Na urlopie z bezczelną rodziną postawić sprawy jasno
13 lipca
Już dwunasty dzień znoszę ten syf, Paweł. Dwanaście dni w tej ruderze, którą oni nazywają pensjonatem.
Po co my się na to zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Marcysi trzeba odpocząć, Marcysia ma ciężkie życie zadrwił brat głosem naszej mamy.
To prawda, ciotka Marcysia nie miała lekko. Ale żebym potrafił ją współczuć? W ogóle.
Marcysia, młodsza siostra mamy, od zawsze była biedną krewną”, której wszyscy byli coś winni.
Moja walizka nie chciała się domknąć. Ze złością przyciskałem kolanem wieko, starając się zapiąć zamek, ale ten uparcie się rozpinał, wypluwając róg ręcznika plażowego.
Za cienką sklejką, którą w tym zapomnianym przez Boga pensjonacie szumnie nazywali ścianą, wył Kuba sześcioletni synek ciotki Marcysi.
Nie chcę kaszy! Nie chcę! Chcę nuggetsów! darł się tak, jakby go zarzynali.
Zaraz potem trzasnęło coś ciężkiego, zabrzęczały talerze, a potem rozległ się leniwy, zdzierżnięty głos Marcysi:
Dawaj, malutki, zjedz łyżeczkę za mamusię.
Werku, skocz do sklepu, kup mu te nuggesty, no widzisz, jak się dziecko męczy.
Nie mam już sił na nogach.
Zamierałem z rękami na zamku walizki. Werka! I zaraz mama poleci!
Paweł, mój brat, siedział na jedynym rozklekotanym krześle w naszym mikroskopijnym pokoiku i smętnie przewijał ekran telefonu.
Nawet nie próbował się pakować. Jego torba dalej pokrywała się kurzem w kącie.
Słyszysz to? zapytałem szeptem, wskazując głową ścianę. Znowu woła mamę.
„Werka, przynieś”, „Werka, podaj.” A mama zaraz się zerwie i pobiegnie.
Nie denerwuj się odburknął Paweł, nie podnosząc oczu. Jutro wracamy.
Dwanaście dni znoszę, Paweł! Dwanaście dni w tym chlewie, który nazywają hotelem.
Po co my to sobie zrobiliśmy?
Bo mama prosiła. „Marcysi przyda się wypoczynek, taka ciężka dola ją spotyka,” zakpił znowu.
Przysiadłem na skraju łóżka, które jęknęło sprężynami.
Owszem, ciotka miała ciężkie życie, ale żal jej nie potrafiłem.
Marcysia młodsza mama mojej mamy, była u nas od zawsze biedną krewną wiecznie poszkodowaną.
Pierwsze dziecko, ledwo się urodziło, zmarło rodzinna tragedia, o której mówiło się tylko szeptem.
Potem mąż, który wódy nie odmawiał i całkiem przepił się parę lat temu.
Marcysia chowała dwójkę dzieci z różnych związków, a cała ta ferajna mieszkała u babci w bloku.
Tam też kręcił się kolejny facet marzeń już ósmy z kolei.
Marcysia nie znosiła pracy. Uważała, że jej rolą jest upiększać świat i rozczulać się nad sobą, a sponsorować jej teatrzyk powinni wszyscy dookoła.
Na czele z moją mamą, Werką, która według siostry ma forsy jak lodu.
Podszedłem do okna.
Widok był luksusowy: kubły na śmieci i murowana ściana kurnika sąsiadów.
Mamę napaliła na ten urlop. „Jedźmy razem, jak rodzina. Marcysia musi odreagować, wyjechać gdzieś.”
W praktyce oznaczało to, że Werka pokryła większą część kosztów, kupowała jedzenie, gotowała dla całego towarzystwa, a Marcysia z nową psiapsiółą jakąś Jolą, którą poznała przy basenie na bazie niechęci do wszystkiego leżały do góry brzuchem.
Pakuj się rzuciłem do Pawła. Wieczorem idziemy do restauracji. Kolacja na pożegnanie.
***
Restauracji oczywiście nie wybraliśmy sami.
Marcysia oznajmiła, że chce zjeść coś ekskluzywnego.
Lokal mieścił się przy bulwarze. Połączono dwa stoły, żeby zmieściła się cała ta nasza szarańcza jak ją sobie w głowie nazywałem.
Marcysia, opięta w błyszczącą sukienkę, które aż pękało od rozmiaru, zasiadała na czele obok Joli tłustej, nadmiernie głośnej baby o włosach utlenionych na żółć.
Kelner! wrzasnęła Marcysia, nawet nie zerknąwszy w menu. Daj pan coś dobrego! Szaszłyk, sałatki i tego czerwonego, dzbaneczek!
Werka, moja mama, siedząc na brzegu stołu, uśmiechała się nieśmiało i wyglądała jak cień człowieka.
