Na wakacjach z bezczelną rodziną: czas postawić sprawy jasno — Dwa tygodnie to znoszę, Saszka! Dwa …

Na wakacjach z bezczelną rodziną – jak postawić sprawy jasno

Już dwa tygodnie znoszę to, Staszek! Dwa tygodnie w tej obskurnej ruderze, którą oni śmią nazywać pensjonatem.
Po co my się w ogóle zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Bożence należy się odpoczynek, Bożenka ma ciężkie życie przedrzeźniał siostrę brat.
Bożena, siostra matki od strony matki, od zawsze była biedną krewną, która uważała, że wszyscy są jej coś winni.
Walizka nie chciała się domknąć. Z uporem kolanem wciskałam wieko, próbując zmusić zamek, by wszedł na swoje miejsce, ale zawartość na przekór pchała się na zewnątrz, sterczały już brzegi ręcznika plażowego.

Za cienką drewnianą przepierką, która w tym podłym pensjonacie oznaczała ściana, rozlegał się pisk darł się Krzysio, sześcioletni syn ciotki Bożeny.

Nie chcę kaszy! Nie będę! Daj mi frytki! wydzierał się tak, jakby obdzierano go ze skóry.

Zaraz potem rozległ się ciężki klaps, brzęk talerza i leniwy, ochrypły głos samej Bożeny:

No, synku, no zjedz łyżeczkę dla mamusi.

Weronika, leć do sklepu, kup mu tych frytek, widzisz przecież, jak się dzieciak męczy.

Nogi mi już odpadają, nie mam siły.

Zamarłam, kurczowo trzymając się zamka walizki. Weronika! I matka pobiegnie!

Staszek, mój brat, siedział na jedynym chwiejnym stołku w naszej klitce i patrzył ponuro w telefon.

Nawet nie próbował się pakować. Jego torba nadal sterczała w kącie w jakimś bezładzie.

Słyszysz to? zapytałam cicho, kiwając głową w stronę ściany. Ona znowu wysyła mamę.

Werko, przynieś, Werko, podaj. A mama zaraz zerwie się i poleci.

Nie denerwuj się mruknął Staszek nie unosząc wzroku. Jutro wracamy.

Ja już dwa tygodnie wytrzymuję, Staszek! Dwa tygodnie w tej norze, co nazywają pensjonatem.

Po co my się zgodziliśmy?

Bo mama prosiła. Bożence trzeba odpocząć, Bożenka ma ciężkie życie, przedrzeźnił brata.

Usiadłam na skraju łóżka, sprężyny żałośnie zajęczały.

Rzeczywiście, ciotka Bożena nie miała łatwego życia, tylko że współczuć jej nigdy nie potrafiłam. Wcale.

Bożena, siostra mamy ze strony babci, była od zawsze biedną krewną, której wszyscy muszą pomagać.

Pierwsze dziecko straciła jako niemowlę tragedia, o której w rodzinie mówiło się szeptem.

Później był mąż, który za bardzo lubił zaglądać do kieliszka i parę lat temu wykończyło go to upodobanie.

Ciotka wychowywała dwóch synów z różnych ojców i cała ta barwna ekipa gnieździła się w mieszkaniu babci.

Tam też rezydował aktualny mężczyzna marzeń już ósmy z kolei.

Pracować Bożena nigdy nie lubiła, twierdząc, że jej rolą jest upiększać świat i cierpieć. A za ten jarmark życia mają płacić inni.

Najchętniej moja mama, Weronika, bo przecież u Werki to złotówki same się mnożą.

Podeszłam do okna.

Widok był… powiedzmy, wyjątkowy: na śmierdzące śmietniki i ścianę sąsiedniego kurnika.

Cały wypoczynek to był pomysł mamy. Pojedźmy wszyscy razem, rodzinnie, Bożenie trzeba pomóc, niech się rozerwie.

Pomóc znaczyło, że Weronika opłaciła większość wyjazdu, kupowała jedzenie i gotowała dla wszystkich, podczas gdy Bożena z nową koleżanką jakąś Grażyną, z którą zbratała się przy basenie w zachwycie nicnierobieniem leżały plackiem niczym foczki.

Pakuj się powiedziałam do brata. Wieczorem idziemy do restauracji. Pożegnalna kolacja.

***

Restaurację oczywiście NIE wybraliśmy my.

Bożena oznajmiła, że chce zjeść coś porządnego i drogiego.

Lokal był przy nadwiślańskim bulwarze. Zsunęli dwa stoły, by zmieścić całą klatkę, jak ich w myślach nazywałam.

Bożena, w połyskującej sukni, która ledwo trzymała szwy, siedziała na szczycie stołu z Grażyną solidną, krzykliwą babą o tlenionych włosach.

