Narzeczony

Po kolacji Kinga usiadła z nogami na kanapie i sięgnęła po książkę. Ledwo zatopiła się w przygodach bohaterki powieści, gdy do pokoju weszła mama z wibrującym telefonem w dłoni. Na całym ekranie uśmiechała się Weronika Kowalska.

Kinga niechętnie odłożyła lekturę i odebrała połączenie, znacząco spoglądając na matkę. Ta w końcu zrozumiała, że przeszkadza, i wyszła. Kinga nie miała wątpliwości, że mama teraz podsłuchuje pod drzwiami.

Przez pięć minut gadały o niczym. W końcu Weronika oznajmiła, że zaprasza ją na urodziny – impreza odbędzie się w sobotę w domku letniskowym.

– Ale ty je obchodziłaś miesiąc temu, nie? – zdziwiła się Kinga.

– Co za różnica? Gotowa jestem świętować codziennie. To tylko pretekst, żeby się spotkać.

– Po co? Można się spotkać bez okazji – odparła Kinga.

– Nie, musi być nuta tajemnicy, oczekiwanie. Przyjeżdża kolega mojego Grzesia z Niemiec. Nie wie, kiedy mam urodziny. Wie, że będzie w centrum uwagi, więc może odmówić spotkania bez powodu. Ale urodziny to już coś poważnego. Daga, moja przyjaciółka, pamiętasz ją? Wrzeszczała z zachwytu, gdy się dowiedziała, że przyjeżdża. Podobno jest reżyserem czy coś w tym stylu, nieważne. W każdym razie kręci się wokół filmu. A Daga marzy, żeby grać. Przykleiła się do mnie jak rzep, nie daje żyć.

– Aha, wszystko jasne. A ja po co ci tam jestem?

– Jak to? Urodziny przecież. – Weronika zaczęła się irytować niepojętą głupotą przyjaciółki.

– Do tłumu? – domyśliła się w końcu Kinga. – A czemu na działce? Przecież śnieg jeszcze nie stopniał.

– Nie bądź naiwna, Kinga. Żeby nie uciekł – zaśmiała się Weronika, zadowolona z siebie. – No to jedziesz? Rozluźnimy się, zjemy kiełbaski z grilla. Stoi tam jeszcze choinka. Po świętach nie zdążyliśmy się wybrać, żeby ją sprzątnąć. A i śniegu nawiało, pewnie i tak byśmy nie dojechali. No błagam, zrób to dla mnie – powiedziała Weronika, a Kinga wyobraziła sobie jej nadąsaną, wysuniętą dolną wargę.

– Dobrze już – westchnęła Kinga.

Zgodziła się, bo do soboty były jeszcze cztery dni – w tym czasie mogło się zdarzyć wszystko. Na przykład mogła zachorować ona albo Weronika, albo cokolwiek innego, i wyjazd by się nie odbył.

Odłożyła telefon, a do pokoju natychmiast weszła mama.

– Gdzie cię zapraszała?

– Mamo, przecież słyszałaś – uśmiechnęła się Kinga.

Mama wcale się nie speszyła.

– No to jedź. Stale siedzisz w domu. Zaraz czterdziestka, a ty bez męża. Nie doczekam się wnuków.

– Mamo, kandydaci na mężów nie są jak przebiśniegi, nie rosną na działkach – zażartowała Kinga. – Mam dopiero trzydzieści dwa, pełne osiem lat do czterdziestki. A dzieci powinny rodzić się z miłości, a nie dlatego, że ty chcesz wnuków…

Mama zacisnęła usta, machnęła ręką i wyszła, ale po chwili wróciła i znowu stanęła przed Kingą.

– Całe dnie w książkach. Żyjesz cudzym życiem, a twoje własne ucieka. Książki nie pomogą ci wyjść za mąż. Czas płynie…

– Przecież słyszałaś, że jadę. Przywiozę ci stamtąd wnuki – znów zażartowała Kinga.

Mama pokręciła głową z wyrazem urazy.

– Przepraszam, mamo. – Kinga zerwała się z kanapy i przytuliła ją.

W piątek Weronika znów zadzwoniła, przypomniała o wyjeździe, powiedziała, żeby ubrać się elegancko, by nie stracić twarzy przed zagranicznym gościem, i że z mężem odbiorą ją spod domu punktualnie o siódmej.

– Czemu tak wcześnie? – oburzyła się Kinga.

– Droga, trzeba napalić w domku, przygotować wszystko… Ledwo zdążymy przed wieczorem.

O szóstej rano zadzwonił budzik. Kinga nie mogła sobie przypomnieć, po co ustawiła go tak wcześnie w weekend. Wtem weszła mama i oznajmiła, że śniadanie gotowe.

Kinga przypomniała sobie o działce, o urodzinach i jęknęła. Żegnaj, spokojny weekend. Powłócząc nogami, poszła do łazienki. Gdy godzinę później wyszła przed blok, przed klatką już czekało auto męża Weroniki. Kinga wsiadła na tylne siedzenie i ponuro się przywitała.

– No nie marszcz się. Możesz się zdrzemnąć po drodze – łaskawie pozwoliła przyjaciółka.

Przez całą podróż Weronika paplała. „I jak on z nią wytrzymuje?” – pomyślała Kinga i wkrótce rzeczywiście ucięła sobie drzemkę.

W osiedlu letniskowym było pięknie i pusto. Na działkach bielił się nietknięty śnieg, tylko na drogach między domami widać było ciemne ślady opon. Znaczyło to, że w tej scenerii nie będą sami.

W domku stała rzeczywiście duża sztuczna choinka. Na moment Kingę ogarnęło wrażenie, że cofnęli się w czasie o dwa i pół miesiąca i przyjechali świętować Nowy Rok. Grześ zajął się od razu piecem, w powietrzu rozszedł się zapach drewna, żywicy i dzieciństwa.

Nim drewno dobrze się zajęło, pod dom podjechały jeszcze dwa samochody. Kinga z Weroniką przyglądały się przez okno, jak z jednego wysiadła znajoma para i Daga. Z drugiego – wysoki nieznajomy w okularach.

– To ten reżyser? Jakoś nie wygląda – podzieliła się wątpliwościami Kinga.

– A ty wielu reżyserów w życiu widziałaś? – spytała Weronika.

Towarzystwo zbliżało się do domu. Daga podskakiwała jak młoda koza, zapadała się w śnieg i śmiała. Donośnym chichotem obwieszczała swój przyjazd wszystkim, którzy akurat postanowili spędzić weekend na działce.

– Przestań się gapić – rzuciła Weronika i pierwsza odeszła od okna.

Poszła do drzwi witać gości, a Kinga udała się do kuchni i zaczęła wyjmować zakupy z toreb.

– Twój kolega naprawdę jest reżyserem? – spytała Kinga Grzesia.

Nie zdążył odpowiedzieć, gdy w domu rozległ się tupot, krzyki, a wszystko to przykrywała rozradowana wrzawa Dagi. Ta od razu rzuciła się do choinki. Reżyser wnosił do kuchni torReżyser uśmiechnął się nieśmiało, dostrzegłszy wahanie w oczach Kingi, i powiedział: „Może nie jestem Hollywood, ale dla ciebie zrobię nawet romantyczną komedię”.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 + jedenaście =

Narzeczony