgodnie z obyczajem, ucałowała mnie trzy razy.
Od pani Zofii, mojej teściowej, bił intensywny zapach czosnku i świeżego chleba. Splotła mnie w takich objęciach, że przestraszyłam się, a moja głowa utknęła między jej mocno nabitymi poduszkami.
Nagle, cofając się, teściowa przyjrzała mi się od góry do dołu i spytała z lekkim przekąsem:
Adaś, skądś ty taką chucherko znalazł?
Mąż zaśmiał się krótko:
Ze stolicy! W bibliotece, mamo. A tata w domu?
U sąsiadki pomaga przy piecu. No wchodźcie, tylko buty zdejmcie, przecież podłogę dopiero co szorowałam!
Z podwórka, z otwartymi buziami, przyglądały nam się dzieciaki sąsiadów.
Krzysiek, biegnij do pani Stefanii i powiedz panu Wacławowi, że syn z żoną przyjechał!
Już lecę! krzyknął chłopiec i pognał przez wieś.

Weszliśmy do izby.
Adam zdjął ze mnie nowoczesny płaszcz, kupiony w tani sklepie, i powiesił na haku przy piecu.
Potem przyłożył moje czerwone dłonie do bielonej ściany pieca, tuląc się policzkiem:
Oj, moja karmicielko Jeszcze ciepła!
W tym czasie rozbrzmiewały garnki i trzeszczały łyżki, kubki stukały o stół
Gdy teściowa zaczęła nakrywać do stołu, rozglądałam się ciekawie po izbie na wsi.
W rogu święte obrazy; na oknach białe, kwieciste firanki; na podłodze i na stołkach tkane chodniki. Przy piecu, odwrócony do nas grzbietem, spał rudy kot.
Pobralismy się tydzień temu usłyszałam głos Adama jakby z oddali.
Byłam zaskoczona, jak szybko stoły zapełniły się jedzeniem! W centrum stała galareta mięsna, dalej kiszona kapusta, pomidory, mleko z pieca z chrupiącą kożuchą, placek z jajkiem i szczypiorem
Mój Boże, jak zgłodniałam!
Mamo, już wystarczy! Tu jedzenia na tydzień, mruknął Adam, gryząc wielką kromkę domowego chleba.
Teściowa postawiła na stole oszronioną ćwiartkę i, zadowolona, wytarła ręce o fartuch:
No, teraz wszystko gotowe!
Tak właśnie poznałam mamę Adama.
Matka i syn byli do siebie podobni oboje ciemnowłosi i z rumieńcem na twarzy. Tylko że mój Adaś był spokojny i cichy, a teściowa jak burza letnia: nagła i donośna.
Myślę, niejednego kłusaka przytemperowała i niejedną płonącą chatę uratowała

W przedpokoju trzasnęły drzwi. Do kuchni, wpuszczając smugi zimnego powietrza, wszedł niewysoki mężczyzna.
Wesoło rozłożył ręce:
O proszę! No patrzcie państwo!
Nie zdejmując okopconej kurtki przesiąkniętej dymem, uściskał syna:
Cześć, młody!
Umów się najpierw i łapy umyj! rozkazała teściowa.
Ojciec uścisnął moją dłoń:
Dzień dobry, panienko!
Pan Wacław miał wesołe, sprytne niebieskie oczy, rzadką rudą brodę i kręcone włosy w kolorze miedzi.
Zocha, nalej i mi kapuśniaku! powiedział donośnie.
Wznieśliśmy szklanki:
Za was, kochani!
Po jedzeniu i piciu odważyłam się:
Panie Wacławie, czemu wszyscy u was w domu mają na imię Wacław?
To proste, Bronka! I mój dziadek, i ojciec, i ja wszyscy piekarze i zduni od pokoleń. Tylko Adaś skręcił na ślusarza.
Ślusarze też są potrzebni, tato!
Panie Wacławie, a trudno zbudować piec?
To, moja droga, cała sztuka! podniósł palec w górę. Żeby piec był ładny, nie dymił i chleb dobrze piekł. Nie patrz, że taki rachityczny jestem! My, rudzielce, wytrzymali słońce nas pieści!
Mój Wacek potrafi wszystko zrobić! odezwała się teściowa z dumą.
Ojciec, opowiedz coś! Chętnie posłuchamy.
Teść westchnął, podrapał się po brodzie i pół żartem zaczął:
Jak chcecie, to słuchajcie! Bajka pierwsza