Kelner! ryknęła Bożena nawet nie zerkając do menu. Proszę najlepsze! Kiełbaski z grilla, surówki i tego czerwonego dzbanuszek!

Weronika, moja matka, siedziała na brzegu, nieśmiało się uśmiechając. Zmęczona była jak nigdy.

Przez te dwa tygodnie nie miała nawet chwili dla siebie: a to Krzysio histeryzował, a to Bożena narzekała, a to Ola się nudziła.

Mamo, zamów sobie rybę, przecież chciałaś powiedziałam jej cicho.

Daj spokój, za drogo zbyła mnie Werka. Sałatka starczy. Niech Bożenka je, tyle się w życiu nacierpiała.

Aż mnie krew zalała. No jasne, nacierpiała! Obok Krzysio, ten sześcioletni pępek świata, walił łyżką w talerz.

Nakarm mnie! zażądał, ust nie odrywając od tabletu.

Bożena przerwała rozmowę z Grażyną, nabiła na widelec ziemniaki i wepchnęła synkowi do ust.

Mój ptaszynko rozczuliła się. Jedz, będziesz silny.

Ma sześć lat nie wytrzymałam. Sam nie umie jeść?

Zapadła cisza. Bożena powoli odwróciła głowę.

Kto cię pytał, kochana siostrzenico? syknęła. Najpierw urodź sobie własne, to potem pouczaj.

Mój chłopiec jest bardzo wrażliwy. Potrzebuje opieki!

Granic potrzebuje, a nie tabletu do każdej zupy odpowiedziałam. Ryczysz, bo coś mu się nie spodoba i już wszystko pod niego. Wychowujesz roszczeniowca.

O rany! wtrąciła się Grażyna, rozkładając ręce. Bożena, patrz! Psycholożka nam się znalazła.

Kurka uczy jajko. Dziecko, ty życia nie znasz, a pouczasz starszych?!

Basia, daj spokój szepnęła mama, ciągnąc mnie za rękaw. Nie rób afery. Proszę.

Wieczór dłużył się bez końca. Bożena i Grażyna głośno narzekały na facetów i obgadywały każdego z pensjonatu, opowiadając o swoim ciężkim kobiecym losie.

Ola wpatrzona w telefon, rzucała pogardliwe spojrzenia na starych. Krzysio co chwilę wył, domagając się deseru dostawał największe lody.

Kiedy przyniesiono rachunek, Bożena zgrywając się westchnęła:

Ojej, portmonetkę zostawiłam w pokoju! Weronika, zapłać, dobrze? Oddam od razu po powrocie.

Nigdy nie oddasz pomyślałam, widząc jak mama bez słowa wyciąga kartę.

Przerabiany scenariusz.

***
Wróciliśmy do pensjonatu po północy. Zamknęłam się w łazience, żeby zmyć z siebie całą lepkość tamtego wieczoru.

Woda ledwo ciekła na przemian zimna i gorąca.

Po wyjściu dałam kroki do pokoju, ale zatrzymałam się przy uchylonych drzwiach kuchni. Stamtąd niosły się głośne szepty.

Ty widziałaś tę pannicę? jęczała Grażyna. Siedzi, krzywi się.

Nie umie jeść samodzielnie.

A co ci do tego, dziewucho jedna? Naucz się życia!

Gdyby nie ty, Werka, to ona z krowami by biegała po polu, a nie po restauracjach nos wykręcała.

Wywyższona, pusta, bez chłopa, bez rozumu, tylko duma w głowie.

Zamarłam ze ściśniętym sercem. Czekałam. Czekałam, aż matka stuknie pięścią w stół.

Że powie: Zamknij się, Grażyna, nie waż się tak mówić o mojej córce. Że choćby wyjdzie.

Ale zza drzwi tylko westchnienia Bożeny i jej żałosny głos:

Oj, masz rację, Grażynka. Ciężka z niej dziewczyna. Cała po ojcowskiej linii, tam wszyscy zadzierają nosa.

Moje to chociaż z charakterem, ale serce mają dobre. A ta… patrzy na nas jak na śmieci. Nie przełknę przy niej ani kęsa.

To Weroniko ty ją tak rozpuściłaś! poparła Grażyna. Trzeba było po tyłku lać kiedyś.

A teraz co? Siedzi księżniczka, z matką się nie liczy.

Ja bym taką córkę z domu wyrzuciła, niech życie pozna.

Przycisnęłam czoło do framugi. Mama milczała.

Siedziała tam z nimi i słuchała, jak jej jedyną córkę obrzucają błotem.

