Podczas rozprawy rozwodowej żona powiedziała: Weź wszystko! a rok później mąż żałował, że uwierzył.
Elżbieta spokojnie patrzyła na dokumenty. Nie czuła już złości. Dziwne, nawet irytacja jej opuściła została tylko cisza.
No i co, naprawdę się zdecydowałaś? Roman patrzył na żonę z wyraźnym, ledwo ukrytym rozdrażnieniem. Co teraz? Jak dzielimy majątek?
Elżbieta uniosła wzrok. Nie było w nim ani łez, ani błagania tylko twarda, nowa determinacja. Tak się wygląda po nieprzespanej nocy na myśleniu o własnym zmarnowanym życiu.
Weź wszystko, powiedziała cicho, ale nie do pomylenia stanowczo.
Co znaczy wszystko? Roman zmrużył oczy podejrzliwie.
Mieszkanie, działkę, samochód, konta. Całość, gestem ogarnęła cały pokój. Ja już niczego nie potrzebuję.
To jakiś żart? zaczął się uśmiechać. Albo nowa kobieca zagrywka?
Nie, Romek. Ani żart, ani trik. Trzydzieści lat czekałam z własnym życiem na lepszy moment. Trzydzieści lat prałam, gotowałam, sprzątałam, czekałam. Trzydzieści lat słyszałam, że podróże to marnowanie pieniędzy, że moje hobby to głupoty, marzenia dzieciństwo. Wiesz, ile razy chciałam nad morze? Dziewiętnaście. Wiesz, ile pojechaliśmy? Trzy. Za każdym razem marudziłeś, że drogo i po co.
Roman wzruszył ramionami.
Znowu zaczynasz. Przecież mieliśmy dach nad głową, było co jeść…
Tak, przytaknęła Elżbieta. Teraz jeszcze dostaniesz wszystko inne. Gratuluję wygranej.
Adwokat patrzył na tę scenę z szeroko otwartymi oczami. Przez jego kancelarię przewinęło się tyle rozwiedzionych, a tu kobieta po prostu wszystko oddaje to się chyba nie zdarza.
Jest pani tego pewna? zapytał Elżbietę cicho. Zgodnie z prawem należy się pani co najmniej połowa majątku.
Wiem, uśmiechnęła się lekko. Wyglądała tak, jakby właśnie zrzuciła z siebie narzucony ołów. Ale też wiem, że połowa pustego życia to po prostu życie, z którego ucięto połowę. Nadal puste.
Roman ledwo krył triumf. Nie tak to sobie wyobrażał miał negocjować, wygrażać, może nawet szantażować. Tymczasem los podsunął mu prezent z kokardą.
No, wreszcie dorośle podeszłaś do sprawy! aż zatarł ręce. Logicznie, po cichu, bez szopki.
Nie myl dojrzałości z uwolnieniem, odpowiedziała cicho Elżbieta i podpisała papiery.
Do domu wracali jednym autem, ale jakby z zupełnie innych planet.
Roman coś sobie nucił chyba stary szlagier, może jakiś wojskowy marsz. Samochód podskakiwał na dziurach polskich dróg, a jego śpiew raz rozbrzmiewał głośniej, raz milkł prawie do szeptu.
Elżbieta nie słuchała, patrzyła w matową szybę, za którą migały wesoło świerki i sosny. Serca trzepotało się w piersi jak młody wróbel gotowy do pierwszego lotu.
Jak to możliwe? Ot, zwykła droga, zmęczony wieczór, a nagle w środku człowieka niepojęte uczucie przestrzeni. Jakby kamień na sercu rozpłynął się bez śladu. Elżbieta dotknęła policzka, poczuła chłód, a potem napłynęła nowa myśl: to właśnie jest wolność.
Człowiekowi czasem wystarczy jedno spojrzenie przez zaparowane okno na uciekające drzewa i całe życie nabiera innych kolorów, o których już dawno się zapomniało.
Trzy tygodnie później Elżbieta stała pośród małej kawalerki w Milanówku.
