Na krańcu Polski. Śnieg wciskał się w buty, parzył skórę. Rita nie zamierzała kupować kozaków z …

Na końcu świata.

Śnieg wciskał się do butów, szczypał skórę. Ale kupować filcowe buty Agnieszka nie zamierzała wolałaby kozaki, choć wyglądałaby tu w nich dziwnie. Poza tym tata zablokował jej kartę bankową.

Naprawdę chcesz mieszkać na wsi? zapytał z niesmakiem, krzywiąc usta.

Ojciec nie znosił wiejskiego życia, odpoczynku na łonie natury, nigdzie nie było dla niego tak źle, jak tam, gdzie nie da się kupić kawy ani wyjść do kina. I Wojtek był podobny dlatego to właśnie przez niego Agnieszka zdecydowała się wyjechać na wieś. Tak naprawdę nie chciała tam zostawać na stałe, choć w przeciwieństwie do ojca uwielbiała wyprawy w góry, namioty i całą tę przygodę.

Ale mieszkać na wsi nie. Ojcu powiedziała jednak co innego.

Chcę i będę.

Bzdury opowiadasz. Co będziesz tam robić, łapać krowy za ogony? Myślałem, że latem weźmiecie z Wojtkiem ślub, plany na wesele mieliśmy

Na samo słowo wesele Agnieszce robiło się niedobrze; ojciec podsuwał jej Wojtka niczym rozgotowaną kaszę manną z grudami aż odruchowo chciała zamknąć oczy ze wstrętu.

Wojtek z wyglądu nie był odstręczający, nawet można powiedzieć przystojny: prosty nos, żywe oczy pod gęstymi brwiami, lekko kręcone włosy, mocna postawa. Był pomocnikiem ojca, jego prawą ręką, i od dawna liczył, że córka wyjdzie za mąż za tak odpowiedniego faceta. Ale Agnieszka nie mogła go znieść. Drażnił ją jego monotonny głos, palce jak parówki, wiecznie coś obracające, przechwałki o cenie garnituru, zegarka, samochodu.

Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Ich nie interesowało nic poza nimi. A Agnieszka pragnęła miłości. Tego uczucia, co zabiera dech, jak w książkach. Jeszcze nie miała takiej miłości, ale wierzyła, że kiedyś się pojawi. Zdarzały się jej zauroczenia, przelotne fascynacje, ale nigdy nie pozostał po nich ślad na sercu. Chciała blizn, dramatu, nie porządnego i przewidywalnego Wojtka. Dlatego wyjazd na wieś i uczenie w lokalnej szkole wydawało się pomysłem idealnym. Wojtek za nią nie przyjedzie przestraszy się braku internetu, ciepłej wody czy kanalizacji.

Agnieszka specjalnie wybrała taką wieś gdzie tego wszystkiego nie było. Dyrektor szkoły nie był przekonany czy sobie poradzi, ale gdy nagle zmarła poprzednia nauczycielka, Agnieszka była bardzo uparta poszła do Kuratorium, pokazała świadectwa i dyplomy.

I co taki młody, wykształcony nauczyciel będzie robić na wsi? zapytała surowa pani z rudymi włosami.

Uczyć dzieci odparła równie stanowczo Agnieszka.

I tak właśnie zaczęła uczyć. Mieszkała w domku bez ciepłej wody czy kanalizacji, sama rozgrzewała piec. Jak przewidywała, Wojtek odwiedził ją spędził noc i uciekł. Dzwonił, przekonywał, żeby wróciła, ale nie wierzył, że zostanie na długo.

Na początku było jej tu dobrze. Ale nadeszła zima, dom był nie do ogrzania, pod kołdrą marzło się w nocy, a noszenie drewna na opał było ciężkie. Uciekać się chciało, naprawdę, ale poddawać się nie zamierzała odpowiadała już nie tylko za siebie, ale i za dzieci.

Klasa była mała, tylko dwanaście osób. Na początku Agnieszka była zaszokowana przez ostatnie półtora roku w Domu Kultury pracowała z dziećmi zdolnymi i pełnymi pomysłów. A tu wszystko wydawało się beznadziejne. Trzecia klasa, a nawet czytać dobrze nie potrafią. Pracy domowej nie robią, hałasują na lekcjach. Ale to tylko początek. Potem Agnieszka zakochała się w swojej klasie.

