Nareszcie… czy to dopiero początek?

No końcu… czy to dopiero początek

Wychodząc za mąż, Kasia nie mogła nawet przypuszczać, że jej przyszły mąż Tomek od lat jest niewolnikiem zgubnego nałogu. Poznali się w zawrotnym tempie, zostali porwani emocjami, a on już po kilku tygodniach oświadczył się – lekko wstawiony, z charakterystycznym zapachem alkoholu:

— Kasia, co ty na to, żebyśmy się pobrali? — wyrzucił z siebie, opierając się o framugę drzwi.

— Chyba jesteś pijany? — zaprotestowała słabo, bardziej zaskoczona niż zła. W końcu też marzyła o ślubie: wszystkie koleżanki już miały obrączki.

— To z radości — roześmiał się Tomek. — Przecież to święto, oświadczam ci się!

— Dobrze, ale pod jednym warunkiem: pijesz tylko od święta — uprzedziła.

— No to właśnie mam powód do świętowania — zażartował.

Młoda, naiwna, zakochana – Kasia nie wiedziała, że ojciec Tomka pił całe życie. A syn już dawno podzielił jego nawyk, choć matka, Bożena, bezsilnie machała ręką:

— Sam się zapiłeś, a teraz jeszcze syna ciągniesz w to samo!

— Niech chłop rośnie na prawdziwego faceta! — uśmiechał się jej mąż, nalewając synowi kieliszek do obiadu.

Tuż po ślubie para zamieszkała w małym M1, które Kasia dostała po babci. Na początku było znośnie: Tomek pracował, wracał regularnie, choć często z oddechem zdradzającym drinka. Na każdą okazję miał „ważny” powód:

— U Jacka urodził się syn, jak nie wzniesiemy toastu? U Darka urodziny, musiałem coś powiedzieć… A Staszek na działce poczęstował — nie wypadało odmówić…

Później urodził się syn – Szymon. Ale ojcostwo nie otrzeźwiło Tomka. Coraz rzadziej pojawiał się w domu, unikał kontaktu z dzieckiem.

— Dlaczego nie spędzasz czasu z synem? — pytała z wyrzutem Kasia.

— Sam mówiłaś: nie zionąć na niego alkoholem. Więc nie podchodzę — odpowiadał, machając ręką.

— To przestań pić! Ile można? — łzy spływały jej po twarzy.

Minęło osiem lat. Alkohol stał się nieodłączną częścią życia Tomka. Pracę tracił jedna po drugiej. Kasia dźwigała wszystko sama, na szczęście Bożena pomagała – kupowała wnukowi ubrania, dorzucała się do rachunków.

— Kasia to skarb — narzekała Bożena swojej siostrze. — A syn… coraz gorzej. Nie poznaję go.

Tomek stał się cieniem dawnego siebie: wychudzony, bez zębów, bez zainteresowania życiem. Ani miłości, ani troski – nic nie zostało.

— Rozwiedź się z nim — radzili wszyscy: koleżanki, współpracownicy, nawet sąsiedzi.

Ale Kasia żałowała męża. Jak bezdomnego psa. Aż do dnia, gdy zrozumiała, że Szymon rośnie, patrzy, chłonie i sam już nie chce wracać do domu, który pachnie nieszczęściem.

Wtedy powiedziała teściowej:

— Bożena, nie dam rady dłużej. Złożę pozew o rozwód.

— Może go leczyć? — cicho prosiła tamta. — Może jeszcze nie za późno?

— Jak długo wy swojego leczyliscie? — gorzko się uśmiechnęła Kasia. — Chcę, żeby syn wyrósł inaczej. Lepiej, żeby w ogóle nie widział ojca.

Bożena tylko westchnęła:

— No to gdzie on pójdzie… Oczywiście, do nas. Co ja z nim zrobię…

Ale był jeszcze jeden powód. Kasia od dawna darzyła sympatią kolegę z pracy – Marcina. Pojawił się w ich dziale niedawno: wysportowany, jasnowłosy, z przenikliwymi niebieskimi oczami i rzadko spotykaną dziś uprzejmością. Po rozwodzie, bez awantur, przyjechał do ojca z innego miasta. Kobiety w biurze – jedne dyskretnie, inne otwarcie – próbowały zwrócić jego uwagę, ale Marcin trzymał dystans.

Gdy Kasia złożyła pozew, Tomek nawet się nie zdziwił. Torby pod drzwiami, krótka rozmowa – i poszedł, do rodziców.

A dwa tygodnie później Marcin podszedł do niej po pracy:

— Kasia, może kawę? Porozmawiamy.

Skinęła, policzki jej się zaróżowiły. Siedzieli w kawiarni, a między lekkim śmiechem i poważnymi słowami nagle przemknęło:

— Od razu wiedziałem, że nie jesteś zwykłą koleżanką. Jesteś moim przeznaczeniem — powiedział.

Od tamtego wieczoru wszystko się zmieniło. Tak, były plotki w biurze. Zwłaszcza od Asi:

— No proszę, nasza cicha myszka i Marcina poderwała… A ja tyle wysiłku…

Kasia tylko wzruszała ramionami. Nie musiała się tłumaczyć.

Wkrótce Marcin się jej oświadczył. Skromny pierścionek, szczere spojrzenie i serce znów zabiło mocniej.

W sobotę zaprosiła teściową. W domu pachniało drożdżówkami, na stole parowała herbata.

— Mam wiadomość — powiedziała Kasia, serce waliło jej jak młot. — Wychodzę za mąż. Za Marcina.

Bożena na moment zamarła. Potem… objęła ją ze łzami:

— No w końcu… Córeczko, zasłużyłaś na szczęście. Pomogę ci z przygotowaniami. Zrobimy najpiękniejszy ślub!

Siedziały przy stole, omawiając suknię, kwiaty, gości. A Kasia czuła, że nie została jej tylko była teściowa – zyskała przyjaciółkę. A Bożena – córkę, której nie urodziła, ale przyjęła do serca.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 − jedenaście =

Nareszcie… czy to dopiero początek?