Na wakacje na wieś zabraliśmy z miasta naszego kota Stanisława. Na tej samej wsi mieszka jego rodzony brat, Feliks. Feliks od zawsze wyróżniał się wielkimi, wytrzeszczonymi oczami, stąd jego przezwisko Lemur. Na wsi nikt nie przejmuje się zbytnio subtelnością wszystko jest nazwane tak, jak wygląda.
Początki Stanisława nie były łatwe. Choć jego postura nie zapowiadała nic szczególnego, Feliks rozpętał mu prawdziwy fuks. Wyganiał brata z każdego kąta i srogo syczał, jak starsze panie na publicystycznych programach w telewizji.
W pewnym momencie Feliks popełnił typowy błąd wiejskiego łobuziaka uwierzył w swoją niezniszczalność i jawnie rzucił się na Stanisława. Stanisław z początku odganiał go łapą w manierze arystokraty ach, daj spokój, mój drogi aż tu nagle, zupełnie niechcący, zdzielił Feliksa z prawej strony. Feliksa później musieliśmy wyciągać zza kubełka na odpadki.
I tak niepozorny, przypadkowy cios sprawił, że Stanisław został niekwestionowanym królem kociej hierarchii.
Na polskiej wsi koty mają prostą funkcję polują na myszy, a nie nadają się do niczego innego. Stanisława od pracy polowej uratowała tylko zima nie było czego pilnować w snopkach, więc mógł mieć trochę spokoju.
Jedzenie? To już twórczość i loteria. Stanisław nie mógł się przyzwyczaić w Warszawie jadł o tej samej porze, porcelanową miseczką nakrywał go lokaj. Tutaj, na wsi, trzeba było czekać i nie marudzić.
Z nerwów Stanisławowi szybko wróciły kocie nawyki. Niejednej nocy złapałem go, jak sterczy z głową zagłębioną w garnku na kuchence. Feliks czuwał przy stołku, syczał na mnie na znak ostrzeżenia dla brata. Stanisław leniwie odwracał się w moją stronę i zaraz do Feliksa: Tego się nie bój. On swój. Widziałbyś, jak po nocach grasuje przy lodówce.
W końcu uznaliśmy, że Stanisław jest już gotów: wynieśliśmy go na podwórko i posadziliśmy w śniegu. Odwrócił się wtedy do nas z miną tak przepełnioną melancholią i żalem za błędami młodości, jak Tadeusz Łomnicki w kulminacyjnej scenie Popiołu i diamentu. Już go więcej na mróz nie wypuściliśmy.
Wieczorem do Bartka mojego syna przyszli znajomi z sąsiedztwa. Rozsiedliśmy się przy małym stole, a ja czytałem dzieciom fragmenty Dziadów. Akurat przy fragmencie o czarnej kocicy, stukającej pazurami po deskach, nagle drzwi do pokoju z donośnym skrzypnięciem ustąpiły i do środka, paradując, wszedł Feliks.
Niestety, Stanisław zdążył nauczyć brata swojego popisowego numeru otwierania drzwi łapą, nawet tych na podwójne zasuwy.
Pokój był ciasny, ale każde dziecko w sekundę znalazło dla siebie kryjówkę. Jednego chłopca trzeba było potem wyciągać z okna wypadku na szczęście uniknął dzięki babci, która zawsze dbała, by wnuk był dobrze nakarmiony.
Wspomnę jeszcze bo to ważne Feliks jest zupełnie, absolutnie czarny jak bezgwiezdna noc.
Przyznacie, rzadko kiedy klasyka wywołuje u dzieci takie ogromne emocjeFeliks zasiadł w samym środku pokoju, wyprostowany, dostojny i cichy, łypiąc wielkimi oczami na każde poruszenie. Stanisław ostrożnie podniósł się z fotela, z niechęcią zerkając na brata, i ruszył w jego stronę krokiem pełnym godności i, jak na króla przystało, wyrozumiałości.
Na moment zapadła cisza dzieci oddychały cicho pod kocami, ja zachowałem książkę otwartą na kolanach, babcia odkładała już szydełko. Dwa czarne cienie zbliżyły się do siebie, jakby od niechcenia. Stanisław obwąchał Feliksa, a potem niespiesznie, jakby nigdy nic, usiadł obok niego, ogon przy ogonie, oba łby zwrócone w stronę blasku lampy.
Chyba nikt tego nie przewidział przynajmniej nie Feliks, który spodziewał się czegoś w rodzaju strajku albo choćby kapitulacji. Ale Stanisław tylko ziewnął z elegancją salonowego kota i mrugnął do brata okiem. Feliks przez długą sekundę trwał w osłupieniu, a potem… nieoczekiwanie, bardzo cicho, zamruczał. Drugi raz usłyszeli to mruczenie wszyscy cichutkie, aksamitne, przy stole, na wsi, w środku śnieżnej zimy.
Dzieci powoli wychyliły się ze swoich kryjówek. Powietrze w pokoju stało się lżejsze, śmiech zaczął wypierać strach, a ja zamknąłem Dziady i uśmiechnąłem się do siebie. Bo jeśli czegoś nauczył mnie Stanisław tej zimy na wsi to tego, że nawet czarne koty, nieważne jak groźnie wyglądają, potrafią znaleźć ze sobą wspólny język. I że najciemniejsza noc jest zawsze trochę jaśniejsza, kiedy dwa mruczki dzielą jedno ciepłe miejsce pod kuchennym stołem.


