Nareszcie… czy to dopiero początek?

No i nareszcie… czy to dopiero początek?

Wychodząc za mąż, Katarzyna nie przypuszczała, że jej przyszły mąż Marek od dawna był więźniem zgubnego nałogu. Poznali się nagle, zawierucha uczuć, wir emocji, a on już po kilku tygodniach oświadczył się — lekko podchmielony, z charakterystycznym oddechem pełnym alkoholu:

— Kasieńka, może byśmy się pobrali? — wyszeptał, opierając się o framugę drzwi.

— Chyba jesteś pijany? — zaprotestowała słabo, bardziej zaskoczona niż zła. W końcu marzyła o małżeństwie: wszystkie koleżanki już miały obrączki.

— To z radości — zaśmiał się Marek. — Przecież to święto, że cię proszę!

— Zgoda, ale pod jednym warunkiem: picie tylko od święta — upomniała go.

— No to właśnie mam powód do świętowania — odparł żartobliwie.

Młoda, naiwna, zakochana — Katarzyna nie wiedziała, że ojciec Marka pił całe życie. A syn już dawno podzielał jego nałóg, tylko matka, Wiesława, bezradnie machała ręką:

— Sam się zapiłeś, a teraz jeszcze syna w to wciągasz!

— Niech się chłop hartuje! — uśmiechał się cynicznie jej mąż, nalewając synowi kieliszek do obiadu.

Tuż po ślubie para zamieszkała w małym mieszkaniu, które Katarzyna odziedziczyła po babci. Na początku było znośnie: Marek pracował, wracał do domu regularnie, choć często z alkoholowym oddechem. Na każdą okazję miał „ważny” powód:

— U Jacka dziecko się urodziło, jak nie wypić? U Darka urodziny, no i wznieśliśmy toast… A Zenek na działce częstował — nie wypadało odmówić…

Potem urodził się syn — Tomek. Ale ojcostwo nie otrzeźwiło Marka. Coraz rzadziej pojawiał się w domu, unikał kontaktu z dzieckiem.

— Dlaczego nie spędzasz czasu z synem? — pytała z wyrzutem Katarzyna.

— Sam mówiłaś, żebym na niego nie oddychał odorem wódki. Więc nie podchodzę — odcinał się.

— To przestań pić! Ile można? — łzy spływały jej po twarzy.

Minęło osiem lat. Alkohol stał się nieodłączną częścią życia Marka. Pracę tracił jedna po drugiej. Katarzyna dźwigała wszystko sama, na szczęście Wiesława pomagała — kupowała wnukowi ubrania, wspierała finansowo.

— Kasia to skarb — żaliła się Wiesława siostrze. — A syn… coraz gorzej. Nie poznaję go.

Marek stał się cieniem siebie: wynędzniały, bez zębów, bez chęci do życia. Ani miłości, ani troski — nic nie zostało.

— Rozwiedź się z nim — radzili wszyscy: przyjaciółki, współpracownicy, nawet sąsiedzi.

Ale Katarzyna żal było męża. Jak bezdomnego psa. Do czasu — aż zrozumiała, że Tomek rośnie, patrzy, chłonie, i sam już nie chce wracać do domu, w którym czuć nadchodzącą katastrofę.

Wtedy powiedziała teściowej:

— Wiesia, nie dam już rady. Złożę pozew rozwodowy.

— Może go leczyć? — cicho zapytała tamta. — Może jeszcze jest szansa?

— Ile wy swojego leczyliscie? — gorzko się uśmiechnęła Katarzyna. — Chcę, żeby syn wyrósł inny. Lepiej, żeby w ogóle nie widział ojca.

Wiesława tylko westchnęła:

— No to gdzie on pójdzie… Oczywiście do nas. Co tu teraz będzie u mnie…

Ale był jeszcze jeden powód. Katarzyna od dawna czuła sympatię do kolegi z pracy — Wojtka. Pojawił się w ich dziale niedawno: przystojny, jasnowłosy, z przenikliwymi niebieskimi oczami i rzadką dziś uprzejmością. Po rozwodzie, bez awantur, przyjechał z innego miasta do ojca. Kobiety w biurze — jedne dyskretnie, inne otwarcie — próbowały zwrócić jego uwagę, ale Wojtek trzymał dystans.

Gdy Katarzyna złożyła pozew, Marek nawet się nie zdziwił. Torby pod drzwiami, krótka rozmowa — i wyszedł. Do rodziców.

A dwa tygodnie później Wojtek podszedł do niej po pracy:

— Kasia, może kawę? Po prostu porozmawiamy.

Skinęła, policzki jej spłonęły. Siedzieli w kawiarni, a między lekkim śmiechem a poważnymi słowami nagle padło:

— Od razu wiedziałem, że nie jesteś zwykłą koleżanką z pracy. Jesteś moim przeznaczeniem — powiedział.

Od tamtego wieczoru wszystko się zmieniło. Tak, były plotki w biurze. Zwłaszcza od Ewy:

— No proszę, nasza cicha myszka Wojtka poderwała… A ja się tak starałam…

Katarzyna tylko wzruszała ramionami. Nie musiała nic tłumaczyć.

A niedługo potem Wojtek poprosił ją o rękę. Skromna obrączka, szczere spojrzenie, i serce znów zabiło mocniej.

W sobotę zaprosiła teściową. W domu pachniało drożdżówkami, na stole parowała herbata.

— Mam wiadomość — powiedziała Katarzyna, serce tłukło jej się w piersi. — Wychodzę za mąż. Za Wojtka.

Wiesława na moment zastygła. A potem… objęła ją ze łzami:

— No i nareszcie… Córeczko, zasłużyłaś na szczęście. Pomogę ci przygotować wesele. Będzie najpiękniejsze!

Siedziały przy stole, planując suknię, kwiaty, gości. I Katarzyna czuła, że nie została jej tylko była teściowa — zyskała przyjaciółkę. A Wiesława — córkę, której nie urodziła, ale pokochała całym sercem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × pięć =

Nareszcie… czy to dopiero początek?