Cały ten wyjazd nie odpoczęła ani sekundy: raz Kuba wrzeszczał, raz Marcysi źle, raz Zuzi się nudziło.
Mamo, zamów sobie rybę, przecież zawsze chciałaś pochyliłem się do mamy.
E, gdzie tam, za drogie machnęła ręką. Wezmę sałatkę. Niech Marcysia je, ona się tyle wycierpiała przez rok.
Poczułem złość. Akurat! Wycierpiała, święta męczennica. Obok Kuba ten mały król sześcioletni walił łyżką w talerz.
No, karmić! zażądał, z otwartą buzią nie oderwawszy oczu od bajki na telefonie.
Marcysia natychmiast przerwała rozmowę z Jolą, nabiła mu ziemniaki i wsadziła do paszczy.
Mój kochany, no jedz, rośnij duży!
Ma sześć lat, nie wytrzymałem. Sam nie potrafi?
Przy stole zapadła cisza. Marcysia spojrzała na mnie powoli.
A kto cię pytał, drogi siostrzeńcze? wycedziła. Urodź swoje, to wychowuj.
Mój syn ma wrażliwą duszę. On potrzebuje troski, nie rozkazu!
Potrzebuje granic, nie smartfona przy jedzeniu, odbiłem. Wrzeszczy jakby go ze skóry obdzierali, jeśli coś jest nie po jego myśli. Hodujecie egoistę.
O matko! Jola aż klasnęła w tłuste łapy. Marcysia, spójrz na niego! Wielki psycholog się znalazł.
Kurczak teraz kurze wytyka? Chłopcze, życia nie wąchałeś, a nas pouczasz.
Zamknij się, szepnęła mama, ciągnąc mnie za rękaw. Nie rób kłótni. Proszę…
Wieczór wlekł się w nieskończoność. Marcysia z Jolą głośno roztrząsały facetów, plotkowały na sąsiadów, narzekały na ciężki los.
Zuzia siedziała wpatrzona w telefon, od czasu do czasu rzucając pogardliwe spojrzenia na starych. Kuba co pięć minut miał atak furii, żądając lodów, i niemal od razu dostawał największą gałkę.
Gdy kelner przyniósł rachunek, Marcysia zrobiła zamieszanie:
O rany, portfel mi został w pokoju! Werka, dasz za mnie? Oddam zaraz jak będziemy w domu.
„W życiu nie odda,” pomyślałem, patrząc jak mama bez słowa wyciąga kartę.
To był wypracowany scenariusz.
***
Po północy wróciliśmy do pensjonatu. Poszedłem od razu pod prysznic, żeby zmyć to upokorzenie.
Woda leciała raz lodowata, raz wrzątek.
Wyszedłem, już kierując się do naszej klitki, gdy usłyszałem szept z kuchni.
…Widzisz te miny tej laluni? jazgotała Jola. Siedzi, grymas robi.
On nie potrafi sam jeść.
Co cię to obchodzi, gówniarzu? Życia nie zna!
Gdyby nie twoja Werka, to teraz pasa byś ścisnął na wsi do krów, a nie przewracał oczami po restauracjach.
Zadufany, pusty chłopak. Ani dziewczyny, ani rozumu, tylko mniemanie o sobie.
Wstrzymałem oddech.
Serce kołatało mi w uszach ze złości. Czekałem. Może zaraz mama uderzy pięścią w stół.
Może powie: Zamknij się, Jola, nie pozwalaj sobie mówić tak o moim synu.
Albo po prostu wyjdzie.
Ale za drzwiami rozległ się tylko ciężki westchnienie Marcysi i jej żałosny głosik:
Oj, masz rację, Jolka. Trudny on chłopak. Trudny. W rodzinę ojca poszedł, tam też wszyscy tacy… z pretensją do świata.
Nie to, co moi. Zuzka chociaż zadziorna, ale serce ma na dłoni.
A ten… patrzy na nas jak na błoto. Aż nie smakuje mi, jak koło mnie siedzi.
Werka, sama sobie winnaś! dodała Jola. Trzeba było w tyłek lać jak trzeba.
A teraz co? Siedzi sobie książę, matki nie szanuje.
Ja bym takiego od razu na bruk wyrzuciła niech zobaczy jak świat wygląda.
Oparłem czoło o framugę. Mama milczała.
Siedziała tam z nimi, popijając herbatę (albo raczej coś mocniejszego, sądząc po zapachu z drzwi) i słuchała, jak jego jedynaka obgadują od najgorszych.
Nagle wyprostowałem się i szarpnąłem drzwi z hukiem.
W kuchni umilkło.
Troje siedziało przy plastikowym stole, na którym walały się resztki, puste kubki i papierki.
Marcysia, już z zsuniętą pod pachą sukienką, Jola z czerwoną twarzą i mama…
…która natychmiast schowała głowę w ramiona.