Szymon rzeźbił zwierzęta z drewna nie prymitywne pamiątki, ale piękne lisy, jeże, zające, które świetnie wyglądałyby w sklepie dla dzieci w Warszawie. Ania pisała wiersze białe, Władek zawsze zostawał po lekcjach, by sprzątać klasę, Irenka miała jagnię, które chodziło za nią do szkoły jak piesek.

Czytać i pisać umieli tylko nikt ich nie zachęcał, a w podstawie programowej książki były nieciekawe. Agnieszka ignorowała program, sama przynosiła lektury, jeździła po nie do miasteczka powiatowego, bo internet w wiosce był praktycznie niemożliwy.

Tylko do jednego dziecka nie potrafiła znaleźć podejścia. I właśnie jej ojca spotkała, gdy w śniegu zamarzły jej palce, a ręce zajęte były wiązką drewna.

Dzień dobry, pani Agnieszko Kwiatkowska odezwał się, zatrzymując kilka kroków od furtki.

Trochę się go obawiała. Miał twarz surową, twardą, nigdy się nie uśmiechał. Serce waliło jej ze strachu a może nie tylko ze strachu?

Dzień dobry.

Jej głos zabrzmiał trochę zbyt wysoko.

Dlaczego Zosia ma same dwóje?

Bo nic nie robi.

To ją zmotywuj. Kto jest nauczycielem: ja czy pani?

Z nauczycielem to była Agnieszka, ale unikała przymuszania. Dziewczynka miała najpewniej autyzm tu potrzebny był inny specjalista.

Zawsze tak było? zapytała ostrożnie.

Pan Władysław zawahał się.

Nie zawsze. Wcześniej jej pomagała Olga.

Olga kto to?

Skrzywił się, jakby śnieg wszedł mu do buta.

Jej mama.

Od razu zrozumiała, że nie powinna zadawać następnego pytania. Ale musiała.

Gdzie jest teraz?

Na cmentarzu.

Tak to wyglądało. Ojciec często mawiał: A widzisz, wszystko proste jak drut.

Stanie z drewnem na rękach było niewygodne i ciężkie, ale nie chciała się przyznać. Gdy górne polano zsunęło się i walnęło ją w stopę, Agnieszka syknęła, upuściła drewno i łzy napłynęły jej do oczu od bólu i od wstydu, że przy dorosłym człowieku się popisała. Przecież sama była dorosła. Ale tak się nie czuła.

Pozwoli pani, że pomogę zaproponował Władysław.

Nie trzeba, dam radę.

Widzę, jak pani radzi sobie.

Doniósł jej drewno, naprawił framugę drzwi tak, że przestały się zacinać.

Proszę pytać, gdyby coś powiedział i poszedł.

Po co przyszedł? Myśli, że za kilka wiązek drewna wystawi Zosi trójkę na koniec semestru? Raczej nie

Nie dawała jej spokoju myśl o Zosi. Próbowała do niej dotrzeć na różne sposoby, czuła pedagogiczną bezradność i żal do dziecka. Skończyło się tym, że poszła do pani wicedyrektor.

Oj, z tego nic nie będzie. Dwójki wystawiaj, latem przeprowadzimy ją do szkoły specjalnej.

Jak to?

Na komisję, niech ocenią. Nic nie zrobisz, tak już bywa.

Ojciec mówi, że kiedyś…

Co tam kiedyś! Matka się troszczyła, on nie da rady. Po co go słuchasz, wygaduje…

Nie lubi pani Władysława? domyśliła się Agnieszka.

Wicedyrektorka skrzywiła się.

Nie o to chodzi, nie muszę go lubić. Ale dziecko musi się uczyć w odpowiednich warunkach.

Agnieszce to nie pasowało. Nie była przekonana, że Zosia powinna trafić do szkoły specjalnej. Zadzwoniła po poradę do swojej ulubionej metodyczki, pani Lidii Nowak, a potem poszła z wizytą do domu Zosi. Bała się, upiła herbatę z rumiankiem choć za nim nie przepadała. Mama zawsze piła rumianek, mówiła, że uspokaja. Mama Agnieszki też nie żyła Agnieszka tym bardziej przejęła się losem swojej podopiecznej.

Władysław wcale się nie ucieszył jej wizytą.

Gości nie przyjmujemy oznajmił.

