Myślałam, że znalazłam szczęście…

Dzisiaj wstrząsnęła mną myśl… Kupowałam na targowisku w Gdańsku, gdy Roman stał z boku. Kiedy zaczęłam pakować zakupy w siatki, on po prostu wyszedł. Wyszłam za nim i zastałam go palącego papierosa.
„Romku, weź siatki” poprosiłam, podając dwa ciężkie worki.
Popatrzył na mnie, jakbym kazała mu popełnić przestępstwo. „A ty co?” zapytał zdumiony.
Zagubiłam się. Co znaczy „a ty co”? Przecież mężczyzna pomaga. To nienormalne, by kobieta dźwigała ciężary, a mężczyzna sobie spacerował.
„Są naprawdę ciężkie” wyjaśniłam.
„No i co?” upierał się.
Widział moją narastającą złość, ale z zasady nie chciał nosić. Ruszył przodem, pewny, że nie nadążę. „Weź siatki? Co ja, parobek?! Podwładny?! Jestem mężczyzną! Sam zdecyduję! Niech se taszczy, nie padnie!” myślał Roman. Chyba dziś miał ochotę mnie potrenować.
„Romku, gdzie idziesz? Weź siatki!” krzyknęłam za nim, niemal płacząc.
Ciężkie były, wiedział sam wrzucał produkty. Do domu niedaleko, pięć minut. Ale z takim balastem droga wydłuża się niepomiernie.
Szłam i łzy cisnęły mi się do oczu. Liczyłam, że to żart, że wróci. Ale on oddalał się bez oglądania. Chciałam rzucić te torby, lecz w jakimś otępieniu nieprzytomnie dźwigałam dalej.
Siadłam na ławce w bramie. Nie mogłam iść. Chciało mi się płakać z upokorzenia i zmęczenia, ale wstrzymywałam łzy płacz na ulicy, wstyd. Przełknięcie tej sytuacji? Nie. Zranił i upokorzył mnie świadomie. A był taki troskliwy przed ślubem…
„Witaj, Krysiu!” głos sąsiadki wyrwał mnie z zadumy.
„Witaj, Babciu Marysiu” odpowiedziałam.
Babcia Maria, Maria Janowska, mieszkała piętro niżej. Przyjaźniła się z moją babcią Jadwigą. Poznałam ją w dzieciństwie i po śmierci Babci była mi oparciem. Pomagała, gdy borykałam się z pierwszymi kłopotami. Innych nie miałam Mama mieszka w Szczecinie z nową rodziną, ojca nie pamiętam.
Postanowiłam bez namysłu dać te zakupy Babci Marysi. Szkoda by było. Jej emerytura była skromna, często ją rozpieszczałam smakołykami.
„Chodźmy, Babciu, odprowadzę was” powiedziałam, znów chwytając ciężkie torby.
Wszedłszy do jej mieszkania, zostawiłam zakupy, mówiąc, że są dla niej. Ujrzawszy szproty, pasztet z dorsza, brzoskwinie w syropie i inne przysmaki, na które rzadko mogła sobie pozwolić, wzruszyła się tak, że aż mi było wstyd, że tak rzadko ją częstuję. Pośród pocałunków rozstańczych wyszłam.
Gdy wróciłam, Roman wyszedł z kuchni, coś przeżuwając.
„A gdzie torby?” spytał, jak gdyby nigdy nic.
„Jakie torby? Te, które mi pomogłeś zanieść?” spytałam tym samym tonem.
„Oj, daj spokój!” spróbował żartować. „Obraziłaś się, co?”
„Nie” odparłam spokojnie. „Po prostu wyciągnęłam wnioski.”
Zaniepokoił się. Spodziewał się krzyku, awantury, łez, a tu taka cisza. To go zaskoczyło.
„I jakie wnioski?”
„Nie mam męża” powiedziałam, wzdychając. „Myślałam, że wyszłam za mąż, a okazało się, że poślubiłam głupca.”
„Nie rozumiem” Roman udawał głęboko dotkniętego.
„Co jest niezrozumiałe?” spytałam, wbijając w niego wzrok. „Chcę mieć mężczyznę za męża. A tobie najwyraźniej także marzy się mężczyzna za żonę” dodałam po chwili namysłu. „Więc raczej męża potrzebujesz.”
Zaczerwienił się ze złości, zaciskając pięści. Ale tego nie widziałam byłam już w pokoju, pakując jego rzeczy. Bronił się do końca. Nie chciał wychodzić. Naprawdę nie rozumiał, jak można rozbijać rodzinę przez taką błahostkę:
„No przecież było dobrze! Pomyśl, sama siatki przyniosłaś! Wielka sprawa!” oburzał się, gdy bezładnie wrzucałam jego ubrania do torby.
„Swoją torbę chyba sam poniesiesz?” nie słuchając go, powiedziałam twardo.
Czułam jasno: to był tylko pierwszy dzwonek. Gdybym teraz „przełknęła” to lekceważenie, tresura byłaby coraz ostrzejsza. Dlatego przerwałam cięgi, wyprowadzając go za drzwi.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × cztery =

Myślałam, że znalazłam szczęście…