Na rozkaz stopy węgorza…

31 grudnia, kolejny rok się kończy, a ja wciąż wspominam wczorajszą wędkarską przygodę, jakby dopiero co stała się częścią moich myśli.

Mikołaj, mój mąż, jeszcze pracuje jako trener w miejscowej sportowej szkole w Nowej Hucie. Jego uczniowie zdobywali medale, rozgłaszając naszą szkołę po całym województwie. Ja, Grażyna, po przejściu na emeryturę, nie mogłam przestać siedzieć przy rzece z wędką w ręku. Mikołaj zawsze chciał dzielić ze mną te spokojne chwile nad wodą, ale jego grafik jest tak napięty, że jedynie weekendy pozwalają mu wyrwać się z treningów i zawodów.

W tę sobotę, kiedy miasto było w zamknięciu, a dzieci uczyły się zdalnie, postanowiliśmy wyruszyć razem. Mikołaj spakował wędki, wziął ze sobą naszą wnuczkę Ewę i wnuczka Staszka (Staszek), a nasz starszy wnuk Szymon, już po technikum i pracujący w jednostce OSP, pożegnał nas z domem. Obok naszego domu stał dom sąsiada Kacperek, rówieśnik Staszka, który patrzył na odjeżdżający samochód z niepewnym wyrazem twarzy. Kacperek nie miał już nikogo, kto mógłby go zabrać na wyprawę, a w jego życiu brakowało ojcowskiej opieki nie tak dawno, w mieście mówiono o bez ojców, że dzieci stają się półsierotami, nawet gdy ojcowie żyją.

Mikołaj zwolnił pod koło Kacperek i otworzył okno:
Kacper, jedziesz z nami na ryby? zapytał.
Kacperek podskoczył:
Zaraz zapytam babci i pobiegł do domu. Po chwili wyszła babcia Wiktoria, z nieco zmartwionym uśmiechem:
Mam przyjść? spytała.
Czekamy, odparł Mikołaj.
Hurra! wykrzyknęły dzieci w samochodzie.
Kacperek pośpieszył się, przyciągnął czapkę głęboko na głowę, owinął szalik i chwycił rękawice, po czym wślizgnął się na tylną kanapę.

Dotarliśmy do naszej ulubionej zatoki nad Wisłą, gdzie dawno przed laty rybakom z Bykowskich wsi znano wielkie szczupaki i podziczki. Mikołaj rozłożył ognisko, byśmy mogli się ogrzać, a ja usiadłam na składanym krześle, trzymając wędkę. Mikołaj cofnął się trochę, by nie przeszkadzać w łowieniu. Chowaliśmy się na przynętę małe roślinki i małe rybki.

Patrzyłam na spławik, jednocześnie zerkając na dzieci, by nie zrobiły sobie krzywdy. Gdy grały w chowanego i w berka, mój spławik nagle podciągnął się w dół. Ostrożnie podniosłam żyłkę, a po kilku sekundach błyskawicznie wyłowiłam podwójną podczołgę, która wylądowała w wiaderku.
Pierwsza mruknęłam z satysfakcją. Założyłam nową przynętę i zarzuciłam znowu.

Dzieci wyciągnęły piłkę, wyznaczyły bramki w piasku i zaczęły grać w piłkę na jedną bramkę. Nagle spławik znów zaciągnął; tym razem była większa podczołga, która mogłaby stać się wykwintnym kotletem na obiad. Kiedy dzieci podbiegły, już w wiaderku były trzy podczołgi.
To co? Podczołg? szepnął Kacperek.
Tak! Ta, co spełnia wszystkie życzenia, zaśmiała się ja, podnosząc rękę w geście magii.
Naprawdę? krzyknęły Ewa i Staszek jednocześnie. Co możemy sobie wymarzyć?
Żeby wiaderka same wróciły do domu zażartowała babcia, zakładając nową przynętę.
Nie, wiaderka to nudne! westchnął Staszek.
Po kolejnym zarzucie, podczołga pominęła wodę i wylądowała w moich rękach.
A teraz niech księżniczka cię pokocha! wymamrotałam, myśląc o dawnej bajce o Emeli.

Kacperek nieśmiało zapytał:
Czy mogę coś życzyć?
Oczywiście! skinęłam głową.
Zrobił poważną minę, przyłożył rybę do ust i wyszeptał coś niejasnego. Nie zdążyłam się odwrócić, a podczołga znów zanurkowała. Zrozumiałam, że to już nie przypadek, a właściwie bajka, w której każde życzenie ma swoją cenę.

Po chwili, kiedy wódkę z kranu już nie było, a wiaderko było puste, Mikołaj podszedł do mnie i zapytał:
Nie ma brania?
Tylko rzucać dobro w wodę, odparłam z uśmiechem.

W drodze powrotnej dzieci zasnęły w samochodzie, a ja przytuliłam Kacperka na rękach i oddałam go babci. Kacperek wybudził się i szepnął:
Dziadek…
Cicho, nie mów nikomu zraniła go babcia, bo chciała, by życzenia się spełniły.

W domu przygotowaliśmy tradycyjną rybną zupę. Dzieci uspokoiły się i poszły spać. Ja jednak nie mogłam przestać myśleć o Kacperku. Brakował mu ojcowskiej troski, a ja już wyobrażałam go z prawdziwym dziadkiem.

Wieczorem, leżąc obok Mikołaja, szepnęłam:
Szkoda, że Kacperek nie ma własnego dziadka. On widzi, jak traktujesz wnuki i chce tego samego.
Staram się… mruknął zamyślony.
Nie jesteś jego dziadkiem, ale on potrzebuje własnego.