Mieszkanie wynajmowane bardzo skromnie: łóżko, szafa, stół i malutki telewizorek z czasów pożyczania pieniędzy od ciotki na studia. Na parapecie jej pierwsza własna inwestycja: dwa doniczki z fiołkami.
Zwariowałaś do reszty, zirytowany głos syna Przemka brzmiał przez telefon głośniej niż dzwony na wieży. Zostawiłaś wszystko i wyniosłaś się do jakiejś dziury?
Niczego nie zostawiłam, synku odpowiedziała spokojnie. Ja to porzuciłam, to różnica.
Ale mama… Tata mówi, że oddałaś mu wszystko z własnej woli. On już działkę wystawia na sprzedaż stwierdził, że sam sobie nie poradzi.
Elżbieta spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Od tygodnia miała krótką fryzurę, której nigdy nie odważyłaby się zrobić przy Romanie. Za młodzieżowa, niesolidna, co ludzie powiedzą” cały ten koncert haseł brzmiał w jej głowie nieraz.
Niech sprzedaje, rzuciła lekko. Twój ojciec zawsze wiedział, jak wszystko załatwiać po swojemu.
Ale co z tobą? Zostałaś bez niczego!
Mam to, co najważniejsze, Przemek. Swoje życie. I wiesz co? W wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat można całkiem nieźle je zacząć na nowo.
Elżbieta zatrudniła się jako administratorka w niewielkiej prywatnej rezydencji dla seniorów. Praca była wymagająca, ale przynosiła satysfakcję. Poznała nowych ludzi i co ważniejsze miała czas wyłącznie dla siebie.
Roman tymczasem tarzał się w zwycięstwie.
Przez dwa tygodnie paradował po mieszkaniu jak pan na włościach, przyglądając się z rozkoszą półkom, kanapom i kolekcji kieliszków pamiątkowych z PRL-u. W końcu nikt nie będzie mu mówił, że skarpetki leżą pod łóżkiem, a zlew sam się nie myje.
Roman, ty to masz szczęście! mówił kumpel Zdzisiek, sącząc Wyborową przy kuchennym stole. Inni to zostają z połową i jeszcze alimenty, a ty wszystko na czysto! Mieszkanie, działka, auto twoje!
No właśnie, Roman uśmiechał się z zadowoleniem. Nareszcie Elżbieta wykazała się rozsądkiem. Pewnie zrozumiała, że beze mnie przepadnie.
Pod koniec pierwszego miesiąca euforia zaczęła ulatywać jak powietrze z przebitego pontonu.
Czyste koszule przestały same się pojawiać. W lodówce tylko światło i tęsknota, a zrobienie obiadu okazało się bardziej zagmatwane niż instrukcja obsługi ZUS-u. W pracy zauważyli, że Roman nagle wygląda jakoś… szaro.
Coś mizernie wyglądasz, Romku, zagadnął kierownik. Coś w domu nie tak?
Skąd! odparł ochoczo Roman. Po prostu trochę zmian organizacyjnych.
Któregoś wieczoru otworzył lodówkę: plasterek żółtego sera, ketchup i piwo. Brzuch zaburczał, aż echo pogoniło myszy po kuchni. Poranny tost to był ostatni ciepły posiłek.
Nie, tak być nie może, warknął do siebie, zatrzaskując lodówkę z trzaskiem. Trzeba się ratować.
Szybko zamówił jedzenie bo przecież bez dostawy jak bez ręki, a poza tym… no kto w dzisiejszych czasach gotuje, skoro jest internet? Przeglądając rachunki, doznał objawienia: czynsz, prąd, internet, karta, wszystko jakieś drogie, a jeszcze trzeba żyć.
Takie rzeczy były tłem. Gdy obok była Elżbieta, świat sam się ogarniał. Wszystko samo się płaciło, gotowało, prasowało.
Dźwięk domofonu wyrwał go z rozmyślań. Kurier wręczył mu paczkę i terminal.