Agnieszka zmarszczyła się, jak wicedyrektorka.

Jako wychowawca muszę sprawdzić warunki wychowania ucznia.

Pokój Zosi był piękny: różowe tapety, pluszowe zabawki, mnóstwo książek. Agnieszka poczuła zazdrość jej ojciec był minimalistą, nienawidził tego typu ozdób, pokój dziecięcy Agnieszki był w beżach, zabawki również.

Za pierwszym razem niewiele się udało. Pytała, jakie książki Zosia lubi, przeglądała je, wypytywała o kredki. Zosia bez słowa przyniosła kredki. Tylko na koniec, gdy zapytała jak się nazywa różowy królik, odpowiedziała:

Tosia.

Za drugim razem Agnieszka przyniosła dla Tosi sweterek. Robienia na drutach nauczyła ją mama, przez lata dziergała z sentymentu. Nie był doskonały, a włóczka zbyt gruba. Ale Zosia ucieszyła się, ubrała królika:

Ładny.

Agnieszka zaproponowała, by narysowała Tosię w nowym sweterku. Zosia narysowała. Agnieszka podpisała imię, specjalnie z błędem. Zosia poprawiła.

Wcale nie była opóźniona.

Będę przychodzić do Zosi trzy razy w tygodniu powiedziała Władysławowi.

Nie mam pieniędzy na dodatkowe lekcje rzucił ponuro.

Nie chcę pieniędzy obruszyła się Agnieszka.

Tak ustalili.

Wicedyrektorka nie była zadowolona z tych odwiedzin.

Jakiś samodzielny numer nie wolno wyróżniać dziecka, to niepedagogiczne! Szkoda czasu, widziałam takie przypadki.

Ja też widziałam przerwała jej Agnieszka. Uważam, że nie można stawiać krzyżyka.

Zosia nadal była nietypowa: prawie zawsze milczała, unikała oczu, wolała rysować niż pisać, ale dobrze liczyła i łapała gramatykę w lot. Pod koniec semestru trójki były prawdziwe, nie wymuszone.

Wyjedzie pani na święta? zapytał Władysław, także nie patrząc jej w oczy, jak Zosia.

Nie, zostaję speszyła się, rumieniła.

Zosia chciałaby panią zaprosić.

Dziwne, sama Zosia nic nie mówiła. Ale jeśli tak, przykro byłoby odmówić. Chociaż świętować Wigilię z obcymi nie miała ochoty.

Dziękuję, pomyślę odpowiedziała.

Noc miała niespokojną. Nie mogła zrozumieć co ją tak poruszyło. Miesiąc pracuje z Zosią, nic dziwnego, że zaprzyjaźniły się. Czy nie o to chodziło? Co za różnica, co myśli Władysław…

Z tymi myślami zasnęła.

Rano zadzwonił Wojtek.

Kiedy przyjeżdżasz?

Słucham?

Na święta. Przecież nie będziesz tu sama.

Właśnie że będę!

Agnieszko Może już wystarczy? Tata ma ciśnienie; nie może usiedzieć.

Ojciec w ogóle nie dzwonił.

Niech idzie do lekarza syknęła.

Naprawdę nie wrócisz?

Naprawdę.

Cholera. I co zrobić?

Rób co chcesz!

Nie sądziła, że Wojtek zrobi właśnie to: przyjedzie z szampanem, sałatkami i prezentami.

Jak góra nie chce przyjść do Mahometa…

Była w szoku. Nie całkiem zła nie sądziła, że Wojtek jest do tego zdolny. Zwykle święta w restauracji, konkursy i muzyka na żywo. A tu nawet telewizora nie ma.

Nic nie szkodzi. Ty jesteś to najważniejsze.

Próbowała wypatrzyć podstęp, ale nie zauważyła. Może się pomyliłam co do niego? pomyślała.

Rozczuliła się jeszcze bardziej, gdy w pudełkach znalazła swoje ulubione potrawy, a w prezentach książki pedagogiczne, projektor i kalendarz nauczycielski.

Dziękuję, nie spodziewałam się. Myślałam, że jak zawsze biżuteria, gadżety.

Wojtek się uśmiechnął.

Agnieszko, zrozumiałem: jesteś najważniejsza. Jeśli chcesz żyć na wsi, to ze mną! Biżuterię też przywiozłem.

