Na granicy świata.
Śnieg wciskał się do trzewików, piekł jak ogień.
Kupować kozaków Zuzanna nawet nie planowała, wolałaby oficerki, ale tutaj w nich wyglądałaby śmiesznie. Zresztą tata zablokował jej kartę.
Naprawdę chcesz mieszkać na wsi? syknął, marszcząc wargi z pogardą.
Ojciec nie znosił wsi, odpoczynku na łonie natury i żadnego miejsca pozbawionego wygód miejskiego życia. Rafał był taki sam, właśnie dlatego Zuzanna wybrała wieś. W sumie mieszkać tam nie chciała, choć, w odróżnieniu od ojca, lubiła wyprawy, namioty i całą tę romantykę.
Ale mieszkać tam nie. Ojcu jednak powiedziała co innego.
Chcę. I będę.
Nie gadaj głupot. Co będziesz tam robić, ogony krowom zawiązywać? Myślałem, że latem wyjdziesz za Rafała, myślałem, że będziemy szykować wesele…
Wesele. Tata wciskał jej Rafała jak zimną kaszę z grudkami tak obrzydliwą, że aż kneblowało gardło.
Nie, Rafał nie był brzydki, wręcz przeciwnie miał prosty nos, jasne oczy pod delikatną brwią, lekko kręcone włosy, zgrabną sylwetkę. Był pomocnikiem ojca, niemalże jego prawą ręką, a ojciec od pewnego czasu widział córkę jako żonę tak odpowiedniego faceta.
Zuzanna nie znosiła Rafała. Drażnił ją jego nudny tembr głosu, palce przypominające kabanosy, wiecznie czymś majstrujące, przechwałki o tym, ile kosztuje jego garnitur, zegarek czy auto…
Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Nic ich nie obchodziło oprócz pieniędzy. A Zuzanna pragnęła miłości. Uczuć, za którymi brakuje tchu jak w powieściach. Nigdy dotąd nie przeżyła czegoś takiego, ale była pewna, że kiedyś je poczuje. Zakochiwała się często, fascynowała kolegami, lecz uczucia znikały bez śladu. Chciała blizn i dramatów, nie spokojnego i przewidywalnego Rafała. Właśnie dlatego wyjazd na wieś i nauczanie w miejscowej szkole wydawał się jej pomysłem godnym marzeń.
Rafał na wieś nie pojedzie. Przestraszy go brak internetu, ciepłej wody, kanalizacji.
Zuzanna specjalnie znalazła taką wieś, gdzie nic tego nie było. Dyrektor nie chciał jej przyjąć, wątpił, czy sobie poradzi, lecz poprzednia nauczycielka zmarła nagle, a Zuzanna była uparta dotarła do kuratorium, prezentując dyplomy i certyfikaty.
I co taki wykształcony, młody pedagog będzie tu robić? zapytała surowa kobieta o rudych, krzykliwych włosach.
Nauczać dzieci odparła równie poważnie Zuzanna.
I tak nauczała. Mieszkała w domku bez ciepłej wody i kanalizacji, sama opalała piec. Jak przewidziała, Rafał przyjechał, przespał się i uciekł. Dzwonił, namawiał do powrotu, ale jak ojciec sądził, że to fanaberia, która szybko minie.
Na początku wieś jej się podobała. Lecz przyszła zima, dom wywiewało przez noc tak, że nawet pod kołdrą było zimno, a noszenie drewna okazało się wyzwaniem. Tęskniła za miastem, lecz się nie poddawała. Teraz odpowiadała nie tylko za siebie, ale i za dzieci.
Klasa malutka, ledwie dwanaście osób. Początkowo Zuzanna była w szoku: w Centrum Kultury Dziecięcej, gdzie pracowała przez ostatnie półtora roku, dzieci były bystre i uzdolnione. Tu… Wydawały się beznadziejne. Trzeci rok, a czytali niemalże sylabami, zadań domowych nie robili, na lekcji hałas ale tylko na początku. Potem Zuzanna się w nich zakochała.
Szymon rzeźbił zwierzęta z drewna nie toporne, lecz cudowne lisy, borsuki, zające, niedźwiedzie, których nie wstyd byłby pokazać w Sklepie Dziecięcym przy Marszałkowskiej. Aniela pisała białe wiersze, Wojtek zostawał po lekcjach i sprzątał klasę, Irenka miała jagniątko, które prowadzało ją do szkoły jak piesek.