Raz w lipcu pojechaliśmy na siano. Wtedy mieliśmy Malwinę pamiętasz, Zocha? Nie krowa, a wiadro mleka dziennie dawała! Pojechaliśmy na łąki całą wsią kobiety, chłopy, dzieci, my z Zochą. Słońce dopiero zza lasu wschodziło, a my już kosiliśmy świt świtem!
Upał był okrutny, bąki gryzły bez litości!
A w tym roku dzików w lesie było zatrzęsienie!
Zrobiliśmy przerwę na obiad, zlani potem, zmęczeni po kolana
Oj, przestań wspominać bzdety, Bronce nie chce się tego słuchać
Wręcz przeciwnie, interesuje mnie bardzo!
Więc patrzę na ludzi, myślę, jakby ich rozruszać i wymyśliłem psikusa. Może mi od upału rozum odebrało… Rzucam więc kosę, biegnę i wołam: Uwaga! Dzik w polu! i z rozpędu na drzewo.
Patrzę, a wszyscy rzucili narzędzia i też pną się na drzewa!
Hahaha! I co potem?
Potem kobiety i faceci chcieli mnie kosą pogonić, ale co ciekawe, praca szybciej ruszyła.
Teściowa nie wytrzymała i trzepnęła męża kuchennym ręcznikiem:
No, łobuz rudy!
Tato, opowiedz o prawdziwych dzikach.
Mogę i o prawdziwych. Dawno temu, młodzi byliśmy z Zośką, o Adamie nawet nie myśleliśmy.
Wtedy byłem łowcą zapalonym, a po tej przygodzie całkiem rzuciłem myślistwo.
Pamiętam, śnieg był, mówię do Zośki: Idę w las, poluję.
Idź, mówi.
Wziąłem strzelbę i poszedłem. Chodziłem, chodziłem nic. Zmierzchało się już, miałem wracać. Nagle słyszę dziki blisko. Podszedłem, wycelowałem, strzeliłem. Nie trafiłem. I wtedy stary odyniec rzucił się na mnie! Uciekałem, na drzewo wlazłem nawet nie pamiętam jak.
Stchórzył z przerażenia! wtrąciła teściowa.
Nie przerywaj! No i tak siedziałem na drzewie ani żywy, ani martwy. Czekam, a tu dziki zamiast odejść, stary leży pod drzewem, reszta za nim…
Ojej! A co dalej?
Całą niemal noc tam trwałem. Na szczęście mrozu wielkiego nie było, bo by mnie szlacht trafiał.
A ja się za Adamem naszukałam, oczy wypłakałam! Jak świt się zrobił, zebrałam ludzi i poszliśmy szukać. Krzyczeliśmy, krzyczeliśmy, aż w końcu znaleźliśmy. Na barana dźwigałam tego łobuza, póki do siebie nie doszedł.
Tyś nie żona, a czysty anioł!
Idź już, gagatku! Bronka, herbaty napijesz się? Z kwiatu lipy, miodem i własną konfiturą.
Chętnie, dziękuję!
Zofia rozlała pachnący napar do kubków.
Adaś, opowiedz jak siostrę moją wyleczyłeś.
Teść o mało herbatą się nie zadławił, roześmiał się:
Było, było! Przysłała siostra Zośki telegram przyjeżdża w odwiedziny. Przyjechała, cieszymy się, gościmy Przy obiedzie narzeka: Nogi mnie bolą, nie chodzić nie mogę.
Co się stało? pytamy.
Nie wiem. Do lekarza nie pójdę, nie mam czasu.
A pszczołami nie próbowałaś się leczyć? pytamy.
Gdzie ja ci w mieście znajdę pszczoły?!
Chodź, Hania, pod ul zaraz cię uleczę!
Ajbolit! zaśmiała się Zofia.
Idziemy do uli, mówię: Podciągnij spódnicę Za kolano. Na każdą łydkę jedną pszczołę przyłożyłem.
Hania podziękowała, a po pół godzinie Klęła jak szewc! Okazało się, że alergię ma na jad i nie mogła chodzić przez trzy dni!
Mówiłam, doktor Ajbolit
Skąd miałem wiedzieć! Ty nie wiedziałaś, ja nie wiedziałem Bronka, miód jedz, alergii nie masz?
Nie mam, panie Wacławie.
No to zdrowie!
Dopiłyśmy herbatę.
Na dworze już ciemno, a mnie ogarnęło zmęczenie.
Teściowa zasunęła firanki:
Adaś, gdzie wam pościelić?
Mamo, może na piecu? Bronka, zgadzasz się spać na piecu?
Och, pewnie!
Już układam! Tata własnymi rękoma kładł nasz piec, cegła po cegle pochwaliła się Zofia.
Pan Wacław spojrzał z dumą. A było czym się chwalić piec grzeje, karmi i gromadzi rodzinę.
Płomień w nim tańczył ciepłym światłem.
Podziękowaliśmy gospodyni i podnieśliśmy się od stołu. Mąż, śmiejąc się, podsadził mnie na piec.
Z półki, z cienia, poczułam zapach starych cegieł, suszonych ziół, wełny i świeżego bochna.
Adam szybko zasnął, a mnie sen nie brał.
Co się dzieje?
Ktoś głośno sapał obok mnie:
Puch-puch, puch-puch
Domowy duch! Nie inaczej, czytałam przecież
Przypomniałam sobie dziecięcy wierszyk:
Duchu domowy, nie bój się mnie!
A rano odkryłam prawdę: to nie był żaden duch, tylko ciasto drożdżowe, które teściowa nastawiła, zostawiając pod piecem.
Jeszcze nieraz wrócimy do gościnnego domu rodziców Adama posłuchać opowieści pana Wacława, ogarnąć cieple pieca i zjeść domowy chleb.
Ale o tym opowiem Wam następnym razem.

Życie na wsi nauczyło mnie, że nawet jeśli na początku wszystko wydaje się obce i niezręczne, serce i domowe ciepło łączą ludzi przy jednym stole. Czasem warto się śmiać ze swoich lęków i docenić proste szczęście codzienności.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 − czternaście =

Nasza pierwsza wizyta u teściów na polskiej wsi: jak poznałam mamę i tatę Wasyla, czyli spotkanie pe…