Myślałam, że wzięłam ślub…

Sądziłam, że wyszłam za mąż…
Gdy Halina płaciła za zakupy, Sławek stał z boku. Kiedy zaś zaczęła wkładać je do siatek, on w ogóle wyszedł na zewnątrz. Halina opuściła sklep i podeszła do Sławka, który właśnie palił.
Sławku, weź torby poprosiła Halina, podając mu dwie ciężkie siatki z produktami.
Sławek spojrzał na nią, jakby zmuszono go do czegoś nielegalnego, i spytał ze zdziwieniem:
A ty co?
Halina zmieszała się, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Co znaczy to „ty co”? Po co takie pytanie? Przecież mężczyzna zawsze pomaga fizycznie. I jakoś to nie tak, gdy kobieta dźwiga ciężkie siatki, a mężczyzna obok maszeruje lekko jak motylek.
Sławku, są ciężkie odparła Halina.
I co? stawiał opór Sławek.
Widział, że Halina zaczyna się złościć, ale na złość nie chciał nieść siatek. Ruszył szybko naprzód, wiedząc, że nie da rady za nim nadążyć. „Weź torby? Co ja, parobek? Albo pantoflarz? Ja jestem mężczyzną! Sam decyduję, nieść czy nie! Nic jej nie będzie, niech dźwiga!” myślał Sławek. Mia dziś chęć na „szkolenie” żony.
Sławku, dokąd idziesz? Weź torby! krzyknęła Halina za nim, niemal płacząc.
Torby były naprawdę ciężkie. Sławek wiedział o tym doskonale sam głównie wkładał te rzeczy do wózka. Do domu niedaleko, z pięć minut piechotą. Ale z takim ciężarem droga wydaje się znacznie dłuższa.
Halina szła do domu, ledwie powstrzymując łzy. Miała nadzieję, że Sławek tylko żartuje i zaraz wróci. Nie, widziała, jak się od niej oddala. Chciała rzucić te torby, ale jakby we mgle ciągle je niosła.
Dotarłszy pod bramę, usiadła na ławce, nie mając siły iść dalej. Chciało jej się płakać z oburzenia i zmęczenia, ale tłumiła łzy na ulicy płakać nie wypada. Nie potrafiła jednak przełknąć tej sytuacji nie tylko ją obraził, ale i upokorzył takim traktowaniem. A przecież przed ślubem był taki uważny… I przecież rozumiał! I zrobił to zupełnie świadomie.
Dzień dobry, Halusiu! głos sąsiadki wyrwał ją z zamyślenia.
Dzień dobry, Babciu Marysiu odpowiedziała Halina.
Babcia Marysia, czyli Maria Nowak, mieszkała piętro niżej i przyjaźniła się z babcią Haliny, póki ta żyła. Halina znała ją od dziecka, traktowała jak drugą babcię. Po śmierci babci, gdy Halina mierzyła się z pierwszymi życiowymi trudnościami, babcia zawsze pomagała. Liczyć nie było na kogo matka Haliny mieszkała w innym mieście z nowym mężem i dziećmi, ojca dziewczyna nie pamiętała. Dlatego jedyną bliską zawsze była babcia. A teraz Babcia Marysia.
Halina bez wahania postanowiła oddać wszystkie zakupy Babci Marysi. Niech się nie zmarnują. Emerytura Marii Nowakowa była niewielka, Halina często więc ją rozpieszczała smakołykami.
Chodźmy, Babciu Marysiu, odprowadzę panią do drzwi powiedziała Halina, znów chwytając ciężkie siatki.
W mieszkaniu Babci Marysi Halina zostawiła torby, mówiąc, że to wszystko dla niej. Ujrzawszy w siatce szproty, wątrobę dorsza, brzoskwinie w puszce i inne przysmaki, które kochała, ale na które nie mogła sobie pozwolić, Babcia Marysia tak się wzruszyła, że Halinie zrobiło się nawet nieswojo, że tak rzadko sąsiadkę częstowała. Pożegnały się pocałunkami. Halina weszła na górę do swojej klatki.
Ledwie przekroczyła próg, mąż wyszedł z kuchni na jej powitanie, coś przeżuwając.
A gdzie siatki? spytał Sławek, jak gdyby nigdy nic.
Jakie siatki? spytała Halina jego tonem. Te, które pomogłeś mi nieść?
Oj, daj już spokój! próbował żartować. Nie obraziłaś się chyba?
Nie odparła spokojnie Halina. Po prostu wyciągnęłam wnioski.
Sławek spiął się. Spodziewał się krzyku, awantury, płaczu i obrazy, a tu taki spokój sam zaczął czuć niepokój.
I jakie to wnioski?
Nie mam męża odpowiedziała i dodała z westchnieniem: Sądziłam, że wyszłam za mąż, a okazało się, że poślubiłam głupka.
Nie rozumiem Sławek udawał, że do żywego dotknięty.
Co tu rozumieć? Halina spojrzała mu prosto w oczy. Chcę, żeby mój mąż był mężczyzną. A tobie, jak widać, też chyba zależy, żeby twoja żona była mężczyzną dodała po chwili: W takim razie tobie też potrzebny mąż.
Twarz Sławka nabiegła krwią ze złości, zaciął pięści. Ale Halina tego nie widziała, odeszła do sypialni zbierać jego rzeczy. Rzucała je niedbale do walizki. Sławek stawiał opór do końca. Nie chciał wychodzić. Szczerze nie pojmował, jak można zniszczyć rodzinę przez taką błahostkę:
Przecież było tak dobrze, pomyśleć sama doniosła siatki. Co w tym złego? oburzał się, gdy ona bezceremonialnie pakowała jego koszule.
Swoją walizkę, mam nadzieję
A jej drzwi jak chciwa paszcza zaryglowały się za jego pobłakaną duszą na zawsze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − siedem =

Myślałam, że wzięłam ślub…