A czytać nauczyli się szybko po prostu nikt wcześniej nie próbował ich do tego zachęcić, a książki mieli nieodpowiednie. Zuzanna ignorowała program szkoły, przynosiła lepsze lektury z miasteczka powiatowego, bo internetu praktycznie nie było, żadnych zamówień zrobić się nie dało.
Nie potrafiła Zuzanna znaleźć drogi tylko do jednego dziecka. I właśnie jego ojca ujrzała, wykrzywiając twarz przez mroźny śnieg topiący się w butach, z ramionami zajętymi opałem.
Dzień dobry, Pani Zuzanno Kowalska rzucił, zatrzymując się przy furtce.
Zuzanna go się bała, szczerze mówiąc. Twarz miał… Surową. Bandziorowatą. Nigdy się nie uśmiechał, a serce kołatało jej szybciej niż wypadało. Bała się, że zauważy jak bardzo jest przerażona. Albo nie przerażona?
Dzień dobry.
Głos zabrzmiał wyżej, niż chciała.
Czemu u Tosi same jedynki?
Bo nie pracuje.
To proszę ją zmusić. Kto jest nauczyciel ja czy pani?
Nauczycielką była Zuzanna. Ale zmuszać nie zamierzała. Dziewczynka chyba miała autyzm, tu był potrzebny ktoś inny.
Zawsze tak było? spytała dla pewności.
Władysław się zawahał.
Nie zawsze. Wcześniej robiła wszystko z Olgą.
Kim jest Olga?
Zmarszczył się jakby mu śnieg wpadł do buta.
Jej matka.
Od razu zrozumiała, że nie powinna zadawać kolejnego pytania. Ale musiała.
Gdzie ona teraz?
Na cmentarzu.
No tak. Ojciec zwykł mawiać: Zamek sam się otwiera.
Stać z opałem było niewygodnie. Ale powiedzieć wstyd. Gdy górne polano obsunęło się na nogę, jęknęła, upuściła drewno i z trudem pohamowała łzy. Łzy podwójne: od bólu i upokorzenia przed dorosłym. Nic głupszego sama jest dorosła, a jednak tak się nie czuła.
Pomogę zaoferował Władysław.
Nie trzeba, dam radę.
Widzę, jak dajecie radę.
Nanosił jej drewna, zadbał o futrynę, drzwi przestały się zacinać.
Proszę się zwracać, gdyby coś i odszedł.
Po co przyszedł nie wiadomo. Chce, by za drewno wystawiła Tosi lepsze oceny za semestr? Mało prawdopodobne…
Myśli o dziewczynce nie dawały spokoju. Próbowała do niej dotrzeć przez kilka dni, czuła własną pedagogiczną klęskę i żal do losu. Spytała nawet wicedyrektorkę.
Oj, daj sobie spokój. Jedynki wpisuj, na lato prześlemy do szkoły specjalnej.
Jak to?
Tak. Komisja, orzeczenie o upośledzeniu. Nic nie poradzisz, taki dzieciak.
Ojciec mówi, że kiedyś…
Co tam kiedyś! Matka się z nią użerała, on taki nie będzie. Nie słuchaj go, nagada ci…
Nie lubicie go? domyśliła się Zuzanna.
Wicedyrektorka wzruszyła ramionami:
Nie cukier, nie musi mi smakować. A dziecko powinno uczyć się tam, gdzie jej pomogą.
Zuzannie to nie pasowało. Nie była pewna, czy Tosia powinna iść do szkoły specjalnej. Więc zadzwoniła do Lidii Kwiatkowskiej, swojej ulubionej metodyczki, poradziła się i ruszyła do Tosi z wizytą. Bała się, oj bardzo nawet wypiła rumianek, choć nie cierpi. Mama zawsze piła rumianek, mówiła, że ją uspokaja. Zuzannie matka też umarła, więc historia dziewczynki była jej bardzo bliska.
Władysław nie był zbyt gościnny, choć wyobrażała sobie, że ucieszy się z jej pomocy.
My nie przyjmujemy gości rzucił.
Zuzanna zacisnęła wargi jak wicedyrektorka i oznajmiła, że wychowawczyni ma obowiązek sprawdzać warunki wychowania dziecka.
