NA ŻYWO
W naszej rodzinie każdy żył trochę osobno.
Tata Piotr, poza mamą, miał swoją ukochaną kobietę, czasem nawet nie tę samą. Mama Eugenia, domyślając się zdrad męża, też nie błyszczała moralnością. Uwielbiała spędzać czas poza domem ze swoim żonatym kolegą z pracy. Dwóch synów zostawieni byli sami sobie. Wychowaniem ich specjalnie nikt się nie przejmował, więc najczęściej po prostu się szwendali. Mama uważała, że za dzieci odpowiada po szkole tylko i wyłącznie szkoła, a nie rodzina.
Cała nasza czwórka zasiadała przy kuchennym stole tylko w niedziele i to właściwie po to, żeby szybko i po cichu zjeść obiad, po czym każdy rozbiegał się do swoich spraw.
Tak byśmy pewnie trwali dalej w tym poplątanym, grzesznym, ale słodkim świecie, gdyby nie wydarzyło się coś nieodwracalnego…
Gdy młodszy syn Wojtek miał dwanaście lat, tata Piotr zabrał go pierwszy raz do garażu jako pomocnika. Wojtek z ciekawością oglądał narzędzia, a tata wyszedł na chwilę do kolegów, którzy majstrowali przy swoich autach tuż obok.
Nagle z naszego garażu buchnęły kłęby czarnego dymu, zaraz potem pojawiły się jęzory ognia. Nikt nic nie rozumiał. (Później wyszło, że Wojtek przez przypadek strącił włączoną lampę lutowniczą na kanister z benzyną). Ludzie stali sparaliżowani. Zgubili się. Ogień szalał. Ktoś chlusnął na Piotra wiadrem wody i rzucił się on do środka. Wszyscy zamarli. Po kilku sekundach tata wybiegł z płonącego garażu, niosąc na rękach nieprzytomnego syna. Wojtek był cały poparzony. Jedynie twarz ocalała, chyba zasłonił ją dłońmi, gdy ogień sięgał jego ubrań. Wszystko na nim się spaliło.
Ktoś już wezwał strażaków i karetkę. Wojtka zabrano do szpitala. Był żywy!
Natychmiast trafił na stół operacyjny. Po kilku godzinach niepewności do rodziców wyszedł lekarz i suchym tonem powiedział:
Robimy wszystko, co się da i czego nawet nie powinniśmy. Wasz syn jest w śpiączce. Szansa na przeżycie jedna na milion. Medycyna oficjalnie jest tu bezradna. To już tylko od niego zależy, czy jakimś cudem wróci. Trzymajcie się.
Piotr i Eugenia, nie zastanawiając się, pobiegli co sił w nogach do najbliższego kościoła. Zaczął lać deszcz jak z cebra. Oszalali z rozpaczy rodzice nie zauważali nic poza sobą. Najważniejsze było, aby uratować syna!
Mokradzy do ostatniej nitki, weszli po raz pierwszy do środka świątyni. Było pusto i cicho. Zobaczywszy proboszcza, podeszli niepewnie.
Proszę księdza, nasz syn umiera, co mamy robić? Eugenia wykrztusiła przez łzy.
Dzieci moje, jestem ksiądz Stanisław. Hm… Jak trwoga to do Boga Co, ciężko macie na sumieniu? od razu przeszedł do rzeczy.
Chyba nie bardzo, nikogo nie zabiliśmy Piotr odparł, spuszczając wzrok przed przenikliwym spojrzeniem duchownego.
A swoją miłość czemu zabiliście? Leży martwa pod waszymi nogami. Między kochającą żoną a mężem nie powinien się nawet listek zmieścić, a między wami można włożyć całą belę drewna i nie poczujecie! Ech, ludzie…
Módlcie się, dzieci, o zdrowie syna do świętego Mikołaja! Gorąco błagajcie, ale pamiętajcie: na wszystko jest wola Boża. Nie miejcie żalu do Boga! Bywa, że Pan Bóg daje takie znaki, by pogubieni się zatrzymali. Inaczej człowiek się nie otrząśnie, nawet nie zauważy, jak duszę zatraci. Poprawcie się! Miłość wszystko zwycięży!