Mijał miesiąc, zbliżał się Nowy Rok. W mieście postawiono wielką choinkę, lampki migotały, śnieg pokrył dachy i podwórka. W przedszkolach zaczęły się przedstawienia. Kacperek wydawał się przygnębiony. Wiktoria, jego babcia, przyzwyczajona do termometru, który przestał działać, oznajmiła, że Kacperek zachorował kaszle i ból gardła w sam dzień świąt.

Mikołaj zobaczył w tym znak potrzebny jest mu dziadek. Zadzwonił do starego znajomego, Borysa, nauczyciela WF w pobliskim mieście, oddalonego o sto kilometrów.

Słuchaj, Borzu, mam mały problem. Kacperek nie ma dziadka. powiedział, nie kryjąc troski.
Co masz na myśli? zapytał rozmówca.
Dosłownie. Jego babcia wychowała go sama, a ojca nigdy nie było. Nie chcę go zostawiać samego. wytłumaczyłem.
Mogę pomóc. Nie mam własnych wnuków, ale mógłbym przyjść w stroju Świętego Mikołaja. Tylko raz w roku mogę być tam, ale może to wystarczy, żeby chłopiec nie czuł się samotny.
To genialny pomysł! ucieszył się Mikołaj. Poza tym, przywiozę własne ciasto i wędzoną rybę od Grażyny.

Borys podzielił się planem z żoną Weroniką, która od razu przyjęła rolę Śnieżynki. Obydwoje byli gotowi przyjechać i rozjaśnić dom Bykowskich.

Kilka dni przed Sylwestrem nasz syn Michał, były zawodnik w sportach zimowych, przywiózł nas swoim Lexusem. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy pod dom Bykowskich, gdzie na chwilę po zmroku otworzyliśmy drzwi. W oknie pojawiła się Wiktoria, zaskoczona naszą wizytą. Obok niej stał Borys z workiem na plecach, a w ręku trzymał laskę, a Weronika w białej czapce i czarnej kurtce wyglądała jak prawdziwa Śnieżynka.

Czy to nasz Kacperek? zapytał Borys donośnym głosem.
Dokładnie! odpowiedziała Wiktoria, patrząc na chrobatego chłopca, który ukrywał się za choinką.
Czy zamawiałeś dziadka podczołgi? zapytał z uśmiechem.
Ja! krzyknął Kacperek, wyciągając ręce. Przepraszam, że tak długo musiałem przyjeżdżać, ale jesteś dla mnie najważniejszy.

Kacperek zapytał, czy zostanie na dłużej.
Oczywiście! odparł Borys, patrząc najpierw na żonę, potem na chłopca.

Wtedy do domu weszła piękna młoda kobieta w białej czapce i czarnej pelerynie nasza Śnieżynka.

Mamo! krzyknął Michał, biegnąc naprzód. Dziadek przyjechał! Po podczołgim rozkazie, po moim życzeniu!

Katarzyna, matka, przytuliła syna, patrząc na gości z niedowierzaniem. Weronika, Śnieżynka, patrzyła na Katarzynę, a w jej oczach pojawiły się łzy.

Kacperek wymienił spojrzenia z każdym i nie wiedział, co myśleć. Wtedy babcia podniosła rękę:
Goście, chodźcie, napijmy się herbaty. Upiekłam pierogi i ciasta, a Borys przyniósł wędzoną rybę.

Mimo że wszystko potoczyło się inaczej niż planowaliśmy, sytuacja była pełna ciepła. Weronika, choć blada, i Michał, nieco zakłopotany, oraz Katarzyna, której oczy płynęły łzami, siedzieli razem przy stole. Śnieżynka popychała Borysa pod pachę, próbując mu coś pokazać. Wszyscy zdawali się rozumieć, że Kacperek znalazł w nich nową rodzinę.

Kiedy goście zasiedli przy stole, Katarzyna i Michał wybrali się na dwór, by dotknąć miękkiego, puszystego śniegu, który otulał wszystko białym kocem.

Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? pytał Michał, patrząc na Katarzynę.
Dlaczego odjechałeś bez pożegnania? odpowiadała ona.
Zostałem wezwany na nagły turniej. Nie miałam czasu, żeby zadzwonić tłumaczyła. Nie żałuję jednak, bo mój syn jest najważniejszy.
Ja żałuję! wyznał Michał. Nie wiedziałem, że ma brata. Nie widziałem, jak dorastał

Katarzyna westchnęła:
Co już zostaje, to wspomnienia. Ty masz rodzinę, a ja

W końcu przyjęliśmy, że każdy z nas ma swoją rolę. Kacperek, z błyskiem w oku, zapytał:
Czy podczołga spełniła twoje trzecie życzenie?
Ja poprosiłam, żeby mi była wesoło mruknęła Ewa, przymrużając oczy.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem i oklaskami.

Rok później, 31 grudnia, przy moim domu zatrzymała się znajoma jeepem. Z niej wysiedli Michał i Katarzyna z prezentami, a Kacperek dumnie niósł wózek dla swojego nowego braciszka. Małą dziewczynkę nazwaliśmy Galośka, na cześć mnie, Grażyny, tej, co tego słonecznego dnia wyłowiła trzy podczołgi i spełniła dziecięce marzenia.

Teraz, patrząc na śnieg za oknem, czuję, że magia wody i życzeń wciąż płynie w naszych sercach.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 3 =

Na rozkaz stopy węgorza…