Na wakacje na wieś zabraliśmy ze sobą z miasta kota Stefana. Na wsi mieszka jego rodzony brat Bazyl. Bazyl dostał swoje imię od wytrzeszczonych oczu, które wszyscy od razu zauważają. Tutaj, na mazowieckiej wsi, nikt się specjalnie nie przejmuje uprzejmościami.
Na początku Stefanowi nie było łatwo. Mimo że był niewielki, Bazyl od razu zaczął pokazywać, kto tu rządzi. Przepędzał brata od spiżarni i syczał na niego niczym sąsiadka, która co niedzielę ogląda polskie talent show i zawsze narzeka na uczestników.
W pewnym momencie Bazyl popełnił typowy błąd wiejskiego łobuza uwierzył, że jest nietykalny, i otwarcie napadł na Stefana. Stefan zrazu tylko lekko odpychał go łapą w stylu daj już spokój, panie hrabio, aż zaczepił Bazyla zamaszystym ciosem. Później trzeba było Bazyla wyciągać z wiadra na odpady.
Tak to zupełnie przez przypadek, jak to w życiu bywa, Stefan stanął na szczycie wiejskiej hierarchii. Na wsi koty traktuje się bardzo użytkowo od pracy w polu Stefana uratowało tylko to, że była pełnia zimy.
Karmienie tu jest artystyczne i nieprzewidywalne. Stefan długo nie mógł się do tego przyzwyczaić, bo w mieście jadł prawie z porcelany o ustalonych godzinach, a do posiłku zapraszał go nawet dozorca.
Ze stresu bardzo szybko wróciły mu pierwotne instynkty. Zdarzało się, że w nocy przyłapywałem go z głową w garnku na kuchence. Bazyl, postawiony na czatach przy stołku, syczał rozpaczliwie, dając bratu znać, że ktoś idzie.
Stefan odwracał się powoli w moją stronę i pomiaukiwał do Bazyla: Tego się nie bój, on swój widziałbyś, jak po nocy buszuje po lodówce.
Pewnego razu uznaliśmy, że Stefan jest już gotowy na nowe wyzwania i wynieśliśmy go na podwórze, sadzając w śniegu. Kiedy na nas spojrzał, jego pyszczek był cały biały, a w jego oczach malowała się taka melancholia i niespełnienie, jak u Bogusława Lindy w słynnej scenie z Psów. Po tym wydarzeniu już więcej nie wychodził na dwór.
Pewnego wieczoru do Kacpra, mojego syna, przyszli koledzy z okolicy. Ułożyliśmy się wygodnie w pokoju dziennym, a ja czytałem dzieciom fragmenty Dziadów Mickiewicza. Gdy doszedłem do opisu czarnej kocicy stukającej pazurami po podłodze, drzwi od salonu z głośnym skrzypnięciem się otworzyły i pewnym krokiem wszedł Bazyl.
Stefan, niestety, już nauczył brata swojej największej sztuczki otwierania drzwi łapą bez względu na zamek.
Salon był niewielki, ale dzieciom udało się rozpierzchnąć po kątach. Jednego chłopca wyciągaliśmy później z okna, a przed wypadnięciem uratowała go babcia, która słynęła z pysznych pierogów.
Aha, warto dodać, że Bazyl był czarny jak węgiel i ani jeden włosek mu nie bielał.
Przyznajcie, rzadko się zdarza, by polska klasyka wywarła na młodych aż tak piorunujące wrażenie…
Z tej historii wynika, że w życiu nie warto lekceważyć pozornie błahych zdarzeń ani kotów, bo nigdy nie wiadomo, od czego zależy nasza wiejska hierarchia i kiedy czarna kotka wniesie do salonu odrobinę magii.


