Na stomie uczuć

Dziennik, 15 maja

Wychodząc z biura, Kinga zauważyła, że winda właśnie przyjechała, a ludzie zaczęli się do niej wciskać.

— Czekajcie! — krzyknęła i przyspieszyła kroku.

Pod koniec dnia pracy, tak jak rano, złapanie windy graniczyło z cudem. Wskoczyła do kabiny w ostatniej chwili, przepychając się między współpracownikami. Musiała przytulić się do piersi mężczyzny stojącego przed nią, żeby drzwi za jej plecami się zamknęły.

— Przepraszam — szepnęła, odwracając głowę w bok. Inaczej jego podbródek dotykałby jej czoła. Pachniał przyjemnie wodą kolońską.

— Nic się nie stało.

Tak jechali aż do parteru, stłoczeni jak śledzie w beczce.

W końcu winda stanęła, a drzwi się otworzyły. Kinga cofnęła się plecami, by wyjść. Mężczyzną podtrzymał ją za rękę, żeby się nie potknęła, i odciągnął na bok, by inni wychodzący ich nie potrącili. Wyglądało to jak taniec. Zanim zdążyła złapać oddech i podziękować, obok pojawiła się jej przyjaciółka Beata.

— Wracasz do domu? Podwiozę cię.

Kinga skupiła się na niej, nie mając nawet szansy dobrze się przyjrzeć tamtemu mężczyźnie.

— Nie, przejdę się, odetchnę trochę.

Wyszły na ulicę. Mżył drobny deszcz, ludzie mijali ich z parasolami.

— Pada. Poczekaj tu, podjadę po ciebie.

— Beś, dziękuję, ale wolę iść pieszo. — Kinga wyjęła z torebki parasolkę.

— No trudno, skoro nie chcesz. — Beata spojrzała na nią podejrzliwie.

Pożegnała się, rozłożyła parasol i wmieszała się w tłum współpracowników spieszących do domów. Chciała pobyć sama, pomyśleć. Szczerze mówiąc, nie ciągnęło jej do mieszkania.

Parasol przeszkadzał w rozmyślaniach. Trzeba było omijać parasole innych i pilnować, żeby nikogo nie uderzyć. W końcu zamknęła go i schowała. Na drzewach i krzakach pęczniały pąki, a gdzieniegdzie pojawiały się już delikatne listki. Ten moment narodzin nowego życia był tak ulotny, że chciała go zapamiętać.

Szła i myślała, jak to się stało, że znowu się pomyliła, znalazła nie tam i nie z tym, gdzie powinna? Nie chodziło o miejsce zamieszkania, ale o relacje. Mieszkała w mieszkaniu odziedziczonym po babci. Nie musiała spłacać kredytu. I właśnie to przyciągało niewłaściwych mężczyzn. Za późno to zrozumiała.

Dlatego przedłużała powrót, szła wolno, byle tylko nie musieć wracać do domu, gdzie czekał na nią Kamil. A może nie na nią, tylko na obiad, który mu przygotuje. A przecież wszystko zaczęło się tak pięknie…

***

Mieszkały z mamą we dwie. Ojciec odszedł, gdy Kinga miała dziewięć lat. Kiedy była w liceum, mama ponownie wyszła za mąż. W domu pojawił się obcy mężczyzna, a Kinga przywykła chodzić w szortach i topie. Mama zwróciła jej uwagę, że nie wypada tak się pokazywać przed dorosłym mężczyzną, i poprosiła, by ubierała się skromniej. Kinga i tak się go wstydziła, a teraz wręcz unikała wychodzenia ze swojego pokoju bez potrzeby. Problem rozwiązała babcia, proponując, by Kinga zamieszkała u niej, żeby „młodzi” mogli się przyzwyczaić do siebie. Wszyscy się na to zgodzili.

Kinga była na pierwszym roku studiów, gdy babcia zmarła i została sama. Na uczelni podobał jej się Tomek. Dziewczyny ustawiały się do niego w kolejce. Kinga nie miała szans, by zwrócić na siebie uwagę sportowca i przystojniaka. Ale pewnego dnia usiadł obok niej na wykładzie, a potem odprowadził do domu.

Miesiąc później już u niej mieszkał. Mama próbowała wytłumaczyć córce, że to nie skończy się dobrze, ale Kinga nie chciała słuchać. Ona nie wtrącała się w życie matki, więc i mama nie powinna jej pouczać. Jest dorosła, kocha i wszystko będzie dobrze. W końcu pokłóciły się.

Prawie dwa lata żyli razem jak rodzina. Studia dobiegały końca, zostało tylko obronić dyplomy. Kinga była pewna, że Tomek się jej oświadczy, że się pobiorą. Ale obronili się, wypili dyplomy, a on wciąż milczał. Co więcej, powiedział, że wyjeżdża.

— Do domu? — spytała. — Kiedy wrócisz?

— Nie wrócę. Najpierw do domu, potem do Warszawy. Mam tam wujka, który zaoferował mi pracę.

— A ja?

— Kinga, nie zaczynaj. Było nam dobrze, prawda? Dziękuję ci, że dałaś mi dach nad głową, zamiast gnić w akademiku. Ale muszę iść dalej. Nie chcemy się teraz żenić. Chcę robić karierę, kupić mieszkanie w Warszawie, podróżować. Nigdy ci nic nie obiecywałem, prawda?

— Moglibyśmy pojechać razem…

— Nie moglibyśmy…
Mówił, a Kinga patrzyła na niego i zdawała sobie sprawę, że wcale go nie zna. Płakała, mówiła o miłości, błagała, żeby został.

— Nie kocham cię. Było mi z tobą wygodnie. Jesteś dobrą dziewczyną, znajdziesz porządnego faceta, wyjdziesz za mąż, urodzicie dzieci. Ale takie życie nie jest dla mnie, przynajmniej na razie. Dziękuję ci, ale nasze drogi się rozchodzą. Wybacz.

Odszedł, a Kinga przez trzy dni wypłakała poduszkę. Przyjechała mama, nie wypominała, nie mówiła „a nie mówiłam”, po prostu przytuliła i uspokoiła. Najgorsze było to, że Tomek nigdy jej nie kochał — tylko korzystał z niej i z mieszkania. Po tym wydarzeniu ona i mama się pogodziły. Przynajmniej jakaś korzyść z odejścia Tomka.

***

Kinga długo dochodziła do siebie po tym nieudanym związku, nie umawiała się z nikim. W pracy też głównie były kobiety.

Na przystanku autobusowym często widywała pewnego chłopaka. Wsiadali do tego samego autobusu, jechali razem kilka przystanków. Z czasem zaczęli się do siebie uśmiechać, witać jak starzy znajomi, nawet wymieniali kilka słów. Podobała jej się ta lekka, niezobowiązująca relacja. Nic o sobie nie wiedzieli, a jednak nie byli już obcy. Rano spieszyła się na autobus, zastanawiając się, czy go spotka. Serce waliło jej z radości, gdy widziała jego uśmiech.

Aż nagle zniknął. Kinga wypatrywała go każdego ranka. Czekała, nawet przepuszczała swOdtąd Kinga już nigdy nie pozwoliła, by ktoś traktował ją jak wygodny mebel w czyimś życiu, bo zrozumiała, że prawdziwa miłość zaczyna się od szacunku do siebie samej.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć + 5 =

Na stomie uczuć