Wyprostowałam się raptownie. Drzwi trzasnęły o ścianę.

Zapadła cisza.

Trzy kobiety siedziały przy plastikowym stole załadowanym resztkami jedzenia i pustymi opakowaniami.

Bożena w tej połyskującej sukni, już pękniętej pod pachą, Grażyna z rozpaloną twarzą, i mama…

Mama skuliła się od razu.

To ja jestem pusta panna? powiedziałam lodowato.

Głos miałam twardy jak kamień.

A ty, ciociu Bożeno, taka dusza człowiek?

Bożena zaniemówiła, wytrzeszczając oczy. Grażyna powoli podniosła się z krzesła, górując nad stołem.

Podsłuchujesz, gówniaro? warknęła. Chcesz się czegoś nauczyć?

Nie podsłuchuję. Krzyczycie tak, że słychać na cały dom weszłam do kuchni, patrząc ciotce prosto w oczy. Co, kawałek nie wchodzi w gardło?

A jak mama płaciła za kolację, to ci przechodziło przez gardło aż miło?

Nie jesteś wdzięczna! wrzasnęła Bożena, czerwona na twarzy. Zawsze byłaś do wszystkiego z nosa.

Do matki mnie porównujesz? Za pieniądze chcesz kupić szacunek?

Nie o pieniądze chodzi, tylko o twoją bezczelność! wybuchłam. Całe życie siedzisz mamie na karku!

Raz facet, raz dzieci, raz wymyślone choroby!

Mama haruje jak wół, żeby tobie, bidulce, kupić wyjazd nad morze, a ty ją potem obgadujesz za plecami!

Twoja córka rozwrzeszczana smarkula, która przeklina jak furman i traktuje cię jak szmatę, a ty mnie chcesz moralizować?

Twój syn to histeryk-manipulant, któremu nie potrafisz niczego odmówić!

Ciotka patrzyła na mnie sparaliżowana.

Basia! pisnęła Werka, wstając. Natychmiast do pokoju! Przestań!

Nie pójdę, mamo spojrzałam na nią i chyba nigdy nie czułam tyle bólu. Siedzisz tu i słuchasz, jak obca baba niszczy mnie słowami, a ty milczysz. Pozwalasz im?

Grażyna podeszła, zaciskając pięści.

No już, gówniaro, zaraz nauczę cię szacunku do starszych…

Zamachnęła się. Odruchowo cofnęłam się, ale zanim ręka dosięgła, Staszek złapał ją w locie.

Spróbuj tylko ostrzegł cicho. Pani Bożeno, czas się spakować. My jedziemy.

Jakie my? zapiszczała ciocia, czując, że traci kontrolę. Ja nigdzie nie jadę! Jeszcze dwa dni zapłacone mam!

Weroniko! Twoje dzieci zwariowały! Na ludzi się rzucają!

I wtedy mama wreszcie zareagowała. Podeszła do mnie, chwyciła za ramiona i zaczęła mną trząść.

Dlaczego to zrobiłaś?! zapłakała, a łzy lały się jej po policzkach. Nie można było siedzieć cicho?! Jesteśmy rodziną! Jak nie wstyd ci tak się skompromitować?

Delikatnie, ale zdecydowanie, uwolniłam się z jej chwytu. Coś we mnie pękło, raz na zawsze.

Mamo, mnie nie wstyd szepnęłam. Tobie powinno być wstyd. Za to, że pozwalasz im tak nas traktować…

Wyszłam z kuchni. Staszek zaraz dołączył.

Pakowaliśmy się w milczeniu. Za ścianą Bożena wyła nad swoim losem, a Grażyna przytakiwała, nazywając nas dziunie.

Ola, obudzona łomotem, klęła, że nie da się spać.

Nie wyjedziemy teraz odezwał się Staszek, zamykając torbę. PKS dopiero rano. Noc spędzimy na dworcu.

Niech będzie, wolę dworzec niż tu choćby minutę.

A mama?

Zamarłam z bluzką w ręce.

Mama wybrała. Została, pocieszać siostrę.

***

Nie rozmawiam już z matką, Staszek też. Ani on, ani ja jej tego nie wybaczyliśmy.

Weronika kilka razy dzwoniła, mówiła, że wybaczy jeśli przeprosimy Bożenkę, ale ani ja, ani brat nie chcieliśmy takiego przebaczenia.

Dość. Starczyło.

Jeśli mama woli podlizywać się siostrze jej sprawa. My, bez bezczelnej rodziny, żyjemy lepiej, spokojniej.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 − dziesięć =

Na wakacjach z bezczelną rodziną: czas postawić sprawy jasno — Dwa tygodnie to znoszę, Saszka! Dwa …