Pokój Tosi był cudowny. Różowe tapety, pluszaki, mnóstwo książek. Zuzanna poczuła nawet odrobinę zazdrości jej ojciec był fanem minimalizmu i nie znosił koronek czy jaskrawych kolorów. Dziecięcy kącik Zuzanny był w beżu, zabawki też.
Za pierwszym razem niewiele wyszło. Zuzanna pytała, jakie książki Tosia lubi, przekładała je, pytała o kredki. Tosia milcząc przyniosła kredki. O książkach nie mówiła. Pod koniec, zapytana jak się nazywa różowy królik, powiedziała:
Puszek.
Następnym razem Zuzanna przyniosła Puszkowi sweter. Mama nauczyła ją dziergać i Zuzanna dziergała zawsze na pamiątkę. Nie najlepiej, za grube włóczki… Ale niespodziewanie Tosia się ucieszyła, założyła sweter i wyznała:
Ładny.
Zuzanna zaproponowała, żeby narysować Puszka w swetrze. Tosia narysowała. Zuzanna napisała imię, specjalnie z błędem. Tosia poprawiła.
Nie była upośledzona.
Będę przychodzić do Tosi trzy razy w tygodniu powiedziała Władysławowi.
Nie mam zbędnych pieniędzy burknął.
Nie po pieniądze tu jestem! obraziła się Zuzanna.
I tak ustalili.
Kiedy wicedyrektorka usłyszała o tych odwiedzinach, też nie była zadowolona.
Co to za samowolę? Nie wolno wyróżniać jednego dziecka, to niepedagogiczne! I bezsens, to już widziałam takie przypadki.
Ja też przerwała jej Zuzanna. I wiem, że za wcześnie, by stawiać krzyżyk.
Dziewczynka była inna prawie nie mówiła, nie patrzyła w oczy, wolała rysować niż pisać. Ale świetnie liczyła, szybka w gramatyce. Pod koniec semestru nie musiała stawiać ocen na wyrost, pojawiły się naprawdę.
Czy na Nowy Rok wyjedzie pani gdzieś? spytał Władysław, unikając jej spojrzenia jak Tosia.
Nigdzie wyznała Zuzanna, zarumieniona po same uszy.
Tosia chce panią zaprosić.
Cudaczne to było. Tosia inaczej nic nie wspominała. Ale mówiła mało. Nie chciała sprawić jej przykrości, ale świętować Nowy Rok z kimś obcym też nie.
Dziękuję, pomyślę odparła.
Spała tej nocy źle. Nie mogła pojąć, co ją tak poruszyło. Po miesiącu zajęć dziewczynka się otworzyła, pewnie o to jej chodziło. Czy to ważne, czy Władysław…
Z tymi myślami zasnęła jak w letargu.
Rano zadzwonił Rafał.
Kiedy przyjeżdżasz?
O co chodzi?
No, na Nowy Rok? Nie będziesz chyba siedzieć w tej wsi.
Owszem, będę!
Zuza Może już wystarczy? Ojciec ma skoki ciśnienia, nie może się odnaleźć.
Tata nie dzwonił ani razu.
Niech idzie do lekarza burknęła.
Więc naprawdę nie wrócisz?
Naprawdę.
Kurczę. I co robić?
Rób co chcesz!
Mówiąc to, nie przewidziała, że Rafał rzeczywiście to zrobi: przyjedzie ze szampanem, sałatką i prezentami.
Jak góra nie przyjdzie do Mahometa
Zuzanna była w szoku. Nie brzydkim nie spodziewała się po nim takiego gestu. Rafał zawsze świętował Nowy Rok w restauracji z konkursami i muzyką na żywo. A tu nawet telewizor nie działa.
Ale nieważne. Jesteś ty, to się liczy.
Szukała podstępu. Ale nie znalazła. Może bardzo się myliłam? pomyślała.
Jeszcze bardziej rozczuliła się, gdy w pojemnikach odkryła ulubione potrawy, a w prezentowym opakowaniu książki o pedagogice, projektor i terminarz.
Dziękuję wzruszyła się. Myślałam, że tradycyjnie dadziesz biżuterię czy gadżet.
Rafał się uśmiechnął.
Zuza, zrozumiałem: jesteś najważniejsza w moim życiu. Jeśli chcesz mieszkać na wsi, zamieszkamy na wsi. Biżuterię też przyniosłem.
Wyjął czerwone welurowe pudełko. Już było jasne, co w nim.
