Nagły Ślub

**Nieoczekiwanie zamężna**

Kinga biegła przez galerię handlową z torbami pełnymi zakupów, wymijała ludzi na ruchomych schodach, spieszyła się i w myślach przeklinała swojego niezbyt zaradnego chłopaka, Krzysztofa, który nie miał samochodu, żeby ją odebrać i zawieźć z całym tym dobytkiem do domu. Musiała zamówić taksówkę przez aplikację. I jak na złość, auto przydzielono błyskawicznie. Pozostało jej tylko złapać paczki i na obcasach pędzić przez całe centrum na parking.

Kinga była wściekła. Nie dość, że nikt jej nie odebrał, to jeszcze drogie, skórzane buty obtarły jej nogę.

— Pani uważa! — oburzyła się kobieta na schodach, którą Kinga niechcący uderzyła torbolizaków w głowę, gdy schodziła.
— Trzeba patrzeć przed siebie, a nie liczyć wrony! — warknęła spóźniona kupująca, nawet się nie odwracając.
— Chamka! — wypluła obrażona kobieta, ale Kingę jej zdanie kompletnie nie obchodziło.

Dziewczyna pędziła na parking. Dopiero gdy wyszła na zewnątrz, wpadła na pomysł, żeby sprawdzić numer przypisanego auta. Ale patrzeć już nie było na co — kierowca anulował kurs, a cena skoczyła prawie dwukrotnie. Kinga wkurzona odwołała zamówienie, wcisnęła telefon do kieszeni. Rozejrzała się. W pobliżu stała wolna ławka. Ciskając na nią torby, sama opadła obok, przy okazji zrzucając z nogi głupie, niewygodne buty.

— Boże! Wszyscy dziś przeciwko mnie! — zaklęła w gniewie, odpychając ręką jedną z siatek. Ta smętnie osunęła się na ławkę, gubiąc paragon.

Kinga odchyliła się do tyłu i przymknęła oczy. Ostatnio miała wrażenie, że życie specjalnie jej dokucza…

***

Kinga zawsze była tą, która marzyła o więcej i nie zadowalała się byle czym. Jeśli telefon, to najnowszy model. Jeśli manicure czy koloryzacja, to w najlepszym salonie u topowego specjalisty. Jeśli buty, to tylko najwyższej jakości. Podobne zasady stosowała w kwestii adoratorów. Tylko że z nimi jakoś nie wyszło. Zamiast bogatych, przystojnych i inteligentnych trafiali się sami „nielikwidni” — starsi, grubi, łysi, głupi, biedni, leniwi. Kinga przebierała długo. Ale nigdy nie znalazła tego jednego, który spełniałby jej wymagania.

— Doigrasz się, że w końcu zostaniesz sama — mówiła czasem Kinga matka. — Mężczyzna ceni się czynami, nie wyglądem ani portfelem.
— No i co, mam się w nocy zachwycać jego czynami? Poza tym, żeby ładne czyny mieć, trzeba mieć pieniądze — ripostowała dwudziestopięcioletnia Kinga.

Matka nie znalazła odpowiedzi. Tylko westchnęła. Kinga miała język jak brzytwa. Na wszystko była przygotowana, jakby chodziła na kursy błyskotliwych ripost, choć pracowała jako zwykła recepcjonistka w restauracji. Właśnie tam trzy lata temu wszystko się zaczęło. Albo raczej przybrało absurdalne rozmiary. Patrzyła na panie w futrach, które bogaci kawalerowie przyprowadzali na kolacje, i myślała: „A czemu ja jestem gorsza? Też zasługuję na takie życie!”

Tylko że życie miało wobec Kingi własne plany. Bogaci adoratorzy jakoś się nią nie interesowali. Coś w niej zdradzało biedną prowincjuszkę ze średnim wykształceniem i zwyczajnej rodziny. A Kinga marzyła o narzeczonym z pozycją, dobrą pracą, drogim samochodem i garniturami szytymi na miarę za granicą.

Ale czas mijał, faceci się zmieniali, a idealnego kandydata wciąż nie było. W końcu Kinga uległa, gdy zaczął się nią interesować Krzysztof. Bankowy urzędnik, cztery lata starszy, ze stabilną, średnią pensją. Wygląd miał zwyczajny — jasne włosy, szare oczy, metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, figura nie sportowa, ale też nie rozlazła. Za to miał przestronne dwupokojowe mieszkanie na kredyt. Samochodu brak — uważał, że w mieście z metrem, tramwajami i autobusami auto to zbędny luksus.

Chłopak okazał się bardzo dobry, ale uparty. Długo zabiegał o Kingę, nosił kwiaty do pracy, zapraszał na randki. Po trzech miesiącach, pod wpływem namów matki, dziewczyna uległa.

— Dobry chłop, zdmuchuje z ciebie pyłki, kocha, dba, czego ty jeszcze chcesz? Lepiej wróbel w garści niż gołąb na dachu — mówiła córce.

Kinga, zgrzytając zębami, zgodziła się na ten związek. Wcale nie żyło jej się z Krzysztofem źle. Facet naprawdę był troskliwy i oddany. Spłacał jej zachcianki, woził na wakacje za granicę — wprawdzie nie do pięciogwiazdkowych hoteli i klasą ekonomiczną. Gotował kolacje, przynosił kawę do łóżka, regularnie wysyłał na zakupy z koleżankami. I poważnie myślał o oświadczynach.

Minął prawie rok. Kinga się przyzwyczaiła. Ale nie przestała marzyć. Za to nie wstydziła się narzekać przed znajomymi, że Krzysztof nie spełnia jej oczekiwań. Choć… nie było tu wiele do narzekania…

***

— Dlaczego wszyscy przeciwko tobie? Ja na przykład jestem całkiem po twojej stronie — rozległ się głos tuż nad uchem Kingi.

Dziewczyna podskoczyła, otworzyła oczy i odwróciła się. Za ławką stał Bartek. Kiedyś, jeszcze w technikum, próbował się do niej zalecać, ale Kinga ostentacyjnie go odtrąciła na oczach koleżanek.

Przez chwilę nawet go nie poznała. Zamiast rozczochranego, pryszczatego chudzielca patrzył na nią przystojny brunet z modną fryzurą, lekką brodą, szerokimi ramionami i w skórzanej kurtce.

— Cześć, no proszę — uśmiechnęła się zdumiona. — Ty… zmieniłeś się. Dawno się nie widzieliśmy.
— No, dawno — skinął Bartek. — A ja cię od razu poznałem. Co się stało? Siedzisz tu sama, bez buta, z górą zakupów i miną jak na pogrzebie.

Kinga niepewnie wzruszyła ramionami i opowiedziała o swoich przygodach. O Krzysztofie oczywiście nie wspomniała.

— Słuchaj, to może cię podwiozę do domu? — zaproponował Bartek po wysłuchaniu. — Auto stoi niedaleko.

Kinga podążyła za jego wzrokiem i zobaczyła lśniącego, ogromnego, czarnego terenowego mercedesa. Natychmiast skinęła głową i wymownie potarła obolałą stopę. W minutę Bartek pomógł jej wBartek już nigdy więcej się nie odezwał, a Kinga, patrząc w pusty ekran telefonu, zrozumiała, że w pogoni za złudnym ideałem sama stała się tylko kolejnym rozrywkowym epizodem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × jeden =

Nagły Ślub