Wyciągnął czerwone welurowe pudełko. Od razu wiadomo było, co tam jest.

Mogę nie odpowiadać od razu? zapytała.

Nie obraził się.

Bałem się, że od razu odmówisz. Poczekam tyle, ile trzeba.

Nie wiedziała, co powiedzieć, schowała pudełko do kieszeni.

Władysław miał jej numer komórkowy, ale zadzwonił na domowy.

Przemyślała pani? zapytał.

Przepraszam, akurat mam gościa.

Rozumiem.

I odłożył słuchawkę.

Od razu zrobiło jej się nieswojo. Co za ton? Rozumiem… Co rozumie? Nic mu nie obiecywałam, więc nie powinien mieć pretensji! Ale może miał z powodu Zosi. To dla niej czekała na nią, a przecież każdy ojciec chce, by dziecko było szczęśliwe.

Myśli krążyły, aż bolała od nich głowa. Wojtek próbował złapać internet, by obejrzeć świąteczne filmy nic nie zauważał.

Agnieszka usłyszała gwizd. Tak się woła psa. Przypomniała sobie, że Władysław właśnie tak gwizdał. Wyjrzała przez okno. Władysław i Zosia stali pod furtką.

Rumieniec zalał jej twarz.

Kto to? z niechęcią zapytał Wojtek.

Uczennica pisnęła Zosia. Zaraz wracam.

Przygotowała dla Zosi prezent: przyjaciółkę dla Tosi, różowego królika dziewczynkę. Ojciec nazwałby to kiczem.

Władysławowi też przygotowała upominek nie była pewna czy wypada, ale zrobiła: wydziergała rękawiczki.

Chwyciła prezenty, wybiegła jak stała bez czapki, w gołych nogach. Śnieg wpadł jej do butów, ale nie zwróciła uwagi.

Zosiu, witaj! zawołała z radością. Wesołych Świąt! Zobacz co ci przyniosłam.

Podała paczkę. Zosia wyjęła królika i przytuliła, spojrzała na ojca. Władysław wręczył dwa pakunki: większy i mniejszy. Zosia rozwinęła większy znajdował się tam zeszyt z komiksem, od razu rozpoznała swoje rysunki.

Dziękuję, jaki piękny komiks!

W mniejszym pakunku była broszka w kształcie ptaszka. Mała złota koliberka. Agnieszka spojrzała na Władysława. Nie patrzył na nią. Zosia powiedziała:

To od mamy.

Ścisnęło ją w gardle.

No to my pójdziemy rzucił Władysław.

Oczywiście. Wesołych Świąt!

Wesołych

Agnieszka chciała przytulić Zosię, ale nie odważyła się dziewczynka ściskała zabawkę i milczała.

Przed furtką jeszcze raz spojrzała za nimi. Coś ją ścisnęło w piersi na widok tych dwójki, wróciła do domu, mrugając i wycierając nos.

I jak tam? niezadowolony spytał Wojtek.

Agnieszka spojrzała na zeszyt i broszkę w ręku. Przypomniała sobie o rękawiczkach, których zapomniała oddać. I co powiedziała Zosia: od mamy… Myśl o ciepłym, prawdziwym uśmiechu Władysława takim co pojawia się tylko, gdy patrzy na córkę. Coś w środku ją rozrywało. Wojtka jej żal, ale nie mogła siebie i jego oszukiwać.

Wyjęła pudełko z kieszeni, podała mu:

Wracaj do domu, przepraszam, nie wyjdę za ciebie. Przepraszam powtórzyła.

Wojtkowi zmarkotniała twarz. Nie był przyzwyczajony do odmowy.

Przez chwilę myślała, że ją uderzy. Ale schował pudełko, wziął kluczyki do auta i wyszedł.

Agnieszka szybko spakowała jedzenie do pojemników, chwyciła rękawiczki dla Władysława i pobiegła za tymi ludźmi, którzy choć obcy, okazali się jej właśnie w tej chwili tak bardzo potrzebni.

Bo nieraz szukamy szczęścia tam, gdzie myślimy, że musi być, a ono czeka na nas w miejscu, o którym prawie zapomnieliśmy w szczerości, w drugim człowieku, w odwadze by podążyć za własnym sercem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 + 7 =

Na krańcu Polski. Śnieg wciskał się w buty, parzył skórę. Rita nie zamierzała kupować kozaków z …