Jesteś najlepszą kobietą
Barbara przygotowywała się do wyjazdu do sanatorium. Była na emeryturze, a starszy syn Krzysztof kupił jej voucher, mówiąc:
Mamo, musisz pojechać i odpocząć. Nie podoba mi się, jak wyglądasz dawniej byłaś spokojniejsza i świeżo wyglądałaś. Nie przejmuj się tatą, jakoś sobie poradzi. On nie docenia cię, ja to widzę. Teraz już rozumiem, że kocha tylko siebie i żyje dla siebie. Zwłaszcza od kiedy ja i Bartek wyprowadziliśmy się z domu. On też tak myśli.
O, Krzysiu, jakże masz rację. A ja myślałam, że wy, moi synowie, niczego nie widzicie. Dziękuję, kochanie. Oczywiście pojadę i odpocznę. Kiedy jeszcze będę miała taką okazję? uśmiechała się, dziękując synowi.
Jak tylko zechcesz, następnym razem Bartek ci voucher kupi śmiał się Krzysztof.
Jacy jesteście wspaniali! Najlepsi synowie pod słońcem! przytuliła go i pocałowała w policzek.
Mamo, ty też jesteś najlepsza. Pamiętaj, ja i Bartek zawsze stoimy po twojej stronie. Jeśli coś, zawsze pomożemy. Na kogo innego miałabyś liczyć? Tylko na nas mówił zadowolony syn. Dobrze, jadę już do domu, nie będę czekał na tatę, nie mam czasu, trzeba jeszcze z przedszkola odebrać Kacpra. Pozdrów mi ojca. Machnął ręką i wyszedł.
Barbara i Witold mieszkali we własnym domu na wsi. Pobrali się dawno temu, z miłości. Żyli spokojnie, wychowali dwóch synów i wypuścili ich w świat. Teraz zostali sami, ale jakoś niezauważalnie ich życie się zmieniło, a raczej mąż stał się inny.
Barbara była na emeryturze już dwa lata, podczas gdy Witold wciąż pracował. Miała teraz więcej wolnego czasu. Wcześniej praca, gospodarstwo, zawsze trzymali świnkę i kury.
Witold od dawna nie pomagał w domu. Po pracy jadł i kładł się na kanapę. Częścią domu zajmował się tylko wtedy, gdy coś musiał przybić czy naprawić.
Barbara pojechała do miasta, do centrum handlowego, i kupiła dwie sukienki oraz bluzkę. W końcu wyjeżdżała do sanatorium, a jej garderoba dawno nie była uzupełniana. Miała jeszcze stare rzeczy, w których chodziła do pracy, myślała, że będzie je nosić na emeryturze. A tu taka okazja jedzie do sanatorium. Stała przed lustrem, przymierzając nowe ubrania, a mąż tylko zerkał, a potem powiedział obojętnie:
Kręć się, ile chcesz, przed lustrem, ładniejsza nie będziesz. Kto na ciebie tam spojęrzy? Komu jesteś potrzebna?
Nie oceniaj po sobie. Kupiłam nowe rzeczy nie po to, żeby na mnie patrzono, ale bo nie wypada jechać między ludzi w starych łachach odpowiedziała.
No tak, między ludzi jedziesz. Nie śmiesz mnie. Wieśniaczką byłaś i wieśniaczką zostanieś.
A ty jesteś taki miejski. Czemu więc się ze mną ożeniłeś?
A, zawsze to samo. Czemu się ożeniłeś?. Byłem młody, głupi, oto czemu rzucił tonem, który miał ją zranić.
Ale Barbara dawno już przywykła do jego złośliwości. Witold z wiekiem stał się przykrym, wiecznie niezadowolonym człowiekiem nie tylko z żony, ale z całego świata. Wciąż jednak lubił ładne kobiety i każdej się przyglądał. Żona podejrzewała, że mąż jej nie wierzy, ale nigdy tego nie widziała. I nie śledziła go, nie było to w jej naturze.
Jeśli mężczyzna chce zdradzić, żadna siła go nie powstrzyma. I tak znajdzie sposób tak myślała Barbara.
Oczywiście było jej z lekka przykro, gdy mąż tak powiedział, gdy przymierzała nowe sukienki. Schukała rzeczy do szafy i poszła do kuchni. Miała swoje zajęcia, a przy pracy mogła pomyśleć, wspominać, pomarzyć.
Barbara była miłą kobietą. W młodości była pięknością, i teraz wciąż można było dostrzec jej dawny krasę tylko bardziej stateczną i dystryngowaną. Nigdy specjalnie o siebie nie dbała, nie chodziła do salonów piękności, nie robiła maseczek ani masażu. Uważała się za starszą kobietę, bo w końcu była emerytką. Tak myślała. Ale gdyby spojrzeć z boku, wciąż wydawała się sympatyczną osobą.
Witold stał się zupełnie kimś innym, odsunął się od żony. Kiedyś także był przystojny, teraz wyglądał na zestarzałego i zmęczonego. Barbara przygotowywała kolację i myślała:
Staliśmy się z mężem obcymi ludźmi. Nawet przestał mi dawać pieniądzie. A przecież gotuję, sprzątam, czasem kupuję mu ubrania. Dlaczego tego nie widzi? Mam wrażenie, że nawet mnie nie dostosowa że się w domu jak mebli patrzy na szafę, patrzy na mnie. A przecież jestem kobietą, i ja też chcę jego uwagi. Śpimy nawet w osobnych pokojach. Wyszła na podwórze, trzeba było nakarmić świnkę.
Witold naprawdę był taki. Gdy przestała go obchodzić żona, nawet tego nie zauważył. Za to wodzyo wzrokiem za innymi kobietami i chętnie się z nimi przekomarzał, a potem mógł nawet zdradzić. Sumienie go nie gryzło.
Żona wiedziała i myślała:
Innym kobietom poświęca uwagę, żartuje, śmieje się, czasem nawet obejmuje nawet w mojej obecności. Mnie nie szanuje, nie docenia.
Baśka, twój Witold znów lata do miasta, ma z tamtąd jakąś mówiła jej sąsiadka, Grażyna, zupełnie poważnie.
A skąd wiesz? Przyglądałaś się? spytała Barbara.
Ja się nie przyglądam. Ale pracuję z nim i widzę. Przyjeżdżała do nas jakaś Monika, z kontrolą w księgowości, taka młodziutka, sympatyczna. No i twój Witold kręcił się wokół niej jak kogut, a potem zawiózł ją do kawiarni. A reszty się tylko można domyślać. Baby w pracy mówią, że teraz często biera u szefa wolne, niby musi je wozić.
No i co ja na to poradzę? Niech bierze odparła Barbara obojętnie, choć w środku wszystko w niej wrzało. Nie chciała tego pokazywać sąsiadce.
A ta tylko się zdziwiła:
Jakaś ty, Baśka, obojętna. Ja bym tak nie potrafiła. Dałabym mężowi nauczkę…
Barbarze oczywiście było przykro słuchać takich słów od sąsiadki. A jeszcze bardziej bolało ją, gdy mąż ją obrażał mąż, z którym przeżyli tyle lat. Przecież kiedyś się kochali.
Barbara wyjechała do sanatorium. SW sanatorium Barbara odżyła, a gdy po powrocie Witold upadł przed nią na kolana, błagając o przebaczenie, zrozumiała, że mimo wszystko wciąż kocha tego upartego, zgryźliwego człowieka i postanowiła dać mu drugą szansę, bo czasem miłość wymaga więcej cierpliwości, niż się wydaje.



