Zaczęło się od kremu
Z Tomkiem znamy się od piętnastu lat, ale naprawdę zżyliśmy się dopiero przed dwoma laty – kiedy obaj prawie równocześnie wylądowaliśmy po rozwodach. Jego drugie małżeństwo rozpadło się z hukiem, trzaskiem drzwi i burdą. U mnie było ciszej, ale i tak nie obyło się bez wstrząsów. Nie topiliśmy się w wódce ani samolubnym rozczulaniu – po prostu kręciliśmy kilometry po nadwiślańskich bulwarach, śmigaliśmy leśnymi ścieżkami. Rowery, pot i wiatr we włosach. Męską przyjaźń cementuje nie alkohol, ale pragnienie wolności. Takiej, żeby nie tłumaczyć się przed nikim, nie dźwigać plecaka cudzych oczekiwań.
Obu nam się chudło. Z brzuchów, które kiedyś zwisały nad paskami, nie zostało śladu. Wolność leczy nawet z tłuszczu. I oto pewnego lipcowego wieczora pedałujemy przez park. Nagle Tomek puszcza kierownicę, rozkłada ręce, odchyla głowę i darł się na cały skwer:
— WOLNOŚĆ!
Pieski emerytek oszalały, a on – śmieje się. Tak szczerze, że aż zazdrość bierze.
Tak minął nam rok – samotni, zadowoleni, szczupli, niezależni. Aż pewnego dnia wpadłem do Tomka. Przywiózł nowy rower – dumny jak paw, chciał się pochwalić. Pogłaskałem ramę, pokręciłem kierownicą, ubrudziłem ręce smarem i poszedłem do łazienki się umyć. I właśnie tam, pod strumieniem wody, moje oko padło na różowe pudełeczko. Damskie, malutkie, z złocistym wieczkiem. Krem.
— Tomek! — wrzasnąłem. — Co to ma znaczyć?! Kremem się smarujesz?!
Roześmiał się jak chłopak, którego przyłapano na gorącym uczynku.
— To Oli. Zostawiła, żeby nie nosić tam i z powrotem.
— Oli? A kto to taki?
— No… Nie mówiłem ci?
Oczywiście, że nie mówił. A szkoda.
Okazało się, że miesiąc temu poznał dziewczynę. Ola, prawniczka, ambitna. Miła, mądra, ładna. Czasem u niego nocuje. Zostawiła krem. Jeden. Na razie jeden.
— No i się zaczęło — stwierdziłem. — Inwazja.
— Jaka inwazja?
— Nie widzisz? To jak w „Obcych”. Najpierw zarodek w ciele. Potem wyrasta i pożera cię od środka. Ten krem to zarodek.
Tomek machnął ręką. Ale ja wiedziałem, o czym mówię. Kobiety się nie śpieszą. Działają finezyjnie. Nie wdzierają się z krzykiem i walizami. Stawiają słoiczek. Potem szczoteczkę. Potem poduszkę. Czekają, aż się rozluźnisz. A potem… potem nawet nie zauważasz, gdy łazienka pełna jest różowych flakoników, balkon – kartonów, a serce – niepokoju.
Niedługo potem Tomek zaprosił mnie na kolację. Była Ola – sympatyczna, z kolczykami-pusetkami, eleganckim kuciem i uśmiechem, któremu trudno nie zaufać. Upiekła pizzę z ananasem – kontrowersyjnie, ale smacznie.
Znowu zajrzałem do łazienki. Była tam już różowa szczoteczka i krem do rąk. A kolczyki spokojnie leżały w mydelniczce. Spojrzałem w lustro:
— No, stary, zaraza się rozgościła.
Minął miesiąc. Zaproponowałem Tomkowi przejażdżkę naszą ulubioną trasą. Wymigiwał się. Przystawiłem się pod drzwi, żeby wyciągnąć go z domu. Wyszedł w szlafroku, zaspan— Tomku, kto tam? — dobiegł z pokoju głos Oli.
A on, patrząc mi w oczy, odpowiedział cicho: — Nikt, kochanie, tylko wiatr.
I wtedy zrozumiałem, że już go nie ma.