Pięćset sześćdziesiąt złotych, spokojnym głosem.
Ile?! Roman aż wypuścił klucze z ręki. Za gulasz i wodę mineralną?
Teraz taka cena, panie, kurier wzruszył ramionami jak człowiek, któremu co dzień ktoś to tłumaczy.
Roman zapłacił, wrócił do kuchni i stanął jak słup soli. Nic, zero życia. Nawet lodówka buczała jakoś żałośnie. Mieszkanie wielkie, wyremontowane, ze wszystkim, co kiedyś było marzeniem teraz przypominało poczekalnię na PKP. Zimno. Pusto. Tak pusto, że echo mogłoby wyć w korytarzu, zupełnie jak w duszy Romana.
Elżbieta tymczasem stała nad Bałtykiem, wystawiając twarz do słońca i wiatru.
Wokół niej gwarno grupa uśmiechniętych seniorek w różowych czapkach z Klubu Aktywnych Emerytek właśnie szykowała się na wyjazd do Kołobrzegu. Po raz pierwszy w życiu mogła podróżować bez niekończących się komentarzy o marnowaniu pieniędzy, bez męskich narzekań i liczenia, co by można za te kilka stówek kupić w Castoramie.
Ela, chodź na fotkę! krzyknęła Basia, jej nowa koleżanka z kółka malarskiego, energiczna wdowa po sztygarze.
Elżbieta z radością dołączyła kto by pomyślał, że w tym wieku można nosić kolorowe sukienki, biegać z rozpuszczonymi włosami i śmiać się jak nastolatka?
A teraz selfie! zawołała Basia, wyciągając kijkek do telefonu. Wrzucamy na fejsa!
Wieczorem, w pensjonacie, Elżbieta przeglądała zdjęcia. Na ekranie widziała kobietę z promiennym uśmiechem i roziskrzonymi oczami i nie mogła się nadziwić: kiedy zniknęła ta zmarszczka od wiecznego zmartwienia? Kiedy rozluźniły się ramiona, a ruchy nabrały lekkości?
Powinnam wrzucić to na profil, pomyślała i po chwili publikowała zdjęcia na swoim zapomnianym koncie.
W Warszawie, Roman walczył właśnie z pękniętą rurą w kuchni. Woda zalała podłogę, szafka do wyrzucenia, a hydraulik oznajmił: Tych się już nie naprawia, musi pan wymienić całą instalację.
No jasna cholera! Roman wycierał wodę szmatami. Gdzie do diabła numer do hydraulika? Elżbieta zawsze wszystko wiedziała.
Nagle dotarło do niego, że żona miała w głowie dziesiątki kontaktów od szewca po dentystę, od warzywniaka po fryzjera. Ten niewidoczny fundament codzienności zawalił się w jednej chwili, zostawiając Romana z problemami, które kiedyś znikały magicznie.
Głupia rura! rzucił szmatą z furią. Gotować trzeba, prać trzeba, jeszcze ta robota…
Tego wieczora, gdy wreszcie zakręcił wodę i osuszył kałużę, przejrzał Facebooka. I nagle zatrzymał się jak wryty. Na ekranie szczęśliwa Elżbieta na tle morza. W kolorowej sukience, z nową fryzurą, i… radosna?
Co jest, do licha, powiększył zdjęcie. Przecież wyjechała niemal bez grosza!
Komentarze pod zdjęciem tylko podsyciły jego konsternację:
Elka, młodniejesz w oczach!
Wyglądasz rewelacyjnie, koleżanko!
Morze ci służy!
Przewinął profil dalej. Posiedzenie w bibliotece, malarstwo w parku, Elżbieta z bukietem polnych kwiatów.
To niemożliwe, Roman odłożył telefon i zajął pustą kuchnię z górą brudnych naczyń. Miała… przecież miała…
Nie dokończył, bo zorientował się, że po cichu liczył na jej nieszczęście że bez niego i bez wszystkiego będzie jej źle. A na zdjęciach inna kobieta młodsza, wolna.