To ja jestem ten pusty chłopak? mój głos nie drżał, był twardy jak kamień.
A ty, ciociu, dobra dusza, tak?
Marcysia aż się zadławiła i wytrzeszczyła oczy. Jola powoli podniosła się znad stołu, przypominając górę tłuszczu.
Podsłuchujesz, smarkaczu? warczała. Uszy grzejesz?
Nie podsłuchuję. Krzyczycie tak, że cała kamienica słyszy, wszedłem w głąb, patrząc ciotce prosto w oczy. Co, ciociu, nie wchodzi ci już jedzenie w gardło?
A jak mama za to w restauracji płaciła, to ci nie przeszkadzało?
Ty niewdzięczniku! zawyła ciotka, cała zapłonęła rumieńcem. Z sercem do ciebie, a ty się odwracasz!
Na matkę to się nie nadaję, a ty mi w oczy wypominasz kromkę chleba?
Niech ci ta kasa bokiem wyjdzie!
Nie o pieniądze mi chodzi, tylko o twoją bezczelność! nie wytrzymałem. Całe życie siedzisz mamie na karku!
Tu jeden facet, tam drugi, dzieci, wymyślone choroby! Mama haruje na dwóch etatach, by przypadkiem Marcysia mogła na wczasy pojechać, a ty odpłacasz jej tym, że ją za plecami pomawiasz!
Twoja córka gówniara, która przeklina jak szewc i wyciera o ciebie nogi, a śmiesz mnie moralizować?
Twój syn to rozwydrzony mały terrorysta, któremu nie umiesz powiedzieć nie!
Ciotka patrzyła na mnie z łzami w oczach, nie wiedząc co powiedzieć.
Bartosz! pisnęła mama, podrywając się. Przestań natychmiast! Do pokoju!
Nie, mamo, wyprostowałem się, spojrzałem jej w oczy. Ty siedzisz tu i słuchasz, jak jakaś obca baba, którą znamy dwa dni, obrzuca mnie błotem.
I co? Przemilczysz to? Nic nie powiesz?
Jola odsunęła krzesło i ruszyła na mnie, ściskając pięści.
Spoko, mały gnoju, zaraz cię nauczę szacunku do starszych
Zamachnęła się. Nawet nie zdążyłem się przestraszyć, tylko odruchowo cofnąłem głowę, ale cios nie padł Paweł zdążył złapać jej rękę w powietrzu.
Tylko dotknij, syknął. Macie nierówno pod sufitem? Ciociu Marcysiu, zbieramy się. Wyjeżdżamy.
My? zapiszczała Marcysia, widząc, że wszystko wymyka jej się spod kontroli. Ja nigdzie nie jadę! Mamy dwa dni opłacone!
Werka! Twoje dzieci powariowały! Na ludzi się rzucają!
Wtedy w końcu Werka odezwała się. Zbliżyła się do mnie, złapała mocno za ramiona i zaczęła mną trząść.
Po co zacząłeś to wszystko?! wrzasnęła, łzy leciały jej po policzkach. Po co wyszedłeś? Siedziałbyś w pokoju!
Wstyd przyniosłeś! Jesteśmy rodziną! Jak nie wstyd robić awantury przed ludźmi?!
Delikatnie, ale stanowczo uwolniłem się z jej rąk. Coś się we mnie wtedy skończyło, nieodwołanie.
Nie wstyd mi, mamo. Wstyd powinien być tobie. Za to, że na to pozwalasz.
Wyszedłem z kuchni. Paweł poszedł zaraz za mną.
W pokoju pakowaliśmy się w ciszy. Za ścianą Marcysia już zawodziła, użalając się nad biednym losem, Jola powtarzała, że jesteśmy pomiotem, Zuzka przeklinała, bo przez hałas nie może spać.
Nie wyjedziemy teraz powiedział Paweł, zapinając torbę. Następny pociąg dopiero rano. Zostaje nam dworzec.
Trudno, wrzuciłem kosmetyki do reklamówki. Wolę dworzec niż ten chlew. Nigdy więcej tu nie wracam.
A mama?
Zastygłem z koszulką w rękach.
Mama wybrała. Została. Uspokajać siostrę.
***
Od tamtego czasu z Werą się nie odzywamy. Paweł zresztą też nie wybaczyliśmy jej.
Dzwoniła kilka razy, mówiła, że wybaczy nam jak przeprosimy Marcysię, ale obaj uznaliśmy, że takiego przebaczenia nie potrzebujemy.
Niech jej dobrze z pacholęciem i siostrą, skoro tak lubi.
Mnie bez bezczelnej rodziny jest lżej.
Najważniejsze, żeby dać sobie szacunek i nie pozwalać wchodzić na głowę nawet rodzinie.
Czasami najlepszą decyzją jest powiedzieć dość. I nie wracać.