Mogę nie odpowiadać od razu? zapytała.
Nie obraził się.
Bałem się, że odrzucisz od razu. Poczekam, ile chcesz.
Zuzanna była zagubiona, schowała pudełko do kieszeni.
Władysław miał jej numer komórki. Ale zadzwonił na stacjonarny.
Przemyślała pani? spytał.
Przepraszam. Przyjechał mój znajomy.
Rozumiem.
Odłożył słuchawkę.
Od razu ogarnął ją niesmak. Co to za ton? Rozumiem Co rozumie? Nic mu nie obiecywała, nie powinien się obrażać! A może się obraża? Chyba przez Tosię. Czekała na nią, a czy chce zawieść własne dziecko którykolwiek ojciec?
Od tych myśli kręciło się w głowie. Rafał nic nie widział, walczył z internetem, by puścić noworoczne filmy.
Zuzanna usłyszała gwizd. Tak woła się psa. Przypomniała sobie, jak Władysław tak gwizdał. Wyjrzała przez okno. Władysław i Tosia stali przy furtce.
Rumieniec zalał jej twarz.
Kto to? zapytał ostro Rafał.
Uczennica pisnęła Tosia. Już wracam.
Przygotowała Tosi prezent: różową króliczkę-przyjaciółkę dla Puszka. Ojciec nazwałby to kiczem.
Dla Władysława też miała prezent ręcznie zrobione rękawiczki, nie była pewna czy warto było, ale stało się.
Chwyciła prezenty i wybiegła bez czapki, gołe nogi, śnieg w trzewikach, ale to nie miało znaczenia.
Tosiuniu, dzień dobry! zawołała pochlebczo. Szczęśliwego Nowego Roku! Zobacz, co ci kupiłam.
Podała Tosi pakunek. Tosia wyjęła króliczkę, przytuliła, spojrzała na ojca. Władysław wyciągnął dwa zawiniątka większe i mniejsze. Tosia rozwinęła większe: zeszyt z komiksem, rozpoznała własne rysunki.
Dziękuję, wspaniały komiks!
W mniejszym była broszka ptaszek z żółtego złota, malutki koliberek. Zuzanna spojrzała na Władysława. On nie patrzył jej w oczy. Tosia powiedziała:
To mamusi.
W gardle Zuzanny zaschło.
To my pójdziemy mruknął Władysław.
Oczywiście. Szczęśliwego!
I pani także
Chciała przytulić Tosię, ale nie miała odwagi dziewczynka kurczowo ściskała zabawkę i milczała.
Przy bramie Zuzanna spojrzała za nimi. Dwie sylwetki w śniegu aż ścisnęło jej serce, a wracając do domu, mrugała i pociągała nosem.
I co tam? spytał niechętnie Rafał.
Zuzanna patrzyła na zeszyt i broszkę w dłoni. Przypomniała sobie, że zapomniała o rękawiczkach. Przypomniała to, co powiedziała Tosia: od mamusi… I jaką Władysław miewa zaraźliwą, miękką uśmiech tylko dla córki. Coś w piersi szarpało się i rozkwitało. Rafała jej było żal, ale kłamać sobie i jemu nie miała zamiaru.
Wyciągnęła z kieszeni welurowe pudełko, podała mu je i powiedziała:
Wróć do domu. Przepraszam, nie potrafię być twoją żoną. Wybacz, powtórzyła.
Twarz Rafała się wydłużyła. Nie był przyzwyczajony do odmowy.
Przez chwilę wydawało jej się, że ją uderzy, ale schował pudełko do kieszeni, wziął kluczyki od auta i wyszedł bez słowa.
Zuzanna prędko spakowała jedzenie do pojemników, złapała rękawiczki dla Władysława i pobiegła za tymi, którzy byli jej najpotrzebniejsi…
Złoty śnieg padał wciąż, a drzwi do wioski stawały się coraz bardziej miękkie. Rozsypywały się na ścieżkach, cicho przyciągając do siebie dziewczynę w zawianym śniegiem swetrze, z sercem jak czerwony welur, z rękawiczkami puchnącymi w dłoniach, a za płotem pluszowe króliki i ptasie broszki już szepczą o dziwnym Nowym Roku, który śnił się wszystkim w tej niecodziennej zimowej nocy, kiedy marzenia są śnieżniejsze od płatków i serca biją na granicach nierealności.


