– Możemy mówić sobie „ty” – szepnął cicho Tomasz, dotykając ustami ucha Anny. Kobieta poczuła jego oddech na skroni. Przeszedł ją dreszcz…
– Marysiu, sprawdź, proszę, czy w korytarzu nikogo nie ma? Chciałabym dziś wyjść wcześniej. Mama ma urodziny – powiedziała Anna.
– Już sprawdzam, Anno Stanisławo – odparła młoda, sympatyczna pielęgniarka, wstając od biurka i otwierając drzwi gabinetu. – Nikogo już nie ma, wszyscy pacjenci przyjęci, sprawdziłam – dodała z uśmiechem.
– Świetnie. Jeśli ktoś przyjdzie, zapisz na jutro lub niech idą do Olgi Kazimierzówny.
– Idź spokojnie, ja tu posiedzę i wszystko załatwię, nie martw się – uspokoiła Marysia. – Ordynatorka jest na konferencji, w razie czego, zasłonię cię.
– Dziękuję. Co bym bez ciebie zrobiła? – Anna chwyciła torbę, rzuciła okiem na biurko, sprawdzając, czy nie zapomniała telefonu, i skierowała się do drzwi. – Do jutra, Marysiu.
– Do widzenia, Anno Stanisławo. Uważaj, już tak się ściemniło, zaraz zacznie lać.
– Naprawdę? A ja jeszcze muszę wstąpić po kwiaty… No to lecę – powiedziała Anna, wychodząc już do korytarza.
Szybko przebrała się w szatni, płaszcz narzucając już na schodach.
– Anno Stanisławo, już pani wychodzi? – zatrzymała ją starsza kobieta przy rejestracji.
– Witam. Czy może pani poczekać do jutra? Śpieszę się – odparła Anna, poprawiając kołnierz płaszcza.
– Anno Stanisławo, moja wnuczka Kasia tylko pani ufa. Płacze ciągle… Może by pani do niej zajrzała? – kobieta mówiła szybko, nie odstępując Anny.
– Jutro mam wieczorny dyżur, rano obchody, ale wpadnę do pani. Teraz naprawdę muszę biec – Anna wyszła z przychodni, zbiegła po schodach i spojrzała w niebo.
Czarna chmura sunęła nad miastem, jakby zaraz miała otarć się o dachy kamienic i rozlać strugami wody na ulice.
Gdy Anna podchodziła do kiosku z kwiatami, pierwsze ciężkie krople spadły na jej ramiona. Ledwo zdążyła schronić się pod daszkiem, gdy deszcz przybrał na sile.
– Proszę się nie martwić, dobrze zapakuję bukiet – powiedziała sprzedawczyni.
Podczas gdy owijała w folię ulubione gerbery matki, Anna z niepokojem patrzyła, jak spod przystanku odjeżdżają jeden po drugim autobusy. W końcu wzięła kwiaty, zapłaciła i pobiegła w stronę przystanku, osłaniając głowę bukietem.
Deszcz lał jak z cebra. Na przystanku została już tylko Anna. Dobrze, że chociaż zadaszenie było. Zapomniała parasola i dość już przemokła, zanim dobiegła.
Autobusu wciąż nie było. „Trzeba było zostać w przychodni, porozmawiać z babcią Kasi…” – żałowała teraz swojego pośpiechu. Przytuliła się do siebie z zimna i odsunęła głębiej pod daszek. Obok przemykały samochody, rozchlapując kałuże powstające na jezdni.
„Gdzie on utknął? Co za niefortunny deszcz…” – myślała Anna, wpatrując się w drogę, z której powinien nadjechać autobus. Nagle przy chodniku zatrzymał się czarny SUV. Anna z zazdrością pomyślała, że fajnie byłoby mieć taki. „Miło mieć samochód, nie trzeba czekać na autobus…”
Szyba po stronie pasażera opadła i Anna ujrzała mężczyznę. Nie od razu zrozumiała, że mówi do niej.
– Wsiadaj. Na drodze wypadek, autobusy stoją.
Gdy się wahała, mężczyzna otworzył przednią szybę. Anna wsiadła. W kabinie było ciepło i sucho. Nawet dźwięku deszczu prawie nie było słychać.
– Dokąd jedziesz? – zapytał, patrząc na nią.
Miał może z czterdzieści kilka lat, przystojny, w garniturze. Anna się speszyła. „A ja wyglądam jak przemoczona kura…”
– Na ulicę Lipową – odparła.
– W sam raz, jadę w tę stronę.
Mężczyzna emanował taką pewnością siebie i męską charyzmą, że Anna zerknęła na niego niepewnie. Nie wyglądał na maniaka – dystyngowany, bystre oczy. „Tacy grają głównych bohaterów w serialach” – przemknęło jej przez myśl. Samochód ruszył płynnie, niemal niezauważalnie nabierając prędkości. W środku pachniało skórą i jego drogą wodą kolońską. Coś ciągle pikało.
– Zapi– Zapnij pasy – poprosił, a gdy Anna niezdarnie się z tym uporała, dodał z uśmiechem: – Wiesz, to może być początek czegoś pięknego.