Piotr i Eugenia stali mokrzy od deszczu i łez przed księdzem Stanisławem jak dwa brzydkie kaczątka i słuchali bolesnej prawdy o sobie. Nie dało się na nich patrzeć bez współczucia.
Ksiądz wskazał ikonę świętego Mikołaja.
Piotr i Eugenia padli na kolana. Modlili się z rozpaczą, szlochali, przysięgali sobie poprawę
Wszystkie romanse zostały zakończone, zapomniane, skreślone z pamięci. Przewertowali swoje życie jak książkę, litera po literze, nić po nici
Następnego ranka zadzwonił lekarz. Wojtek wybudził się ze śpiączki.
Rodzice siedzieli już przy jego łóżku. Chłopak otworzył oczy, próbował się uśmiechnąć na widok mamy i taty. Ale na twarzy odmalowało się cierpienie nie do opisania.
Mamo, tato… proszę was, nie rozchodźcie się szepnął cicho.
Synku, co ty mówisz? Jesteśmy razem Eugenia pogłaskała delikatnie jego rozgrzaną dłonią. Wojtek skrzywił się i jęknął, więc szybko zabrała rękę.
Widziałem to, mamo! I jeszcze jak będę miał dzieci, dam im wasze imiona dodał Wojtek.
Piotr i Eugenia popatrzyli na siebie. Pomyśleli, że synuś bredzi. Jakie dzieci? Przecież ledwie ręką ruszysz! Najważniejsze, byś wyzdrowiał!
A jednak z czasem Wojtek wracał do zdrowia. Całe siły i pieniądze poszły na jego leczenie. Piotr i Eugenia sprzedali działkę.
Szkoda, że w tym feralnym dniu spłonął do reszty garaż i samochód; też mogłyby pójść na sprzedaż, żeby opłacić leczenie Wojtka. Ale najważniejsze, że syn przeżył! Wszyscy dziadkowie pomagali, jak mogli pieniędzmi, opieką, dobrym słowem.
Rodzina zjednoczyła się w obliczu nieszczęścia.
Nawet najdłuższy dzień musi się kiedyś skończyć.
Minął rok.
Wojtek był już w ośrodku rehabilitacyjnym. Chodził samodzielnie, potrafił się obsłużyć.
Tam zaprzyjaźnił się z rówieśniczką Majką. Tak jak on, Majka ucierpiała od ognia. U niej twarz została poparzona.
Po kilku operacjach bała się swojego wyglądu; nigdy nie patrzyła w lustro, unikała go jak ognia.
Wojtek okazał Majce serce. Była niesamowita mądra poza wiek, dobra, krucha. Przyciągała ciepłem i bezbronnością. Chciało się ją chronić.
Cały wolny czas spędzali razem. Łączyło ich to samo doświadczenie ból, bezsilność, masa gorzkich tabletek, igły, białe fartuchy, strach i próba oswojenia się ze wszystkim, co przyszło do ich życia. Gadatliwi, rozmowni, mieli wiele wspólnych tematów i rozmowy nigdy im się nie nudziły.
Czas płynął…
…Wojtek i Majka wzięli kameralny ślub.
Doczekali się pięknych dzieci. Najpierw córka Oleńka, a po trzech latach syn Eugeniusz.
Gdy wydawało się, że można już żyć spokojnie, Piotr i Eugenia postanowili się rozstać. Historia z Wojtkiem wydarła z nich wszelką siłę nie umieli już być razem. Związek był pusty, wyczerpany. Oboje pragnęli wolności i spokoju.
Eugenia wyjechała do siostry pod Warszawę. Przed odjazdem zaszła jeszcze do kościoła po błogosławieństwo od księdza Stanisława. W ostatnich latach często do niego wracała. Zawsze dziękowała za uratowanie syna. Ksiądz zawsze słuchał, po czym poprawiał:
Bogowi dziękuj, Eugenio!
Nie pochwalał jej decyzji:
Skoro jednak musisz, pojedź Samotność czasem duszy dobrze robi. Ale wracaj! Mąż i żona to jedno! ojcowsko napominał.
Piotr został sam w pustym mieszkaniu. Synowie z rodzinami mieszkali osobno.
Byli małżonkowie nawet do wnuków przychodzili na zmianę, pilnując, by na siebie nie trafić.
I tak właściwie wszystkim było wygodnie.