Kilka dni później na działce zaczęło padać przez dach. Nadciągała burza trzeba ratować strych.
Zdzichu! Pomóż! Roman błagał przez telefon. Przywieź gwoździe, sam nie dam rady!
Sorry, Romciu usłyszał. Teściowa w szpitalu, całe dnie u niej. A czemu nie poprosisz Elżbiety? Ona zawsze była zaradniejsza.
Ona… zająknął się Roman. Ona wyjechała.
Wyjechała? Gdzie?
Po prostu wyjechała, uciął Roman. Dam radę.
Nie było łatwo. Deszcz dudnił, gdy naciągał folię na cieknący dach. Noga się omsknęła, runął na ziemię. Piekący ból w kostce.
Skręcenie, miał pan szczęście skwitował lekarz SOR-u. Tydzień leżeć, noga w górze.
Tydzień? A kto mi naprawi dach?! Roman jęknął.
To już pański problem, lekarz wręczył receptę. Niech żona się panem zajmie, a pan odpoczywa.
Chciał zaprzeczyć, ale zamilkł.
Trzy dni spędził sam. Jedzenie z zamówień się skończyło i kosztowało majątek. Własne obiady kończyły się katastrofą z gipsem trudno stanąć przy kuchni.
Czwartego dnia pękł i zadzwonił do syna.
Przemek, cześć! Co u ciebie?
W porządku, tato. Coś się stało?
Nie, tylko… Roman zawahał się. Mam tu małą kontuzję. Może wpadniesz, pomożesz staremu?
Zapadła chwila ciszy.
Sorry, tato, jestem w Poznaniu, delegacja. Wracam za trzy dni.
Aha… rozczarowanie aż ścisnęło mu gardło. Poradzę sobie.
Ale wiesz może zadzwonisz do mamy? Ona
Nie! przerwał gwałtownie Roman. Poradzę sobie. Jak zawsze.
Sam pierwszy się rozłączył i rzucił telefon na kanapę. Ta cała duma jakby była o co. Nawet sam przed sobą nie chciał się przyznać, że brakuje mu Elżbiety, jej troski, obecności. Nigdy nie zauważył, ile ona robiła, bo robiła to, nie prosząc o fanfary.
Po półtora tygodnia Roman mógł chodzić bez kul. Pojechał na działkę. Widok był przygnębiający plamy pleśni na suficie, ulubiona kanapa nie do uratowania, a w powietrzu stęchlizna z rozpaczy.
No pięknie, usiadł w opuszczonym sadzie.
Jabłonie, kiedyś dopieszczone przez Elżbietę, zarosły mocno. Trawa wyższa niż żywopłot, kamienne ścieżki przepadły w zielsku. Cały ogród zdawał się tęsknić za jej dłońmi.
W drodze powrotnej zatrzymał się w podrzędnym barze. Zmęczony, zamówił barszcz i kompot. Barszcz był kwaśny jak ocet i ledwie ciepły, ale i tak zakrztusił się nagłym żalem. Ten barszcz nie smakował ani trochę jak u Elżbiety.
Wszystko w porządku, panie? spytała kelnerka.
Tak, tylko… zabrakło słów. Jak wytłumaczyć, że barszcz wywołał całą lawinę wspomnień o utraconym życiu?
W domu Roman długo oglądał rodzinne zdjęcia: oni młodzi pod Pałacem Kultury, na pikniku pod Wrocławiem, zdjęcie z rocznicy ślubu.
Ależ byłem głupi szepnął patrząc na dawną radość Elżbiety.
Wreszcie zdobył się na odwagę, chwycił telefon i napisał do niej. Odpowiedź była zupełnie nie taka, jakiej się spodziewał.
Elżbieta przeniosła się nad morze. Dookoła niej śmiali się nowi znajomi, grała muzyka i prawdziwe życie wreszcie było tylko jej.
I mając prawie sześćdziesiąt lat, Elżbieta naprawdę zaczęła żyć.


