„Myślałam, że nie przyjdziesz…” — opowieść o jednym powrocie
Gdy Krzysztof wrócił z pracy do domu, rzucił torbę na podłogę, zdjął buty i ruszył do kuchni:
— Co będzie na obiad? — zapytał, jak zwykle.
Zuzanna nawet się nie odwróciła.
— Nic. Ale to nieistotne. Dziś rozmawiałam z właścicielką mieszkania. Powiedziałam, że wyprowadzamy się pod koniec miesiąca.
Krzysztof zastygł.
— Co? Przecież mówiliśmy, że jeszcze nie znaleźliśmy nic innego.
— Po co szukać? — Odwróciła się z uśmiechem. — Przeprowadzamy się… do twojej byłej żony, Ewy.
Osunął się na krzesło, oszołomiony.
— Zuzanna, ogarniasz, co mówisz?
— W pełni. Sam mówiłeś, że część mieszkania wciąż należy do ciebie. Zaoszczędzimy pieniądze, już znalazłam przedszkole dla Łukasza w pobliżu, sklepy też pod ręką.
Krzysztofowi zabrakło powietrza. Od dawna nie czuł się panem własnego życia. Praca przynosiła mniej zarobków, budowa, na którą liczył, wstrzymana, a pieniędzy wciąż brakowało.
Z Zuzanną od dawna było pod górkę. Była młodsza, wymagająca i przyzwyczajona do luksusów. Kiedyś to pociągało. Teraz tylko wykańczało.
Długo się wahał, ale w końcu zadzwonił do Ewy.
— Mamy problem. Potrzebujemy gdzieś pomieszkać przez kilka miesięcy.
— To też twoje mieszkanie, Krzysztof. Oczywiście, przyjeżdżaj — odpowiedziała spokojnie.
Gdy przyszli, Zuzanna obrzuciła mieszkanie wzrokiem i skrzywiła się:
— Trochę ciemno — rzuciła, chodząc po pokojach w butach. — Ale się nada.
Ewa wszystko zniosła w milczeniu. Ale gdy doszło do kuchni, postawiła warunki:
— Sprzątamy na zmianę. Jedzenie gotujemy sami. Lodówka wspólna, ale z wyznaczonymi półkami.
Zuzanna była oburzona:
— Nie zgłaszaliśmy się, żeby żyć pod dyktando!
— A my nie otwieraliśmy pensjonatu — odparła Ewa, nie podnosząc głosu.
Następny miesiąc był koszmarem. Zuzanna czepiała się Ewy, sugerując, by ta się wyprowadziła. Ale Ewa się nie ugięła. Krzysztof milczał, bo wiedział, że to on był winien całej tej sytuacji.
Pewnego dnia Ewa oznajmiła:
— Wyjeżdżam do rodziców. Odpocznę. Tylko proszę, nie zróbcie bałaganu.
Zuzanna ledwo kryła radość. A następnego dnia znów zaczęła:
— Zamówiłam projekt od projektantki, wybrałam płytki, trzeba zapłacić…
Krzysztof stracił cierpliwość:
— Oszalałaś?! O niczym nie rozmawialiśmy. Nie dam ani grosza!
— A ty kim jesteś, żeby decydować? — warknęła. — Od dawna nie jesteś mężem, tylko niemal pustym portfelem.
Wieczorem spakowała torby.
— Wyjeżdżamy z Łukaszem do Poznania. Jeśli zechcesz nas odzyskać, przyjedź. I przywieź pieniądze.
Krzysztof wyciągnął kartę i wrzucił do torby.
— Z synem będę się widywał w niedziele.
Gdy drzwi się zamknęły, po raz pierwszy od lat poczuł wolność. Stanął przy oknie i długo patrzył na rzekę.
Po tygodniu wróciła Ewa. Cicho, jak zawsze. Usłyszał wodę w łazience i podszedł, zapominając, że w mieszkaniu znów ktoś jest.
— Przepraszam… — mruknął, gdy ją zobaczył.
Wyszła na kuchnię, a on, nie odwracając się, powiedział:
— Chyba wciąż cię kocham.
— Ja ciebie też, Krzysztofie. Ale nie ma powrotu. Jest tylko nowy początek.
— Jestem gotów — szepnął.
— Gotów on… — uśmiechnęła się. — Czuję, że znów będę cię utrzymywać. No co, głodny?
— Naturalnie. Od rana nic nie jadłem.
— To obieraj ziemniaki. U nas, między innymi, wszystko robi się samemu.



